Damian Żurek właśnie został mistrzem Europy na 1000 metrów. Ten sukces odniósł w piątek na właśnie rozpoczętej imprezie w Tomaszowie Mazowieckim.
26-letni Żurek to obecnie chyba największa polska nadzieja medalowa na igrzyska olimpijskie Mediolan/Cortina d’Ampezzo. W Pucharze Świata nasz panczenista jest drugi w klasyfikacji generalnej na 500 metrów i trzeci na 1000 metrów. Oba dystanse są olimpijskie, w obu Żurek wjeżdżał na podia poszczególnych zawodów w bieżącym sezonie PŚ. A teraz został mistrzem Europy na 1000 m i za chwilę może dołożyć drugie złoto!
W listopadzie w Salt Lake City Żurek był drugi na 1000 m i również drugi na 500 m w pierwszym w tym sezonie Pucharze Świata. Jeszcze w tym samym miesiącu, tydzień później, zajął drugie miejsce na PŚ w Calgary na 500 m. Natomiast w grudniu był trzeci w Hamar na 500 m i drugi na 1000 m oraz drugi w kolejnej rywalizacji na 500 metrów.
Teraz w Tomaszowie Mazowieckim nasz 26-letni panczenista zdeklasował konkurencję w swoim pierwszym starcie w ramach ME. W piątkowej rywalizacji na 1000 m Żurek był lepszy aż o 0,80 s od drugiego Tima Prinsa. A Holender to czwarty zawodnik Pucharu Świata na tym dystansie.
Plan Żurka na najbliższe tygodnie jest jasny – zdobycie olimpijskiego medalu albo nawet dwóch medali, w tym najlepiej złota, a później kupno domu w swojej ulubionej miejscowości w Niemczech.
Damian Żurek: Sukcesem było, że mnie na tamte igrzyska wpuścili. One już trwały, a ja nie mogłem się wydostać z domu. Przez pandemię koronawirusa zasady były wtedy takie, że przed wylotem do Chin trzeba było mieć dwa negatywne testy na covid. Mój pierwszy wyszedł pozytywny, więc od razu wiedziałem, że zaczyna się robić nieciekawie. A później było tylko gorzej i gorzej. Po pozytywnym teście musiałem mieć aż trzy z rzędu negatywne, żebym w ogóle mógł jechać na lotnisko, na lotnisku musiałem zrobić kolejny test, czyli potrzebowałem już czterech z rzędu negatywnych, a w Chinach od razu po przylocie też musiałem przejść test z wynikiem negatywnym. Czyli w chwili otrzymania pozytywnego testu wiedziałem, że teraz będę potrzebował aż pięciu z rzędu negatywnych, żebym mógł wystartować na igrzyskach w Pekinie. Powiem szczerze: nigdy w życiu nie doświadczyłem tyle stresu, co w tamtym okresie. Wspominam go jak najgorzej, zwłaszcza że gdy media się dowiedziały o mojej sytuacji, to miałem nagle multum telefonów. Przytłaczało mnie też załatwianie wielu spraw, bo po tym jak wyszedł mi ten pozytywny wynik, musiałem iść na kwarantannę i był problem, gdzie mam ją odbyć. Testowany byłem w hotelu i zanosiło się na to, że na kwarantannę będę tam musiał zostać. Dzwoniłem do Sanepidu, do sportowych działaczy i gdzie tylko było można, żeby mi pozwolono się przesiedlić do domu i u siebie być na kwarantannie. W tym wszystkim starałem się dalej marzyć o igrzyskach, ale bałem się, że uciekną.
- Przez jeden test. Z tym się nie da pogodzić. Już nawet nie chcę dłużej tej walki o Pekin wspominać, bo naprawdę to był dla mnie bardzo obciążający czas. Cieszę się, że teraz igrzyska będą zupełnie inne. Bo wszystko na to wskazuje, że w Mediolanie ma być normalnie. Powiem nawet, że to będą takie moje pierwsze prawdziwe igrzyska. Wierzę, że teraz do końca będzie się można skupić na robocie, a jak już przylecę do Włoch, to nic mnie nie będzie rozpraszało. W Pekinie jak już się do niego dostałem, okazało się przecież, że wyszedł mi test niejednoznaczny i nie mogłem wejść na lód, przez co uciekły mi kolejne dwa dni. Na lód wszedłem pierwszy raz dopiero dwa dni przed swoim startem. Tak się nie da przygotować. Nie zdążyłem się zaznajomić z lodem, nie zdążyłem zrobić normalnych treningów, a to co robiłem gdzieś stacjonarnie w domu czy później w pokoju w Pekinie, nie mogło wystarczyć.
- Zupełnie tak do tego nie podchodziłem, bo miałem tyle stresu, że zupełnie nie patrzyłem na inne osoby z kadry i się nie zastanawiałem, co przeżywają. Ja im zazdrościłem, że już są tam na miejscu. Nawet tym, którzy przez pozytywne testy zostali zamknięci w wiosce covidowej. Bo wiedziałem, że są dużo bliżej startu na igrzyskach niż ja. Ale jak później wymieniliśmy się przeżyciami, to zrozumiałem, że oni też nie mieli łatwo. Nie mieli dobrego wyżywienia, byli zamknięci w ciasnych pokojach i też kompletnie nie wiedzieli, kiedy zostaną wypuszczeni.
- Generalnie nie lubię wybiegać w przyszłość. Od początku sezonu jadę od celu do celu. Najpierw celem były mistrzostwa Polski, w których zdobywaliśmy kwalifikacje na Puchary Świata, później na Pucharach Świata celem było zdobycie kwalifikacji na igrzyska, a o igrzyskach pomyślę, jak już będą tuż za rogiem. Moje życie pokazało mi wielokrotnie, że możesz sobie planować w przód i już mieć w głowie ten upragniony medal, a nagle wszystko potoczy się inną ścieżką. Idę krok po kroku powolutku do przodu. Już jestem tego nauczony.
- Mówię absolutnie szczerze: nie. Więcej: ja tej daty nawet nie znam. Sprawdzę ją, jak już będziemy się przygotowywać w Inzell przed wylotem na igrzyska. Tak mam wszystko zaplanowane. Kroczek po kroczku.
- Z jednej strony faktycznie szkoda, ale z drugiej strony, ja uwielbiam jeździć do Inzell! To jest takie fajne miejsce, że mógłbym tam wracać bez końca. Może jak skończę karierę, to któregoś razu się tam specjalnie wybiorę, żeby pozwiedzać.
- O, to mi się bardzo podoba! Możemy się tak umówić.
- Ha, ha! Co ja poradzę, że tam mi się tak podoba? Warunki do treningu są najlepsze, hala bardzo ładna. Jak się wchodzi, już jak się widzi ten obiekt, to naprawdę czuje się jak w domu. Po tylu latach jeżdżenia tam zupełnie mi się to nie znudziło. Uwielbiam tam spędzać czas też dlatego, że mamy fajne kwatery, gdzie możemy sobie sami gotować, normalnie żyć. Tak naprawdę, jak ktoś współpracuje z dietetykiem, to ma tam idealnie. Mnie tam wszystko idzie według rozpiski, jak po sznurku.
- Jak najbardziej. Szybki tor, jak te wysoko położone w Calgary i Salt Lake City, bardzo by się nam przydał, żebyśmy mogli ćwiczyć na najwyższych tempach. No i logistycznie taka hala u siebie byłaby dla nas bardzo cenna. Mamy nadzieję, że kiedyś w końcu ta inwestycja zostanie oddana.