Rozmowa z Martinem Schmittem: Nie ma nic cenniejszego niż złoto

To moja pierwsze zwycięstwo w tym sezonie, ale za to jak ważne. Może być ostatnie. Bo nie ma nic cenniejszego niż złoty medal olimpijski - mówi ?Gazecie? Martin Schmitt.

Rozmowa z Martinem Schmittem: Nie ma nic cenniejszego niż złoto

To moja pierwsze zwycięstwo w tym sezonie, ale za to jak ważne. Może być ostatnie. Bo nie ma nic cenniejszego niż złoty medal olimpijski - mówi "Gazecie" Martin Schmitt.

Rozmawialiśmy z nim po konferencji prasowej. Blady, wygladał jakby przez ostatnie kilka dni nic nie jadł. Otoczony wianuszkiem niemieckich i japońskich dziennikarzy na ich pytania odpowiadał po niemiecku. Na nasze - po angielsku. Zmienianie języka, w którym mówi, nie sprawiało mu żadnego problemu.

Robert Błoński, Radosław Leniarski: Denerwował się Pan przed drugim skokiem?

Amrtin Schmitt: Tam, na górze, nie było na to czasu. Obejrzałem skok Janne Ahonena, usłyszałem, ile skoczył. Pomyślałem: "no dobra Martin, teraz ty. Skocz za 120 metr, wyląduj telemarkiem i będzie dobrze". Wiedziałem, że Fin dostał wysokie noty, ale odległość nie była zbyt imponująca. Niestety, na progu, trochę spóźniłem odbicie. Potem miałem problemy w powietrzu, nie leciałem. Robiłem, co mogłem, by przekroczyć 120 metr. Nie mogłem jednak za bardzo "ciągnąć" odległości, bo lądowałbym na dwie nogi. A i tak ten mój telemark nie był idealny.

Czy tuż po wylądowaniu wiedział Pan, że Niemcy mają złoto?

- A skąd. Nie. Nawet, jak pokazała się odległość, 123,5 m, pokręciłem głową. Wiedziałem, że różnica między nami będzie mała, ale nie wiedziałem jaka i na czyją korzyść. Kiedy pojawiły się noty, skakałem z radości. To moje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Ale za to jakie! Już teraz nikt nie powie, że ten sezon był stracony dla mnie. Dołożyłem swoje do tego medalu.

Czy na skocznię jechaliście z przeświadczeniem, że interesuje was tylko złoto?

- Nie, nie. Nie można nigdy myśleć w ten sposób, a szczególnie w skokach, w których wiele zależy nie tylko od zawodnika, ale i np. pogody. Chcieliśmy zdobyć medal, być w trójce i walczyć.

Czy ten drugi skok był jednym z najważniejszych Pana życiu?

- Na pewno. Ale jeszcze ważniejszy był ten pierwszy. Zobaczyliście "starego, dobrego Schmitta". Ja juz myślałem, że zapomniałem, jak się skacze. A tu taki skok. Byłem z niego bardzo dumny, wyprowadziłem drużynę na pierwsze miejsce. I już tego prowadzenia nie oddaliśmy. Mam nadzieję, że w tym sezonie jeszcze będę skakał w takim stylu.

Dlaczego zmienił Pan narty?

- Byłem znakomicie przygotowany do tej olimpiady. W Lillehammer i St. Moritz skakałem dobrze. A w Ameryce, ani w konkursach, ani po treningach nie mogłem sobie powiedzieć: "ok Martin, dobry skok, lepiej być nie mogło". Nigdy nie byłem usatysfakcjonowany. Szukałem więc z trenerami przyczyny tego załamania formy. Musieliśmy coś zmienić. Padło na narty, ale to był strzał w dziesiątkę.

Skąd pomysł na wystawienie Svena w pierwszej grupie, a Pana w ostatniej?

- Taka była taktyka. Mistrzostwo świata w Lahti zdobyliśmy skacząc właśnie w takiej kolejności. Sven pierwszy, ja ostatni. Tutaj zależało nam także na tym, by jak najlepiej zacząć konkurs. Poza tym nasi trenerzy zobaczyli, że Finowie - jako pierwszego - wystawiają Hautamaekiego. To była nasza odpowiedź na ich taktykę.

We wtorek przenosicie się do wioski olimpijskiej...

- Nareszcie. Poczujemy atmosferę olimpijską. Będzie czas na trochę luzu i spokoju. Napięcie już z nas zeszło.