"Aż mi odejmuje głos". Trener nie ukrywa, że nawet on jest w szoku. "Rzadko"

Łukasz Jachimiak
- Nie będę czarował, że się spodziewałem - mówi Oskar Bom. Trener reprezentacji Polski snowboardzistów jest szczęśliwy, bo właśnie mistrzem świata został Oskar Kwiatkowski, a brązowy medal wywalczyła Aleksandra Król.

Oskar Kwiatkowski zdobył złoty medal snowboardowych MŚ w gruzińskim Bakuriani w gigancie równoległym. W rywalizacji kobiet brąz wywalczyła Aleksandra Król.

Zobacz wideo Adam Małysz pokazał, jak naprawdę wygląda jego codzienna praca w roli prezesa

W snowboardzie alpejskim równoległy gigant to najbardziej prestiżowa konkurencja, która znajduje się w programie igrzysk olimpijskich. We wtorek i w środę naszych medalistów czekają jeszcze starty w slalomie - najpierw każde z nich wystąpi oddzielnie, a następnie stworzą mieszaną parę.

Łukasz Jachimiak: Rozmawiamy chwilę po złocie Oskara Kwiatkowskiego i brązie Aleksandry Król - dopiero jesteście na kontroli antydopingowej - jakie emocje są w panu teraz najsilniejsze?

Oskar Bom: Jestem tak szczęśliwy, że aż mi odejmuje głos. Powiem szczerze: nie spodziewałem się aż dwóch medali.

Dlaczego? Bo trudno trafić taki dzień, gdy ze świetną jazdą zgra się też trochę szczęścia dla obojga naszych świetnych snowboardzistów?

- Nie będę czarował, że się spodziewałem, a nie spodziewałem się z tego względu, że jeszcze w Pucharach Świata nie mieliśmy takiej sytuacji, żeby jednego dnia dwoje Polaków stało na podium. Tylko kilka lat temu w Chinach oboje byli na czwartych miejscach. To nie jest tak, że nie wierzyłem w Oskara czy w Olę. Po prostu wiedziałem, że rzadko się coś takiego zdarza. Zwłaszcza w mniejszych teamach. My nie jesteśmy jak Włosi, Austriacy czy Szwajcarzy - mamy mniej zawodników na najwyższym poziomie i przez to mniej szans na podium. Dlatego aż dwóch podiów się nie spodziewałem. Ale oczywiście oni oboje zasłużyli na te medale. To zwieńczenie ciężkiej pracy Oskara, Oli i całego naszego teamu.

Oskar i Ola w trakcie tego sezonu mówili w wywiadach dla Sport.pl, że jest lepiej niż kiedykolwiek, bo Polski Związek Narciarski w wasz team mocno zainwestował. Z pana punktu widzenia kluczowe było właśnie to, że do pana dołączył trener Izidor Šušteršic, który prowadził Słoweńców do olimpijskich medali, że wspiera was też nowy serwismen i że zawodnicy dostali najlepszy sprzęt?

- Oczywiście, że te inwestycje się opłaciły. Ale ja jeszcze nie chcę podsumowywać sezonu, bo mamy jeszcze dwa starty na mistrzostwach świata i później dwa Puchary Świata. Teraz powiem tylko, że faktycznie PZN nas bardzo wspiera, ministerstwo sportu też. Przyznam, że w tym momencie absolutnie nie mamy na co narzekać. Wiadomo, że zawsze można by było wydać jeszcze więcej pieniędzy, ale czasem bez sensu jest wydawać na rzeczy niekonieczne. Super, że mam pomoc od serwismena i od asystenta, od Izidora. Chłopaki robią dobrą robotę, a ja mam więcej czasu na organizację wszystkiego, na zajęcie się treningami na najwyższym poziomie, na dopilnowaniu, żeby ich jakość była jak najlepsza. Mam też więcej czasu na oglądanie zawodów i na dawanie zawodnikom cennych uwag, na które do tej pory może nie było czasu, bo w trakcie startów musiałem się zajmować zbyt wieloma rzeczami. Na pewno to wszystko wyszło na duży plus, zwłaszcza że nasz team jest bardzo zgrany. To się przekłada na wyniki. I walczymy dalej o kolejne.

Po złocie Oskara i brązie Oli w naturalny sposób liczymy na ich wspólny medal w środę, w rywalizacji mieszanych duetów. Ale Jagna Marczułajtis mówi nam, że nie możemy przegapić też wtorku. Według niej Ola Król w slalomie równoległym ma szansę nawet na złoto. Pan też tak to widzi?

- Oczywiście, że tak. Ola i Oskar są podbudowani, nakręceni. W tym roku slalom w Pucharach Świata nie układał się nam tak, jakbyśmy chcieli, natomiast to jest konkurencja nieolimpijska i przez to troszkę mniej ją trenujemy. Może patrząc na Puchar Świata trochę za mocno stawiamy na gigant, ale jak widać teraz na MŚ, to nam się opłaciło. W każdym razie absolutnie nie jest tak, że slalomu nie potrafimy jeździć. Oskar był w nim czwarty ostatnio w Bułgarii, a Ola już w slalomie dwa razy stawała na podium Pucharu Świata. Zaczekajmy do wtorku, zaczekajmy do środy i jest szansa, że znów będziemy się cieszyć.

Przypomina pan, że równoległy gigant jest w programie igrzysk, a równoległego slalomu nie ma. Jest szansa, że pojawi się mikst?

- Problem jest taki, że kraje, które organizują kolejne igrzyska nie bardzo mają przebicie i MKOl nie chce tej konkurencji włączyć. Ostatnia skuteczna akcja gospodarzy miała miejsce przed igrzyskami w Soczi w 2014 roku, gdy Rosjanie zdołali zorganizować i równoległego giganta, i równoległy slalom, bo im na tym zależało [mieli wówczas świetnego w obu konkurencjach Vica Wilda, który finalnie zdobył dwa złota]. Teraz krajowe związki pisały petycje do FIS-u i MKOl-u, ale się nie udało. Mieliśmy nadzieję, że Włosi, gospodarze najbliższych igrzysk, to przepchną, bo są bardzo mocni w slalomie i będą widzieli swoją dodatkową szansę medalową. Ale też nie dali rady. Na chwilę obecną na igrzyskach będzie tylko gigant. Dlatego on jest dla nas priorytetem i bardzo się cieszę, że właśnie zdobyliśmy dwa medale MŚ w olimpijskiej konkurencji. Obiecuję, że postaramy się do nich jeszcze coś dorzucić.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.