Na IO w Vancouver dowiedziała się, że nie dostanie medalu. "Miałam roczne załamanie"

Agnieszka Niedziałek
- Najpierw byłam "tą rezerwową bez medalu", potem "tą medalistką olimpijską", a następnie - niestety - "tą, która przyp*** w traktor" - wylicza ze śmiechem Natalia Czerwonka w rozmowie Sport.pl z cyklu "nieDawny Mistrz". Utytułowana panczenistka wierzy, że wszystko w życiu jest po coś, choć dostała od niego kilka trudnych lekcji. Prawie rok dochodziła do siebie po igrzyskach w Vancouver, bardzo przeżywała zmarnowaną szansę w Pjongczangu, a izolację w Pekinie wspomina jako koszmar.

"nieDawny Mistrz" to cykl rozmów z niedawnymi gwiazdami polskiego sportu. Ujawniają w nich kulisy najciekawszych wydarzeń z kariery i opowiadają, co robią już po jej zakończeniu. Wszystkie rozmowy z tego cyklu można znaleźć pod tym linkiem >>

Kariera Natalii Czerwonki nie była usłana różami. Podczas igrzysk w Vancouver w 2010 roku w roli rezerwowej cieszyła się z koleżankami z niespodziewanego brązu w drużynie, by w ostatniej chwili dowiedzieć się, że ona medalu nie dostanie. Cztery lata później w Soczi Polki wywalczyły srebro, a panczenistka z Lubina była już jedną z podstawowych postaci w składzie. Niespełna pół roku później, jadąc na rowerze, zderzyła się z ciągnikiem i doznała urazu kręgosłupa. Dwóch kolejnych edycji igrzysk nie wspomina dobrze - w Pjongczangu biało-czerwone rozczarowały startem drużynowym, a w Pekinie ona sama trafiła zaraz po przylocie na 10 dni do izolacji z powodu pozytywnego wyniku testu na obecność COVID-19. W dorobku ma jeszcze m.in. trzy krążki mistrzostw świata - wszystkie w rywalizacji drużynowej. W piątek, sześć dni przed 34. urodzinami, oficjalnie zakończyła karierę. Jako ostatnia z wicemistrzyń olimpijskich z 2014 roku. Nuda na sportowej emeryturze jej nie grozi.

Zobacz wideo Legendarny stadion zmienia się z dnia na dzień. Jeden wielki plac budowy

Agnieszka Niedziałek: W czasie piątkowej konferencji po pani policzkach kilkakrotnie popłynęły łzy. Tak samo było, kiedy zapadła decyzja o zakończeniu kariery?

Natalia Czerwonka: Tak. W czerwcu - za zgodą Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego - dołączyłam do ministerialnego programu "Super Trener", a uczestnictwo w nim wiązało się z zakończeniem kariery sportowej. Już wtedy więc wiedziałam, że to nastąpi, tylko chciałam zrobić to tak, jak sobie wymarzyłam. Przez ostatnie dwa dni przed konferencją nachodziły mnie myśli, czy to na pewno dobry moment. Pojawiły się też łzy, bo w tym sezonie mamy dwukrotnie zawody Pucharu Świata w Tomaszowie Mazowieckim, a w Arenie Lodowej czuję się jak w domu. Zaczęłam więc sobie zadawać sama pytania, czy może można byłoby jeszcze przedłużyć karierę o sezon i skończyć ją właśnie tam. Tylko że odkładanie czegoś w nieskończoność nie miałoby sensu, bo jestem osobą, która jak się w coś angażuje, to całą sobą. A poświęcenie się treningom po tak ciężkim i naprawdę wymagającym czteroleciu oraz przejściu tej traumy, której doświadczyłam w Pekinie, było dla mnie trudne.

Potrzebowałam odpoczynku. Myślę też, że do tych zawodów nie przygotowywałabym się tak, jakbym tego sama od siebie wymagała. Mam wiele obowiązków i tak naprawdę trzeba było coś wybrać. Stało się to teraz. Wybiegałam myślami do kolejnych igrzysk, które będą tak blisko, we Włoszech i uważałam, że to będzie wspaniałe miejsce, by zakończyć karierę, ale planować sobie można, a życie pisze nam jednak różne scenariusze. Mam szansę uczyć się od najlepszej trenerki na świecie i to robię. Gdybym z niej nie skorzystała, to na pewno bardzo bym tego potem żałowała.

A dlaczego czekała pani do połowy października?

Na pewno potrzebowałam trochę czasu, żeby sobie to wszystko poukładać. Wolałam też nie robić tego w wakacje skoro mowa o sporcie zimowym. Musiałam również nieco przyzwyczaić się tak naprawdę do tego trochę innego życia. Oczywiście, nie da się przestawić w pełni w ciągu czterech miesięcy po 24 latach spędzony na łyżwach w roli zawodniczki, ale myślę, że złapałam pewien balans. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że droga, którą chcę podążać, jest dobra.

Teraz ma pani dwa główne zajęcia - zajmowanie się własną akademią i rolę asystentki trenerki, ale w kadrze w short tracku...

W short tracku, bo do igrzysk w 2018 roku przygotowywałam się, bazując na rzeczach wyniesionych z niego. Wszystko wzięło się od tego, że w Soczi na 1 500 m na torze długim mistrzynią olimpijską została zawodniczka z toru krótkiego. Świat oszalał i zaczęto łączyć obie dyscypliny. Takich przypadków było też więcej, bo short trackowcy często przechodzą na tor długi. Nigdy odwrotnie. Postanowiłam wykorzystać to, że w ramach wspomnianego programu mogę współpracować z trenerką Urszulą Kamińską i uczyć się czegoś, czego nikt u nas w kraju z toru długiego tak naprawdę nie zgłębiał. Zaczęłam na to zwracać uwagę już kilka lat temu i czułam, że można z tego mieć dużo korzyści. Na świecie to się sprawdzało. W Polsce trzeba jeszcze przetrzeć mocniej szlaki, ale nie musimy daleko szukać dowodów - Zbigniew Bródka przeszedł taką drogę. Urszula Kamińska też na początku była w short tracku, większą część kariery zawodniczej spędziła na torze długim i jako trenerka wróciła do krótkiego. Uważam, że wszystkie dzieci powinny zaczynać szkolenie od niego.

Nauka w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem wiązała się z wyjazdem 500 km od domu. To była szkoła życia dla nastolatki?

Śmieję się zawsze, że mojego młodszego o dwa lata brata wychowali rodzice, a mnie internat. To była szkoła samodzielności, którą każdemu polecam. Jak prałam ubrania i wracałam dwa razy do roku do domu, to mama zawsze wiedziała, czy wśród ciuchów było coś czerwonego, czy też niebieskiego, bo wszystko było zafarbowane. Cztery lata spędzone w tej szkole wspominam jako jeden z najlepszych okresów w moim życiu.

Przyjaźnie nawiązane w tamtym okresie trwają do dziś. Tam poznałam choćby właśnie Luizę i Kasię Niedźwiecką. Z przyjaciółkami z tej szkoły mam stały kontakt i wiem, że w każdej chwili mogę się spakować i przyjechać do nich bez zapowiedzi, bo czuję się tam jak w domu. Jesteśmy rodziną. Myślę też, że to był etap, który trzeba było zaliczyć, żeby potem zdobyć ten medal olimpijski.

Pierwotnie chciała pani być lekkoatletką?

Gdy poszłam na testy sprawnościowe do szkoły sportowej, to były tylko dwie klasy. Nie wiedziałam wtedy kompletnie, na czym polega łyżwiarstwo szybkie, więc liczyłam, że trafię do tej o profilu lekkoatletycznym. Do dziś pamiętam, jak zobaczyłam kartkę z przydziałem do tej łyżwiarskiej. Od razu powiedziałam tacie, że nie chcę do niej iść. Powiedział: "Zostań rok i zobaczysz. Jak ci się nie spodoba, to zmienimy". No i jednak nie zmieniłam tego przez 24 lata.

Miałam krótki okres załamania, gdy miałam chyba 13 lat. Koleżanki przestawały trenować, bo zaczynała się ciężka praca. Raz przyszłam do domu zapłakana i mówię do taty, że już nie chcę jeździć na łyżwach i chcę grać w piłkę ręczną. Myślę, że brakowało mi drużyny, koleżanek na treningu. Byłam w grupie ze starszymi o kilka lat chłopcami, nie miałam się z kim pośmiać itp. Przed pójściem spać płakałam, bo nie wiedziałam, jaką mam podjąć decyzję. Mama zaprowadziła mnie do psychologa i jakoś przetrwałam ten czas. 

Ciągnęło panią też do innych sportów?

Do kolarstwa. Też ze względu na drużynę. Cały czas na poszczególnych etapach kariery brakowało mi jej. Po zawodach kolarskich w Sobótce ówczesny prezes PZKol Wacław Skarul zaprosił mnie na trening. I tak się zaczęła się moja przygoda z kolarstwem, która skończyła się… na traktorze. Miałam też parę treningów na torze, byłam na dwóch obozach z dziewczynami, przygotowywałam się nawet do mistrzostw Polski.

Bardzo mi imponowało, że tam drużyna potrafiła się poświęcić dla jednej dziewczyny, która dzięki temu wygrywała wyścig i bardzo chciałam się w tej drużynie znaleźć. Niestety, plany się nie spełniły, ale wciąż cenię sobie te znajomości. W łyżwiarstwie też bardzo potrzebna jest moc i mamy tu medalistki olimpijskie z Holandii, które przeszły do kolarstwa torowego i zdobywają tam medale. Panczeniści też bardzo dużo jeżdżą na rowerach, więc te sporty też się łączą.

Przykładem na udane ich łączenie jest choćby słynna Czeszka Martina Sablikova.

Jest niesamowitym sportowcem. Chciałabym wychowywać jako trenerka takich zawodników. Którzy mają takie osiągnięcia, a tak naprawdę są ludźmi normalnymi, nie wywyższającymi się i podchodzącymi z szacunkiem do wszystkich. Podczas zawodów Pucharu Świata pożyczyłam jej kiedyś rower, to w podziękowaniu kupiła mi kubek. Zawsze jest miła, uśmiechnięta, potrafi pocieszyć. Jest niesamowitą osobą. Jak ją zobaczyłam w piątek na tym filmiku pożegnalnym, to bardzo się wzruszyłam.

Pod wrażeniem byłam też nagrania Nao Kodairy. To medalistka olimpijska, która za bodajże dwa tygodnie także kończy karierę. Kiedyś przywiozłam jej porcelanę Bolesławca, bo Japończycy są zakochani w niej. Człowiek sobie potem dopiero zdaje sprawę, że po 15 latach startów w PŚ ma pełno osób, z którymi się poznał i cały czas mijał. Fajne jest to, że tak naprawdę zostaję w tym środowisku. Gdybym odchodziła całkowicie z łyżwiarstwa, to byłoby mi dużo ciężej. A tak mam świadomość, że zostaję w sporcie, który kocham i co więcej dalej będę dla niego pracować – to jest piękne.

Mówiła pani o traumie z Pekinu. Minęło osiem miesięcy, ale chyba nie osłabiło to mocy wspomnień z tej izolacji?

To było ciężkie przeżycie dla mnie i dla Natalki Maliszewskiej. Dziś nie wyobrażam sobie, by ktoś mnie zamknął na 10 dni w pokoju. Gdzie nie mam teraz takiej sytuacji, że cel, do którego się przygotowywałam przez cztery lata, jest już zaraz. Nie wiem, jak silne byłyśmy wtedy, że wytrzymałyśmy to. Żyłyśmy ciągłą nadzieją, że zaraz wyjdziemy. I tak było od pierwszego dnia. Wyjście z pokoju wyglądało jak film s-f. Tak jakby wyłączyli wszystkie kamery i powiedzieli, że możemy uciekać. Do ostatniego dnia igrzysk moje testy dawały wynik nierozstrzygnięty. Z tego powodu nawet po powrocie do wioski olimpijskiej nie mogłam choćby wejść do stołówki.

W mediach społecznościowych zamieściła pani zdjęcie dostarczanych jej posiłków. Nie wyglądało to zachęcająco.

Było okropnie. Ale było, minęło i myślę, że to tylko kolejny raz pokazuje mi, że żadna rzecz nie jest w stanie mnie złamać. Ze wszystkim sobie poradzę. Ciężko mi o tym mówić, bo wiadomo, że człowiek przeżywa każdy udział w igrzyskach, ponieważ się do nich długo przygotowywał. A tam poszłam na start bez stresu, bo nie mogłam niczego od siebie oczekiwać. Nawet nie mogłam niczego pokazać. Szłam na start taka…pusta. Ale chciałam pokazać, że stanę na nim i będę walczyć. Dla mojej rodziny, dla podopiecznych z akademii, dla kibiców oraz dla ludzi, którzy tyle lat się poświęcali i tak ciężko pracowali, bym tam była.

Czy była potem potrzeba skorzystania z pomocy psychologa?

Sport jest piękny, ale i brutalny. Tak naprawdę od Vancouver przyzwyczaiłam się, że nikt się nad nami nie lituje i nie myśli o nas. Nawet wtedy, w 2010 roku, kiedy nie dostałam medalu olimpijskiego, to nikt się nie zastanawiał, czy potrzebuję pomocy psychologicznej. I niestety po dziś jest tak samo. My, sportowcy – tym bardziej ze sportów indywidualnych, wiemy, że musimy zadbać o siebie sami, bo nikt inny tego nie zrobi. Mnie po Pekinie uratowała akademia. Po powrocie byłam w domu jedną noc, a potem pojechałam z dziećmi do Holandii, by pokazać im, jak wygląda tam sport. Dzięki temu nie miałam czasu, by się rozpaść. Pasja i radość z pracy z dziećmi też przyczyniły się do podjęcia decyzji o zakończeniu kariery.

Przez izolację w Pekinie straciła też pani rolę chorążej podczas ceremonii otwarcia.

To miało dla mnie ogromne znaczenie. To były moje czwarte igrzyska i ukoronowanie całej kariery sportowej. Było mi tego bardzo żal. Te cały igrzyska to była ogromna lekcja. Niektórzy mówią, że w Vancouver spotkało mnie nieszczęście. Patrzę na to tak, że to było coś, co miało się stać. Miałam potem cztery lata ciężko pracować, by wywalczyć sobie olimpijski medal, zdobyć go i być z niego ogromnie dumna. I tak jest. I wcale mi nie brakuje tego jednego krążka z 2010 roku. Jakby ktoś mi teraz zabrał akademię, to byłoby gorzej (śmiech). Cieszę się, że tak naprawdę mam wszystko, co chciałam mieć w życiu. I śmiało mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

Spełniona też?

Tak. Choć spełniona w pełni dopiero będę. Bo myślę, że ciężka praca w roli szefowej akademii i trenerki też przyniesie efekty.

Na konferencji powiedziała pani, że niczego by nie zmieniła w swojej karierze i "Dziękuję też traktorowi".

Każda z tych rzeczy mnie ukształtowała. Zawsze powtarzałam, że z ich powodu zmieniałam się jako zawodniczka i jako człowiek. Była chwila, kiedy sama w dużym stopniu płaciłam za swoje przygotowania. To było, gdy chciałam pracować ze swoim trenerem i mieć indywidualny cykl treningowy. Doceniam więc wszystko, bo wiem, co ile kosztuje i jak drogie jest to całe szkolenie.

Podobno w Vancouver w ogóle nie pokazywała pani po sobie smutku, że nie ma medalu i świętowała razem z koleżankami z drużyny.

Pojechałyśmy kupić sobie takie same sukienki i szpilki. To był mój pomysł. Do tej pory je mamy. Było super. Dopiero w Polsce wszyscy zaczęli mówić o braku medalu. Byłam wówczas znana jako "ta rezerwowa". Nawet nie podawano mojego imienia i nazwiska, tylko "ta rezerwowa, która nie dostała medalu". Musiałam długo walczyć, by stać się "tą medalistką olimpijską". Ludzie szybko przypinają łatki. Najpierw byłam "tą rezerwową", potem "tą medalistką olimpijską", a następnie - niestety - stałam się "tą, która przyp......ła w traktor" (śmiech). Mam nadzieję, że teraz się to zmieni. Bo bardzo ciężko pracowałam na to, by być w tym miejscu, w którym jestem.

Jak pani teraz wspomina zamieszanie dotyczące medalu w 2010 roku?

Tak naprawdę nikt z nas nie wiedział, jakie są zasady w takiej sytuacji, bo nigdy wcześniej nie znalazłyśmy się w niej. Zakwalifikowałyśmy się na igrzyska z ósmym czasem i nie byłyśmy wśród faworytek. Dało o sobie znać piękno sportu i to, że igrzyska rządzą się swoimi prawami. Dziewczyny w pierwszym biegu jechały z Rosjankami, medalistkami olimpijskimi z Turynu. Te już wtedy rozdawały sobie medale, a potem nie dojechały, rozsypały się. To była dla wszystkich ogromna niespodzianka. Nawet teraz jak to wszystko wspominam, to mam ciarki i to są bardzo miłe dla mnie momenty.

Potem dopiero zaczęły wychodzić takie poboczne sprawy jak to, że nie będę miała emerytury olimpijskiej, skoro nie mam medalu. Miałam wtedy prawie roczny okres takiego załamania zanim się za siebie znów wzięłam. Cały czas siedziałam wówczas na kanapie i nawet tata nie wiedział, co się ze mną dzieje i dlaczego nie idę na trening. A ja nie miałam wówczas poczucia sensu tego. Ale następny sezon już należał do nas i zdobyłyśmy wówczas medal mistrzostw świata.

Nie ma pani żalu za to niedopatrzenie i brak znajomości przepisów?

To była sytuacja, którą przerabialiśmy wszyscy pierwszy raz i na pewno do nikogo nie mam pretensji.

To prawda, że dowiedziała się pani o tym, że nie dostanie krążka, czekając już z koleżankami na rozpoczęcie ceremonii medalowej?

Kolega z reprezentacji podszedł i powiedział, że mam iść na podium. Potem była wersja, że nie. Dużego rozgoryczenia nie pamiętam, bo pojechałam wtedy z dziewczynami na wspomniane zakupy. Ja się wtedy naprawdę cieszyłam tym sukcesem.

Ma pani poczucie, że to, co zdarzyło się w Vancouver, było potrzebną motywacją, by wywalczyć srebro w Soczi?

Tak myślę. W ogóle uważam, że wszystko jest po coś.

To, co wydarzyło się w Pjongczangu, też było po coś?

(po chwili ciszy) To jest ciężki temat. Uważam, że powinnyśmy były wrócić stamtąd z medalem. Mimo tego, że przez cały sezon wcześniej nie brylowałyśmy w biegu drużynowym i nie spisywałyśmy się zazwyczaj w zawodach Pucharu Świata tak, jak byśmy tego chciały, to w Korei Płd. każda z nas była w życiowej formie. I na pewno ten medal był w naszym zasięgu. Uważam, że straciłyśmy go dlatego, że nie byłyśmy wówczas drużyną. Nie boję się tego powiedzieć. Rozjechało się to wszystko. Nie było osoby, która potrafiłaby to wszystko razem skleić.

Wcześniej też nie zawsze pałałyśmy do siebie miłością, różne były etapy. Ale zawsze jak stawałyśmy na starcie, to miałyśmy wspólny cel i byłyśmy jednością. W Korei Płd. gdzieś się to rozjechało i bardzo mnie to bolało. Czułam tam ogromną presję. Jechałyśmy w składzie z Luizą i Katarzyną Bachledą-Curuś i niestety najstarsza z nas nie wytrzymała tego tempa i odpadła od nas. Medal nam przepadł i to było straszne. Dlatego dla mnie, jako trenerki, prezeski i mentorki, bardzo ważne jest teraz budowanie poczucia drużyny, wspólnoty i jedności. Bo sukces sportowy, nawet u dzieci, to efekt wspólnej pracy. Spotykają się codziennie na treningach i mobilizują się nawzajem. Trzeba zakorzeniać u nich takie poczucie budowania zwycięskiego zespołu.

Po igrzyskach 2018 miała pani podobnie ciężki czas jak osiem lat wcześniej?

Nie, choć tuż po tym starcie bardzo się popłakałyśmy z Luizą. Bardzo to przeżyłyśmy, bo miałyśmy poczucie, że to było zmarnowanie ogromnej szansy. Ale po tych igrzyskach odreagowałyśmy inaczej, bo wylądowałyśmy… w Himalajach. Planowałyśmy tą wyprawę już cztery lata wcześniej i myślę, że była to najlepsza metoda na odstresowanie.

Kto powinien był skleić drużynę w Korei Płd.?

Myślę, że zawsze jest osoba odpowiedzialna za wynik i za tą drużynę. Ja trenowałam ze swoim szkoleniowcem, Luiza ze swoim, dwie Katarzyny z innym. Indywidualnie byłyśmy przygotowane bardzo dobrze, ale brakowało na pewno ducha drużyny.

Po tym starcie powiedziała pani, że medal został przegrany w szatni i to dużo wcześniej. Przez cały sezon 2017/18 brakowało tej atmosfery?

Na pewno tak było. Duże znaczenie też miało odłożenie na bok osobistych ambicji i urazów, by podążyć za wspólnym celem. Stało się, jak się stało i już tego nie odwrócimy. My jesteśmy mądrzejsze i wiemy, gdzie był błąd i jak go nie powielać.

Na piątkowej konferencji z czwórki wicemistrzyń olimpijskich z Soczi nie było tylko Bachledy-Curuś. Miała pani z nią jakikolwiek kontakt od igrzysk w Pjongczangu?

Nie. Nie żywię do niej urazy. To była tak samo jej, jak i nasza szansa. Wspólnie pracowałyśmy na to wiele lat. Zanim w 2006 roku powstała żeńska kadra, to tak naprawdę Kasia była jedyną kobietą na tym poziomie i trenowała z mężczyznami. Była utytułowana i zawsze najlepsza. Po dołączeniu do niej początkowo byłyśmy dużo gorsze, ale potem szło nam coraz lepiej i zaczęłyśmy z nią wygrywać. To pewnie nie była dla niej łatwa sytuacja. Pamiętam przemowę trenerki Ewy Białkowskiej z 2006 roku, gdy mówiła nam, że musimy zmienić obraz łyżwiarstwa. Miało się poczucie, że chodzi o coś ważnego.

Podobno na początku Bachleda-Curuś mocno dawała młodszym koleżankom do zrozumienia, że od niej odstają poziomem.

Kiedyś trenerzy chyba uważali, że oni są tylko od treningu, a cała reszta ich nie interesuje. Nie zwracali uwagi na aspekty psychologiczne, o których teraz się głośno mówi. Obecnie i gdy wprowadzałyśmy Karolinę Bosiek do kadry, to jasne było, że jesteśmy tak silne jak najsłabsza osoba w drużynie i trzeba ją wspierać. Wcześniej stresowało się tym, co będzie, jak się nie utrzyma tempa i zostanie w tyle.

Ciężko było o motywację po igrzyskach w Pjongczangu, by dotrwać do Pekinu?

Nie. Bo odkąd w wieku 24 lat zaczęłam współpracować z trenerem Arkadiuszem Skonecznym, to właściwie co sezon poprawiałam rekordy życiowe. Nieustanne poczucie, że cały czas się rozwijam i mogę więcej, trzymało mnie przy sporcie.

Mówiła pani, że każde z trudnych doświadczeń panią ukształtowało. Czego nauczyło panią zderzenie z traktorem?

Wiem, że miałam szczęście. Że to był dar od losu i ktoś nade mną czuwał. Bo mogło się to skończyć tragicznie i za to, że się tak nie stało, jestem ogromnie wdzięczna.

Pamięta pani coś z samego wypadku?

Nic. Taki mądry jest ten nasz organizm, że wypiera takie rzeczy. Obudziłam się w szpitalu w Łodzi, na miejscu byli już moi rodzice. Mama rozcinała mi ciuchy, a ja mówiłam, że za tydzień mam mistrzostwa Polski w kolarstwie torowym (uśmiech).

Jak wyglądały pierwsze dni po wypadku i rehabilitacja?

Cztery dni leżałam - lekarze bali się o uszkodzenie rdzenia kręgowego, bo miałam pęknięcie pod potylicą. Potem wychodziły też nowe rzeczy - złamany obojczyk i krwiak w uchu, który wypatrzyła moja mama. W szpitalu byłam osiem dni, potem przeniosłam się do domu. W październiku - gdy byłam już w miarę samodzielna - poprosiłam mamę, by mnie zawiozła do Krakowa, to pochodzę na uczelnię.

Ćwiczyłem na ile mogłam w gorsecie, który sięgał od głowy do okolicy pępka. Jeździłam na rowerze i na desce do imitowania jazdy na łyżwach. Postanowiłam sobie, że 20 października (na urodziny – przyp. red.) ściągnę ten mój gorset. I tak było. Nosiłam go potem przypięty do plecaka i traktowałam jako talizman. Nikt nie chciał za bardzo potem wziąć odpowiedzialności za to, by dać mi zaświadczenie o zdolności do uprawiania sportu.

Tuż po wypadku przeszło pani przez myśl, że trzeba będzie skończyć z tego powodu karierę?

W ogóle nie miałam takiego momentu. Mama wzięła wtedy bezpłatny urlop, bo sama nie mogłam nawet sobie skarpetek założyć. Pilnowała mnie. Rodzice mnie hamowali i apelowali, bym trochę przystopowała z tym powrotem.

Kiedy po raz pierwszy od wypadku wsiadła pani znów na rower?

W grudniu. W marcu pojechałam z kolarzami na obóz do Hiszpanii i zaczęłam wracać do sportu, też poprzez kolarstwo. Byłam bardzo zestresowana pierwszym startem, który był w kwietniu. Po 2 km wylądowałam w kraksie. Mój rower był tak zmasakrowany, że nie mogłam na niego z powrotem wsiąść. Trener podjechał do mnie, zabrał rower, rzucił: "Wiedziałem, że to jeszcze za szybko!" i wsadził mnie do karetki. A ja w niej byłam taka szczęśliwa i tak się śmiałam, że ratownik spytał zaskoczony, co się stało. Opowiedziałam mu o tym, że miałam wcześniej złamany kręgosłup i że przeszłam właśnie najlepszy test w życiu, bo kręgosłup cały, a ja tu z nim siedzę i rozmawiam. Zabrano mnie jeszcze na badania neurologiczne i jak wyszłam, to po chwili już tato ze mnie zeskrobywał żwirek. W wyniku tej kraksy zdarło mi sporą część spodenek z tyłka. Następny upadek był w lipcu, już na łyżwach. Bardzo mnie to na początku zestresowało, ale okazało się, że wszystko jest ok.

To wszystko potwierdza słowa osób, z którymi wcześniej rozmawiałam - jest pani naprawdę uparta. Zaszkodziło to pani kiedyś?

Nie. Musiałam bardzo mocno walczyć o swoje. Były ciężkie chwile, bo chciałam pracować ze swoim trenerem i nie chciałam odpuścić. Wiadomo, to się wiązało z różnymi konsekwencjami, ale nie uważam, żeby mi to kiedyś zaszkodziło.

A skąd podejście do polityki w młodym wieku? W 2014 roku kandydowała pani do sejmiku dolnośląskiego, a rok później była na liście jednego z komitetów wyborczych do Sejmu.

Tak naprawdę zaczęło się to już w 2010 roku. Byłam wtedy młoda i nie byłam świadoma całej sytuacji. Oczekiwano ode mnie pomocy, a ja czułam, że muszę się zgodzić w zamian za otrzymane wsparcie i tak to się zaczęło. Będąc małą dziewczynką i potem sportowcem, nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że te sport i polityka są aż tak powiązane. Że jeżeli otrzymujemy skądś wsparcie jako sportowcy, to te osoby liczą na nas przy innych sprawach. Myślę, że niestety, ale ta przygoda z polityką się nie skończyła. Bo jeżeli chcę rozwijać swój klub i starać się o niektóre rzeczy, to jedyną drogą jest np. zasiadanie w Radzie Miasta. Inaczej się po prostu nie da. To jest przykre, ale też bardzo prawdziwe.

Od siebie podobno pani zawsze dużo wymagała. Jako trenerka od podopiecznych też?

Myślę, że to jest najtrudniejsze w transformacji z zawodowego sportowca z zero-jedynkowym podejściem w trenera. I to nie szkolącego kadrę, ale dzieci. Trzeba nauczyć się odpuszczać, wymagać od nich mniej i nie stawiać ich w takiej sytuacji, że muszą tak dużo poświęcić jak samemu się poświęciło. Cały czas się tego uczę i doskonalę pod tym kątem. Hamuję swoje zapędy, ale też dużo motywuję dzieci i podkreślam cały czas, że to nie będzie łatwa droga. Powtarzam im też, że nawiązane dzięki temu znajomości, są bardzo cenne. A sama uczę się, że niektóre doświadczenia muszą po prostu przerobić na własnej skórze.

Czy tatuaż przedstawiający domino związany jest z konkretnym wydarzeniem z pani życia?

Z tym, o czym rozmawiałyśmy, czyli że wszystko jest w życiu po coś. Od Vancouver moje życie się tak układa - musiałam sobie wywalczyć ten medal olimpijski potem sama i przerobić różne historie. Nie wiem jeszcze, po co był ten koszmar w Pekinie, ale na pewno niedługo się dowiem (śmiech). Bo wszystko ma jakiś sens. Głęboko w to wierzę.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.