Igrzyska olimpijskie w Pekinie rozpoczną się już 4 lutego. Mateusz Sochowicz, najlepszy polski saneczkarz, nie rezygnuje ze startu w nich, mimo że 8 listopada na olimpijskim torze w Yanging mógł nawet zginąć.
- Wyobraź sobie, że pokonujesz jeden wiraż, za chwilę drugi, że pędzisz, bo naprawdę wszystko zrobiłeś technicznie właśnie tak jak trzeba, i nagle widzisz, że jedziesz w barierę, że tor jest zamknięty. Szok. Błyskawicznie wstałem z sanek i chciałem tę barierę przeskoczyć. Ostatnie metry przejechałem na stopach, a sanki puściłem przed siebie. Odbiłem się, ale chyba źle wycyrklowałem moment odbicia i dlatego walnąłem - tak Sochowicz relacjonował nam swój wypadek.
Przez błąd obsługi toru Polak wpadł w bramkę, która powinna być otwarta, a była zamknięta. - Miała z 70 centymetrów. A ja ślizgałem się po lodzie z prędkością około 70 km/h. Przekonałem się, że strasznie trudno jest się z czegoś takiego odbić - opowiadał nasz saneczkarz.
Po wypadku Sochowicz przeszedł w Chinach operację składania pękniętej rzepki w lewym kolanie. Miał też szytą prawą nogę, która została rozcięta tak głęboko (aż do piszczeli), że początkowo uraz uznano za otwarte złamanie.
Jeszcze będąc w Chinach nasz saneczkarz zaczął współpracę (codzienne rozmowy) z psychologiem, a od razu powrocie do Polski podjął rehabilitację w mającej świetne opinie klinice Rehasport u zaufanego fizjoterapeuty, który kiedyś pracował z kadrą.
Efekty ogromnej pracy Sochowicza są takie, że w środę po raz pierwszy od wypadku wsiadł na sanki! Na torze w Oberhofie, gdzie w weekend odbędą się zawody Pucharu Świata, Mateusz wykonał trzy ślizgi treningowe. Ruszał z obniżonego, juniorskiego startu. Absolutnie nie jest brany pod uwagę, jeśli chodzi o zawody. On po prostu na nowo oswaja się ze wszystkim, co w ostatnich tygodniach stracił przez wypadek.
- Wszystko idzie zgodnie z planem. Na razie powrotem jeszcze nie można tego nazwać, ale na pewno krok naprzód jest duży - mówi Sochowicz w rozmowie ze Sport.pl.
Saneczkarz przyznaje, że po pierwszych treningach trochę dokucza mu ból. - Kolano trochę odczuło wczorajsze jazdy. Ale popracowaliśmy z kadrowym fizjoterapeutą, dzisiaj też się lepiej przygotujemy i zobaczymy, co będzie - mówi. - Odbudujemy tejpami kolano. Bo mam ortezę, która pod strojem zbyt mocno naciska - wyjaśnia.
Za Sochowiczem bardzo ważny, pierwszy, krok do powrotu na igrzyska. On w Oberhofie przede wszystkim przełamuje strach.
Na pytanie, czy bał się pierwszego ślizgu odpowiada bardzo bezpośrednio: - Byłem osrany! Głupcy się nie boją. Ale ufam swoim umiejętnościom. Wiem, że umiem jeździć na tych sankach, a ze ślizgu na ślizg tylko się w tym utwierdzam.