Diane Sellier to aktualnie najlepszy zawodnik męskiej reprezentacji w short-tracku. W zeszłym sezonie to on zapewnił nam jedno miejsce w rywalizacji olimpijskiej na 1500 m. Sam jednak w niej nie wystartował, bo nie posiadał obywatelstwa. Nie doczekał się go do dziś. O kulisach swoich przenosin do Polski i życiu w naszym kraju opowiedział w rozmowie dla portalu WP SportoweFakty.
We Francji Sellier nie mógł się odnaleźć. Trenował w ośrodku w Pirenejach, na odludziu, z dala od rodziny i przyjaciół. Nie czuł się w tej sytuacji komfortowo i postanowił nawet zakończyć karierę. Rozbrat ze sportem trwał ok 7 miesięcy. Wtedy nieoczekiwanie nadeszła pomoc z Polski.
Pomocną dłoń do Francuza wyciągnął trener polskiej kadry w short-tracku Gregory Durand, który wcześniej miał okazję z nim pracować. - Gdy się dowiedział o mojej sytuacji, to zaproponował mi spróbowanie treningów w Polsce. Wtedy jeździłem dla Francji, ale trenowałem tutaj. Później nadeszły jednak problemy z federacją, więc zapytałem się, czy mogę jeździć dla Polski - opowiadał Sellier.
Zawodnik był zaskoczony poziomem organizacyjnym, jaki zastał w Polsce oraz budżetem, jaki jest przeznaczany na short-track. - Nie wiedziałem, że jest tu tak dobrze zanim tu przyjechałem. Byłem bardzo zaskoczony. We Francji życie profesjonalnego sportowca w short tracku jest trudne. W Polsce mamy prawdziwego ducha drużyny, a we Francji tego nie było - stwierdził.
21-latek u nas w kraju w końcu poczuł się jak w domu. - Zdecydowanie lepiej mieszka mi się w Polsce niż we Francji. Bardzo lubię tu przebywać i możliwe, że w przyszłości tutaj zostanę. Mieszkam w Gdańsku i bardzo mi odpowiada życie w tym mieście - powiedział. - Tutaj każdy był dla mnie miły, nigdy nie miałem żadnych problemów. Bardziej mi się tu podoba niż we Francji - dodał.
Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl.
W tym sezonie Sellier znów pokazuje się z dobrej strony. Jest na 7. miejscu w klasyfikacji Pucharu Świata na dystansie 500 metrów. Dostał się nawet do finału A podczas zawodów w Salt Lake City.