- Tylko Polska chciała mnie przyjąć i naprawdę potrzebowałem Polski, bo chciałem zdobyć medal. Polska też chciała medalu, więc chciała takiego zawodnika, jak ja. Dziękuję bardzo Konradowi Niedźwiedzkiemu, który mi zaufał - mówił Władimir Semirunnij po wywalczeniu srebrnego medalu olimpijskiego w rozmowie z Radosławem Leniarskim ze sport.pl. O sytuacji geopolitycznej, która zmusiła go do rozstania z rodzicami i opuszczenia ojczyzny, nie chciał zbyt wiele mówić. - To bardzo smutne, ale nie mam na to wpływu - skwitował 23-latek urodzony w Jekaterynburgu.
Władimir Semirunnij trafił do Polski w 2023 roku. Sam skontaktował się z dyrektorem sportowym Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Konradem Niedźwiedzkim. Sprawa była trudna, bo i współpraca z Rosją, która w tamtym okresie skupiała się na zniszczeniu Ukrainy, nie należała do najłatwiejszych. O kulisach tej operacji w rozmowie z Interią opowiedział prezes PZŁS Rafał Tataruch.
- Miejmy tą świadomość, że to jest młody Rosjanin, który stamtąd uciekł przed wcieleniem do armii, bo dostał bilet do wojska - zdradził działacz. - Został dokładnie skontrolowany przez wszystkie służby, a wcześniej rozpoczęliśmy całą procedurę od zgody Federacji Rosyjskiej. Oczywiście niechętnie, bo oni w ogóle nie odpowiadali na nasze prośby i pytania. Dopiero interwencja wyższej instancji, czyli Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej, spowodowała to, że Rosjanie dostali ultimatum. Czyli albo odpowiedzą Polakom, albo w danym momencie Władek zmienia barwy narodowe - wyjaśnił.
ZOBACZ TAKŻE: Aż bolało, gdy się patrzyło na Semirunnija. "Ledwo się trzymał"
Cały proces trwał dwa lata. Semirunnij mógł startować w polskich barwach na arenie międzynarodowej, ale na obywatelstwo czekał do sierpnia 2025 roku. Przyznał mu je prezydent Karol Nawrocki.
Wymuszona decyzja Federacji Rosyjskiej to jedno, drugie zaś postawa samego zawodnika i PZŁŚ względem niego. Młody zawodnik musiał przekonać do siebie działaczy, aby ci mogli mu uwierzyć. Tym bardziej że interesowały się nim służby Władimira Putina.
- Miejmy świadomość, to była już pełnoskalowa wojna - tłumaczył Tataruch. - Myśmy przede wszystkim musieli zaufać, że to, co on powie, jest prawdą. I to jest jedna rzecz. Ale wiedzieliśmy, że jeśli zaczniemy się starać o obywatelstwo, już wyspecjalizowane służby faktycznie sprawdzą, czy on nie był żołnierzem, czy nie był finansowany w żaden sposób, czy nie był w jakiś sposób powiązany. Jak tylko dostaliśmy informację, że w momencie, kiedy przekraczał granicę, dostał bilet do wojska, utwierdziło nas w przekonaniu, że jednak chyba dobrze robimy. A potem nasze polskie służby, które go sprawdziły, potwierdziły, że to jest człowiek godny zaufania - opisywał prezes.
ZOBACZ TAKŻE: Tak Semirunnij mówi o Polsce i Polakach. Od razu wspomniał o Nawrockim
Niebagatelne znaczenie miała postawa Semirunnija. Zawodnik szybko zaczął szkolić język, a tym, czym najbardziej ujął przedstawicieli polskiego związku, była nauka "Mazurka Dąbrowskiego". Podczas mistrzostw Europy na dystansach 23-latek sam poprosił kolegów, by go sprawdzali, przepytywali, bo chciał jak najszybciej móc wykorzystać zdobytą wiedzę. I to się udało, bo w ME wywalczył złoty medal i odśpiewał pierwszą zwrotkę. Liczył, że przyda mu się to także na zimowych igrzyskach olimpijskich w Cortinie d'Ampezzo i w Mediolanie, ale do złota zabrakło 5.65 s. Triumfował Czech Metodej Jilek.