Justyna Kowalczyk: W pewnej chwili Marit dała mi znak..

- W pewnej chwili Marit Bjoergen dała mi znak, żebym jechała pierwsza i jej pomogła. Zrozumiałam, że obie nie mamy sił i odpuszczamy walkę o złoto - opowiadała po starcie na 30 km na MŚ w Oslo Justyna Kowalczyk.

Po dwóch srebrach Justyna Kowalczyk wywalczyła w Oslo brązowy medal w biegu na 30 km techniką klasyczną. W wielkim stylu wygrała Norweżka Therese Johaug przed Marit Bjorgen

- Zdobyłam w Oslo trzy medale. Tyle, ile dwa lata temu na MŚ w Libercu i ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich w Vancouver - mówiła po sobotnim biegu Justyna Kowalczyk. - Nigdy bym nie przypuszczała, że zostanę multimedalistką trzech kolejnych, rozgrywanych rok po roku wielkich imprez. To nawet nie jest spełnienie marzeń, bo o czymś takim nigdy nawet nie śmiałabym pomyśleć. Jestem zadowolona z dokonań w Oslo. Mały niedosyt mogę mieć jedynie po biegu na 10 km klasykiem, który przegrałam z Marit Bjorgen o cztery sekundy.

Wieńczący mistrzostwa bieg na 30 km łyżwą o miano królowej Holmenkollen miał nieoczekiwaną bohaterkę. Została nią Therese Johaug, która w czerwcu skończy 23 lata, a w sobotę wygrała pierwszy bieg w seniorskiej karierze. Wygrała w kapitalnym stylu, narzucając zawrotne tempo od samego startu. Norweskie media nazwały ją jedynie księżniczką Holmenkollen. Królową pozostała Bjorgen, która wygrała tu cztery złote medale. O jeden więcej niż w Vancouver.

- Chciałam, żeby to był szybki bieg. I był - opowiadała Kowalczyk. - Na trasie było mi bardzo, bardzo ciężko. Od samego startu mówiłam trenerowi, że źle się czuję. Nie przegrałam jednak z powodu złego samopoczucia, po prostu rywalki okazały się mocniejsze. W swoim życiu przebiegłam może dwie, może trzy trzydziestki, w których było tak szybkie tempo.

Na pierwszych kilometrach Kowalczyk wyglądała jak najważniejsza osoba wyścigu - otoczyły ją cztery Norweżki w czerwonych strojach i starannie pilnowały, żeby za bardzo nie szalała, jednocześnie same narzuciły ostre tempo. Nim dobrze się rozpędziły, ktoś z tyłu najechał na nartę oraz kijek Kowalczyk i Polka się przewróciła. Wstała, otrzepała ze śniegu i dołączyła do czołówki. Po chwili miała kolizję ze Steirą - i na tym skończyły się przypadkowe incydenty na trasie.

Później nic się nie działo, rozstrzygnięcie nastąpiło szybciej, niż można było tego oczekiwać.

Johaug szybko rozerwała grupę. W narciarskim światku nazywana jest maszyną do szycia. Wystarczy spojrzeć, jak biega i porusza się na trasie. Drobna, mocno wychudzona i na nartach właściwie się nie posuwa, tylko przeskakuje z nogi na nogę, rytmicznie i szybko odpychając się kijkami.

- Moja pierwsza w życiu skakana trzydziestka - uśmiechała się Kowalczyk i cierpliwie wytłumaczyła fenomen Johaug. - Namiastką trzydziestki łyżwą, szczególnie na trudnej trasie, a w Oslo były ciężkie, jest kończący Tour de Ski podbieg pod Alpe Cermis. Dystans jest krótszy, ale pokazuje, kto jest najbardziej wytrzymały. W tym roku Therese miała tam najlepszy czas, pobiegła szybciej niż wielu bardzo dobrych biegaczy. Tutaj potwierdziła swoją wielką wytrzymałość.

Ledwo minęły trzecią część trasy, a już zostały z przodu w czwórkę - Johaug, Bjorgen, Kowalczyk i świetnie biegająca łyżwą Szwedka Charlotte Kalla, która marzyła tutaj o medalu na 30 km. Ujechały kilometr i Szwedka odpadła od grupy, nie wytrzymując podskoków Johaug. - Norweżki pracowały zgodnie, pilnowałam ich, żeby mi przypadkiem nie odbiegły - mówiła Justyna. - Było mi strasznie ciężko się ich utrzymać. W tamtym momencie dobrze przewidziałam, że trzeba iść za Therese i Marit, nawet przyspieszając na maksa, a nie zostawać z Kallą. Jakoś udało się dogonić Norweżki.

Radość nie trwała długo. Johaug wyglądała, jakby w ogóle się nie męczyła. Im dłuższy był podbieg, tym jej ruchy bardziej zdecydowane, szybkie, płynne. Ani przez moment nie okazywała najmniejszego zmęczenia. Przeciwnie. Brązowa medalistka MŚ w tej konkurencji z Sapporo z 2007 roku, która nie wygrała ani jednego biegu PŚ, krok po kroku odjeżdżała rywalkom. Musiała być piekielnie mocna, skoro nad dwiema najlepszymi biegaczkami tego sezonu - Kowalczyk i Bjorgen - zyskała przewagę na podbiegach.

- Ruszyła do przodu przed 15. kilometrem, bo chciała jeszcze bardziej rozciągnąć peleton. Nie spodziewałam się z jej strony takiej odwagi i tak szybkiego ataku - mówiła Kowalczyk. - Therese musiała być zaskoczona, że ja i Marit zostałyśmy z tyłu. Na jednym ogniu upiekła dwie pieczenie, choć wtedy myślałam przez moment, że może dogonimy ją na zjeździe. Nie udało się i w pewnej chwili Marit dała mi znak, żebym jechała pierwsza i jej pomogła. Zrozumiałam, że obie nie mamy sił i odpuszczamy walkę o złoto. To znaczy skupiłyśmy się na tym, by nie dogonił nas nikt z tyłu. Norwescy i moi współpracownicy przestali się koncentrować na przewadze Johaug, tylko krzyczeli, jaką mamy przewagę nad innymi.

Przed ostatnią pętlą wszystkie biegaczki z czołówki zmieniły narty na dopiero co posmarowane, lepiej jadące po zniszczonym śniegu. Kowalczyk zagrała va banque i pojechała na tej samej parze. Brudny śnieg mógł spowolnić narty na ostatnim kółku. Justyna zaryzykowała.

- To była jedyna mądra decyzja w tym momencie - skomentowała Kowalczyk. - Gdybym zmieniła, straciłabym kilkanaście sekund i kontakt z Marit, która już wybiegała ze stadionu, gdy ja na niego wjechałam. Nie uśmiechało mi się przez ostatnie 8 km biec samej. Dzięki temu, że nie zmieniłam nart, dalej pracowałyśmy razem i obu nam było łatwiej przede wszystkim na podbiegach. Utrzymałyśmy przewagę i pozycje medalowe.

Na stadionie i wokół trasy było ponad 100 tys. kibiców, którzy skąpani w słońcu nad Holmenkollen - nawet na moment nie zamilkli ze szczęścia.

- Czułam fantastyczną atmosferę, zwłaszcza że cały czas biegłam z Marit - uśmiechała się Justyna. - Pochlebia mi, że mam taką pozycję w biegach narciarskich. Bo mnie też dopingowali. Do medali MŚ nigdy się nie przyzwyczaję, każdy jest inny, ma swoją historię, jest owocem ciężkiej pracy. Ten zdobyłam po bardzo ciężkim biegu.

Johaug, która po MŚ w Libercu zachorowała na astmę wysiłkową, wpadła na metę samotnie, z szerokim uśmiechem na twarzy. Podobnie jak Bjorgen i Kowalczyk, która wjechała na metę półtorej minuty po Johaug. - Wspomnienie z Oslo? Jestem bardzo zmęczona - powiedziała triumfatorka.

 

Czego żałuje Małysz? 

Więcej o: