Pod koniec ubiegłego sezonu narciarskiego Adam Małysz jeszcze wahał się z decyzją odnośnie ubiegania się o reelekcję na stanowisko prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Z przysłowiowego rękawa wyciągnął nawet nazwisko Stefana Horngachera, który miałby pomóc polskim skoczkom kolejnej zimy. Jeśli Niemiec faktycznie wróci do Polski, to już bez Małysza za sterami związku.
Oficjalna deklaracja legendarnego skoczka odnośnie braku startu w wyborach padła przed tygodniem. W związku z tym Małysz pożegna się ze stanowiskiem po czterech latach. W rozmowie z portalem WP SportoweFakty zdradził powody swojej decyzji.
- Zastanawiałem się całkiem długo i z jednej strony była to trudna, a z drugiej łatwa decyzja. Po pierwsze, nie było mi łatwo zarządzać Polskim Związkiem Narciarskim i czułem to od dłuższego czasu. Mówiłem to otwarcie tuż po zakończeniu igrzysk. Po drugie, wiele rzeczy musiałem poświęcić, wiele spraw nie szło po mojej myśli. Miałem oczywiście momenty satysfakcji, gdy wychodziły projekty, nad którymi pracowałem, ale ogólnie więcej było tych trudniejszych chwil. Po trzecie, to nie było moje środowisko i to, do czego byłem przyzwyczajony - wyliczał.
To jednak niekoniecznie musi być koniec pracy Małysza w strukturach. 48-latek nie wyklucza bowiem powrotu do pracy w roli dyrektora sportowego związku. Na tym stanowisku zasiadał w latach 2016-2022, odpowiadając za koordynację w skokach narciarskich oraz kombinacji norweskiej.
- Oczywiście, zawsze mógłbym zostać dyrektorem sportowym, bo faktycznie w ostatnich czterech latach brakowało mi tego [...]. W tej roli dobrze się odnajdywałem. Zapewniam jednak, że na razie nie otrzymałem takiej propozycji i w ogóle nie słyszałem o takiej opcji. Obecnie najbardziej chciałbym trochę odpocząć i na tym się skupiam. Ostatnie cztery lata naprawdę mocno dały mi w kość - zaznaczył.
- Dałem naprawdę sporo z siebie, robiłem wszystko, by pomóc zawodnikom i trenerom stworzyć system i pomóc w codziennej pracy. To nie było jednak moje środowisko naturalne i to wszystko mocno odbiło się na moim zdrowiu. Po tym okresie trzeba podreperować zdrowie, a przede wszystkim poprawić kondycję - dodał.
Brak większej aktywności fizycznej dał się we znaki Małyszowi, który nie krył, że praca w trybie siedzącym nie była dla niego spełnieniem marzeń. - Przez ostatnie cztery lata ciągle siedziałem za biurkiem, a te kilkanaście godzin dziennie mocno mnie przygniotło. Nie spodziewałem się, że mój organizm zareaguje na to aż tak źle. [...] Nie pokochałem tego i zdecydowanie brakuje mi ruchu. To zresztą nie jest jedyny problem, bo do poprawy jest także psychika - podkreślił.
Czterokrotny medalista olimpijski został również zapytany o to, czy widzi siebie w PZN, jeśli wybory ponownie wygra Apoloniusz Tajner, dla którego byłby to powrót na stanowisko po czterech latach. Wcześniej były trener Małysza piastował to stanowisko przez ponad półtorej dekady.
- Naprawdę na razie się nad tym nie zastanawiałem. Apoloniusz długo był prezesem i jest w tym bardzo doświadczony. Chciałem wnieść trochę świeżości i przeprowadzić sporo reform. Wiele z nich udało się zrealizować - zaznaczył były skoczek.
Jest jednak jeszcze jedna funkcja, która potencjalnie mogłaby interesować Małysza. Ostatnimi czasy coraz głośniej zaczęto spekulować na temat możliwości zastąpienia przez niego Radosława Piesiewicza na stanowisku prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
- Nie wiem, czy ktokolwiek jest dzisiaj w stanie pogodzić polskie środowisko. Mamy różne grupy interesów. Ja miałem z tym trudności w związku narciarskim, a co dopiero mówić o PKOl-u, gdzie środowisko jest jeszcze większe i mocniej podzielone. To naprawdę trudna misja. Wydaje mi się, że bez odpowiedniego systemu w ogóle nie ma co myśleć o sukcesie. PKOl potrzebuje wyciszenia, pogodzenia środowiska i dialogu pomiędzy poszczególnymi związkami - stwierdził sam zainteresowany.
Zobacz też: Polski skoczek zawiesza karierę. Ma dopiero 24 lata