Kaja Ziomek ma 28 lat, zdobywała już medale mistrzostw świata i Pucharu Świata, a teraz chce osiągnąć największy sukces w karierze. - Zrobię absolutnie wszystko, żeby mieć olimpijski medal – mówi Ziomek, która w sobotę w Salt Lake City rozpocznie sezon.
Kaja Ziomek: Ma dwa latka z kawałkiem. Już prawie dwa i pół.
- Zdecydowanie trudniej. Ona już mówi wszystko i kiedy się dowiaduje, że wyjeżdżam, to opowiada mi, jak się z tym czuje. Staram się jej nie mówić za wcześnie, że znowu wyjadę, bo widzę, jak to na nią działa. Zawsze albo prosi "Mama, nie jedź", ale postanawia: "Mama, jadę z tobą" i się pakuje. Jakiś czas temu wypracowałyśmy sobie taką już mogę powiedzieć, że tradycję: kiedy pakuję się na wyjazd i ona już rozumie, że jadę sama, to daje mi jakiegoś swojego pluszaka.
- Najczęściej dostawałam od niej taką malutką myszkę i jak rozmawiałyśmy na kamerce, to zawsze mówiła: "Mama, pokaż myszkę". A teraz zapakowała mi konika. Tosia na wszystkie koniki mówi "koniczek" i kiedy sprawdza czy ten jej pluszak jest ze mną, to łamie mi się serce, gdy słyszę to słodkie "Mama, a pokaż koniczka".
- Łzy w oczach mam w trakcie naszych rozmów przez komunikatory, mam je też, gdy odprowadzam córkę do żłobka i wiem, że tego dnia już jej nie odbiorę. Tak się dzieje nawet gdy wyjeżdżam na zgrupowanie do Tomaszowa Mazowieckiego, a co dopiero kiedy trzeba jechać do Stanów, jak teraz. To są aż trzytygodniowe rozłąki. Najdłuższe, najtrudniejsze. Za pierwszym razem tak długi czas bez córki był dla mnie po prostu dramatyczny. Dla mnie bardziej niż dla niej, bo wtedy miała tylko rok. Teraz już obie przeżywamy to chyba tak samo mocno. Gdy latem byłam trzy tygodnie w Niemczech, w Inzell, to mąż opowiadał, że ostatni tydzień był już bardzo trudny. Widział po małej, jak bardzo to przeżywa, jak się męczy. Godzenie sportu z byciem mamą jest dla mnie strasznie trudne.
- Nastawiam się trochę tak, że igrzyska są wielkim celem i muszę zrobić wszystko, żeby w Mediolanie być w życiowej formie, ale jednocześnie nie chcę się aż tak nakręcać. Żeby nie przesadzić i sobie nie zaszkodzić. Unikam myślenia typu "Byle do igrzysk, do igrzysk praca na maksa, a później już tylko rodzina".
- Nie podjęłam takiej decyzji, bo zrobię wszystko, żeby w Mediolanie zdobyć olimpijski medal, ale cały czas pamiętam, że uprawiam okropnie trudną dyscyplinę sportu, a sprint, czyli moja specjalność, jest najbardziej nieprzewidywalny. Zrobię absolutnie wszystko, żeby mieć medal, ale mogę nie mieć i mogę chcieć dalej się o niego starać, w kolejnych latach. A może być i tak, że mając olimpijski medal poczuję, że wyszło naprawdę dobrze i wtedy nabiorę ochoty, żeby dalej jeździć.
- Ha, ha, aż tak to na pewno nie! Myślimy o tym, żeby powiększyć rodzinę. Wtedy też mogłabym poświęcić więcej czasu Tośce. A może później jeszcze raz bym wróciła. Tego na razie nie wiemy. Ustaliliśmy sobie z mężem jak wracałam do sportu, czyli już ponad rok temu, że mamy rozplanowane życie do tych igrzysk. Że ustawiamy wszystko pod ten cel, a potem, po igrzyskach, usiądziemy i będziemy razem decydować, co robimy dalej. Mąż bardzo dużo poukładał pode mnie. Poświęcił różne swoje sprawy.
- Tak, mąż też ma swoje ambicje i cele. Nie mogę do wszystkiego podchodzić egoistycznie, nie może być tak, że wszystko ma się kręcić wokół mnie. Dlatego podkreślam, że po igrzyskach w Mediolanie razem będziemy ustalać, co dalej. Na razie jest tak, że wszystko ustawiamy pod moje igrzyska, a co będzie później, to ja jeszcze naprawdę nie wiem.
- Gdybym przed sezonem w którym wracałam miała informację, że takie osiągnę wyniki, to brałabym je w ciemno. Ale wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia i im te wyniki podczas Pucharu Świata były lepsze, tym większe nadzieje miałam na sukces na mistrzostwach świata. Dopiero 12. miejsce na nich było absolutnie rozczarowujące. Miałam taką myśl, że szkoda, że nie jestem chociaż w top 8, bo miejsca z Pucharów Świata nie dają stypendium. Mówiąc szczerze, byłam rozgoryczona. Teraz już ochłonęłam, bo minęło sporo czasu. To było w marcu. Poukładałam to sobie, zrozumiałam, co się stało.
- Zabrakło mi siły na cały sezon. Wracając po ciąży musiałam zaczynać treningi od zera. Miałam bardzo długą przerwę, bardzo długi czas bez żadnego treningu. Dlatego cała moja baza była inna, mniejsza, niż we wcześniejszych latach. I po prostu mój organizm w ostatnich tygodniach sezonu już nie dał rady. Moje ciało tego nie dźwignęło.
- Cieszę się, że nie chodziło o psychikę. Uczciwie to przeanalizowałam i na pewno nie było tak, że na mistrzostwach czułam jakiś szczególny stres. Pod tym względem wszystko grało.
- Tak. Teraz też już lepiej znam się z trenerem. Poprzedni sezon był pierwszym, w którym razem pracowaliśmy, bo on przejął kadrę wtedy, kiedy ja zaszłam w ciążę. Ubiegła zima to był czas, gdy się poznawaliśmy. Teraz on już wie, jak się regeneruję po startach, jak reaguje moje ciało, jak do wszystkiego podchodzę. Były elementy do dogrania i dograliśmy je. A co do ciąży i jej wpływu na organizm, to powiem ci, że pewnie ciąża sprawia, że ciało staje się mocniejsze, natomiast uważam, że zdecydowanie więcej dobrego działa dla głowy. To mocniejsza głowa pomaga mi się nie poddawać na treningach. Zniosę każdy. I tak sumiennie, jak te ostatnie dwa sezony, ja przez poprzednich 16 sezonów nie trenowałam.
- Tak, żeby nie żałować. Myślę, że moją supermocą jest to, że przychodzę na każdy trening i na każdym treningu mam w głowie, co jeszcze mogę zrobić, żeby było lepiej. Czy jeździmy jakąś zwykłą jazdę na lodzie, czy na rolkach, ja na każdym odcinku schodząc do pozycji, myślę, co mogę zrobić w tym momencie lepiej, żeby się jeszcze poprawić. Jest to dość obciążające, no bo tu jest cały czas analiza, co jeszcze zrobić, jest ciągłe dążenie do ideału. Ale z drugiej strony dzięki temu, że mam takie postępowanie zakodowane, to widzę, jak się poprawiam. Mówię: to jest obciążające i dla ciała, i dla głowy, ale przed igrzyskami będzie trochę czasu, żeby odpocząć, więc teraz jadę na maksa, robię wszystko, żeby być gotową na najważniejszy start.
- Tak, mieszkamy w Warszawie.
- To by mi bardzo odmieniło życie. Bardzo! Termin oddania hali w Zakopanem ciągle się przesuwa i ostatnio mocno to odczuliśmy w lipcu. Wtedy powinniśmy być u siebie, w Tatrach, a nie w Niemczech. W Zakopanem córka byłaby cały czas ze mną. A tak nie miałam jej przez trzy tygodnie. Zakopane jest mi zresztą szczególnie bliskie, bo tu chodziłam do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Trzy i pół roku swojego życia tam spędziłam, więc wracać tam byłoby cudownie. Nie wykluczam, że moglibyśmy się nawet przeprowadzić tam na czas przygotowań olimpijskich. Taką opcję z mężem rozważaliśmy.
Niestety, ktoś to wszystko zaniedbał, hala wciąż nie jest gotowa i dla nas, reprezentantów Polski, to jest strasznie przykre. Zdecydowanie lepiej jest trenować w Polsce niż gdzieś za granicą. Po pierwsze kwestia dojazdu do Zakopanego to jest max cztery godziny, a nie dziesięć w busie. Po drugie: nawet takie proste rzeczy, że potrzebujemy gdzieś wyskoczyć do lekarza czy załatwić jakieś swoje sprawy, to jednak bycie w Polsce daje taki spokój, że jesteśmy na miejscu. Do takiego Zakopanego mógłby też ktoś z rodziny przyjechać, odwiedzić, to też jest fajne, ludzkie. Strasznie szkoda, że w kluczowym sezonie nie dostaliśmy tego Zakopanego. Przygotowania do igrzysk w Mediolanie i tak miałam bardzo dobre, ale gdyby w większości odbywały się w Zakopanem, to pewnie byłyby idealne.
- Teraz już tak, ale problem był naprawdę duży. Miałam wielką, otwartą ranę.
- Ani jednego, bo tego nie dało się zszyć. A przez to wszystko bardzo długo się goiło. W pewnym momencie nawet uznaliśmy z trenerem, że muszę mieć czas luźniejszy treningowo, żeby to się jakoś odbudowało. Ale czekanie niewiele dawało. W końcu postanowiliśmy, że nie można tego dłużej przeciągać i wróciłam do treningu. Wtedy zauważyliśmy, że pomysł, żebym jak najwięcej jeździła na rowerze jest najgorszy. Rana całkiem przestała się goić, a nawet robiła się brzydsza. Już nawet rozważaliśmy czy nie będzie potrzebny przeszczep skóry. Na szczęście nie był konieczny.
- Wywaliłam się na rolkach na wyjątkowo szorstkim asfalcie. Przez to pękła mi skóra od kolana przez niemal cały piszczel aż do miejsca, gdzie zaczyna się góra buta. Miałam głęboką ranę przy kolanie, mam teraz obrzydliwą bliznę, grubą, wielką, ale cieszę się, że chociaż uniknęłam przeszczepu. Stosowałam wszystkie opatrunki, jakie istnieją, z przeróżnymi substancjami. Wytestowałam na tej ranie wszystko, też systemy zabezpieczania takiego, żeby mi się zakażanie nie wdało, bo to była otwarta rana. Leczono mi tę ranę jak rany pooperacyjne, stosowałam i opatrunki hydrokoloidowe, i ze srebrem, i sztuczną skórę żelową, i też opatrunki, które zbierają te płyny, wciągają jak gąbki. Ponad trzy tygodnie zajęło mi wygojenie rany na tyle, żeby się zaczęła zasklepiać, a ponad trzy miesiące czekałam, żeby mi wróciło czucie w okolicy kolana. I tak naprawdę jeszcze nie do końca czucie wróciło, jeszcze to miejsce jest odrętwiałe.
- Na szczęście nie. Problemem było to, że nie mogłam robić pewnych ćwiczeń, ale do pozycji łyżwiarskiej na szczęście mogłam wrócić szybciej niż do jazdy na rowerze. Dobrze, że to było w czerwcu, a nie gdzieś we wrześniu, bo byłoby o wiele bardziej nerwowo. I tak to wpłynęło na nasze decyzje odnośnie trenowania - wykluczyliśmy z moich przygotowań tysiąc metrów. Postawiliśmy wszystko na 500. Ale o medale na tysiąc i tak bym nie walczyła. Będę próbowała jeździć na tym dystansie w Pucharze Świata i jeżeli się uda, to fajnie, bo będę miała dobry trening pod 500 metrów, ale jeżeli nie, to żaden problem.
- Powiem trochę nieskromnie: mam nadzieję, że wywalczenie kwalifikacji olimpijskiej nie będzie trudne [decydują wyniki w pierwszym okresie PŚ]. Wiadomo, że im wyżej będę w poszczególnych startach, tym spokojniejszą będę miała głowę, ale jestem świadoma, że w Salt Lake City i Calgary, gdzie tory są najszybsze, bo położone najwyżej nad poziomem morza, nigdy nie byłam najmocniejsza. Dlatego nie nastawiam się od razu medalowo. Jednak mam nadzieję, że tym razem i w Salt Lake City, i w Calgary będę mocna, bo pracowaliśmy pod takim kątem, żebym sobie lepiej niż kiedykolwiek radziła na szybkich wirażach. Choć wciąż wolę taki lód, który nie jest najszybszy, na którym trzeba się napracować.
- Zgadza się, tam nie ma warunków, żeby lód był bardzo szybki. Mnie to cieszy. I myślę, że gdybym nawet na najszybszych torach była w czołówce, gdyby od początku była w stanie zdobywać medale w Pucharze Świata, to dałoby mi pewność, że wszystko jest okej. Z drugiej strony coś takiego mogłoby zwiększyć presję. W zeszłym sezonie trochę tak było – w pierwszej fazie sezonu zaczęłam stawać na podium i przez to mistrzostwa świata były wypatrywane ze szczególnymi nadziejami.
- Podtrzymuję. Tylko dodaję informację, jak się czułam po pierwszych dobrych startach, jeszcze nie wiedząc, że fizycznie nie wytrzymam całego sezonu.
- Tak, medale w Pucharze Świata dodałyby mi pewności siebie, a ona jest bardzo ważna. A że po medalach w Pucharze Świata coraz większa byłaby na mnie presja z zewnątrz? To nie kłopot, bo w sezonie nie czytam artykułów o sobie. Po prostu dostaję powiadomienia, że gdzieś coś o mnie się pojawia, ale nie czytam.
- Nie tylko. Przede wszystkim na maila mi przychodzą – ustawiłam sobie Google Alert na swoje nazwisko i jeśli pojawia się jakikolwiek artykuł z moim nazwiskiem, to na mojego maila przychodzi link.
- Nie wyłączam. Po prostu widzę, że to przychodzi, ale nie klikam tych artykułów.
- Przed poprzednimi igrzyskami w portalach typu Pudelek pojawiały się teksty "Olimpijki w bikini" i tego typu rzeczy. Nie klikałam, ale przynajmniej wiem, że to się pojawia i gdzie się pojawia. Później, po sezonie, sprawdziłam, że to było robione na bazie zdjęć pobranych z Instagrama od różnych dziewczyn ze sportu.
- To normalne, że na koncie pojawiają się zdjęcia na przykład z letnich treningów czy zwyczajne zdjęcia z wakacji. I po prostu ktoś to wykorzystuje. Ignoruję to, bo ważne, że ja sama jestem wierna sobie. I cieszę się, że sponsor, który to ceni się znalazł. Grupa KHGM daje mi duże wsparcie. Dzięki niej mam ogromny spokój w przygotowaniach do igrzysk. Nie musiałam się długo zamartwiać tym, że nie wywalczyłam stypendium na mistrzostwach świata. Tak jak już mówiłam – za indywidualny start go nie miałam, natomiast wywalczyłam je z koleżankami za brązowy medal w sprincie drużynowym. To jest konkurencja nieolimpijska, więc świadczenie dostajemy niewielkie, ale coś jest. A jak do tego dołożę wsparcie sponsora, to mam spokój.
Mam go też dzięki temu, że mój sponsor robi coś ważnego, pożytecznego. Postawił na kobiety. Program "Mistrzynie Sportu KGHM" wspiera kobiety w dążeniu do sukcesów. Ja mam za zadanie głośno mówić o tym, że powrót do sportu po urodzeniu dziecka jest możliwy. Gdy zachodziłam w ciążę, bardzo niewiele znalazłam sportowczyń na arenie polskiej, które to robiły i wracały. Gdzieś tam słyszałam, że ktoś, gdzieś, kogoś zna, kto tak robił i jak sobie radził, ale trudno było mi znaleźć kogoś konkretnego, kto by o tym opowiedział, doradził. Teraz jest nas coraz więcej.
- Czyli są już trzy znane osoby, które dają przykład. Fajnie, że my z dziewczynami mamy jakiś tam kontakt. Super, że KGHM nas pokazuje i że generalnie ułatwia nam, kobietom, bycie w sporcie, że chce wyrównywać szanse. Sport kobiecy zawsze był w tyle. Wiadomo, że zawsze kobiety będą wolniejsze i nigdy nie będą tak silne niż mężczyźni, bo jesteśmy tak po prostu stworzone. Ale to nie znaczy, że jesteśmy mniej wartościowe.
Dzięki takiemu programowi możemy pokazać, że jesteśmy tak samo dużo warte, że dajemy równie duże emocje, że warto nam kibicować, wspierać nas. Mamy naprawdę fajną, różnorodną grupę. Jest młoda, utalentowana tenisistka Maja Pawelska, jest kulomiotka Zuzanna Maślana, jest pływaczka Aleksandra Kościelniak, jest prawie niewidoma paranarciarka alpejska Oliwia Gołaś, jest też Kornelia Olkucka, czyli dziewczyna ścigająca się w Formule 4. My się poznałyśmy wszystkie na inauguracji programu. Jestem dumna, że mogę brać w tym udział i mam nadzieję, że przyniesie to coś wspaniałego.