Ledwo żywa Bjoergen padła przed Kowalczyk. Norwegia do dzisiaj jest w szoku

Mateusz Król
Ból na twarzach zawodniczek był wyraźny. Tętno sięgało 180 uderzeń na minutę, zresztą podobnie jak u kibiców. W połowie podbiegu Justyna Kowalczyk i Marit Bjoergen wciąż wspinały się razem. Nagle Polka zaczęła się odrywać od norweskiej rywalki. Pięć, siedem, 10, 15 metrów... Od jednego z najbardziej pasjonujących pojedynków w historii biegów narciarskich mija 10 lat.

Rywalizacja Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen przez lata napędzała zainteresowanie biegami narciarskimi. Nie tylko w Polsce czy Norwegii. Dwie znakomite, wytrzymałe i twarde sportsmenki napędzały się wzajemnie. Ścigały na torach, docinały sobie w mediach. Bjoergen i jej "legalny doping" - jak określali polscy kibice brane przez Norweżkę leki na astmę - bywała naszym zimowym wrogiem numer 1.

Zobacz wideo Polscy skoczkowie odzyskają formę w miesiąc? "Wychodzili już z kryzysów"

I napędzała Kowalczyk. - Fajnie było wygrać z Marit - mówiła tuż po wywalczeniu złotego medalu na igrzyskach w Vancvouver Justyna. Chwilę wcześniej wyszarpała zwycięstwo Bjoergen po pasjonującym finiszu. Z perspektywy czasu trudno w to uwierzyć, ale Polka nie pokonała Norweżki w bezpośrednim pojedynku przez prawie kolejne dwa lata. Aż do pamiętnego Tour de Ski w 2012 roku - od jednej z największych batalii w historii kobiecych biegów narciarskich właśnie mija 10 lat.

Kowalczyk wygrywała, bo Bjoergen jej pozwalała?

Czas między igrzyskami w Vancouver w 2010 roku a kolejną wygraną Kowalczyk nad Bjoergen zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Tym bardziej że emocje były ogromne, a wszystko zaczęło się już na igrzyskach w Kanadzie. - Marit przyjechała tu się nawdychać, a potem biegać, i niech się tym zajmie, zamiast podważać decyzję jury. Czuje się widocznie zagrożona, bo dobrze wie, że bez tych swoich "pomagaczy" nie bardzo miałaby tu co robić ze mną i innymi dziewczynami - wyrzuciła z siebie Polka po biegu łączonym, w którym zdobyła olimpijski brąz, mimo norweskich protestów. Dyskusja o legalności stosowania przez Bjoergen leków na astmę naznaczyła ich rywalizację na lata.

Rok po igrzyskach w Vancouver, w 2011 roku, Kowalczyk przegrała z Norweżkami mistrzostwa świata w Oslo. Wyjechała stamtąd z trzema medalami, ale wciąż miała przed sobą Bjoergen, a raz nawet Therese Johaug. Złość rosła ze startu na start, w stolicy Norwegii znów rozpętała się dyskusja na temat leków na astmę, które stosowała Bjoergen. To też powodowało, że polscy kibice mniej żyli brązowym i srebrnymi krążkami polskiej biegaczki, a bardziej posądzeniami o "legalny doping" norweskiej mistrzyni. Bjoergen stała się niemal narodowym wrogiem, którego za wszelką cenę trzeba pokonać.

Udawało się to w klasyfikacjach generalnych Pucharu Świata. Kowalczyk zdobywała Kryształowe Kule od 2009 do 2011 roku, trzy razy z rzędu. Triumfowała też rok po roku w Tour de Ski. Za każdym razem musiała jednak słuchać głosów, że jej główna rywalka odpuszczała wiele startów i na mistrzostwach świata to ona była górą. Czyli Kowalczyk wygrywała, bo jej Bjoergen pozwalała.

Ale do czasu.

Polskie skoki pędzą na czołowe zderzenie z pociągiem. Polskie skoki pędzą na czołowe zderzenie z pociągiem. "Nie widzę szans"

"Byłam, jestem i będę jedną z kandydatek do zwycięstwa"

W sezonie 2011/2012 nie było w planach żadnej imprezy rangi mistrzowskiej. Wiadomo było, że dla biegaczek najważniejsza będzie klasyfikacja Pucharu Świata oraz prestiżowy Tour de Ski. Ta druga impreza, wówczas już dwukrotnie z rzędu zwycięska dla Kowalczyk, budziła największe emocje kibiców. Dlatego, że pierwszy raz od trzech lat na udział zdecydowała się Bjoergen. Norwegowie byli przekonani, że Polka nie ma szans w starciu z ich rodaczką. To oni najczęściej podkreślali, że Kowalczyk wygrywała na Alpe Cermis tylko dlatego, że brakowało Marit.

Prolog na 3100 metrów stylem dowolnym wygrała Kowalczyk. O 0,4 sekundy przed Bjoergen. I było to ogromnym zaskoczeniem, bo o ile w stylu klasycznym Polka mogła być w gronie faworytek, o tyle w "łyżwie" raczej nie.  – Byłam, jestem i będę jedną z kandydatek do zwycięstwa. Jeśli ktoś przez dwa lata z rzędu wygrywał tę imprezę, ma taki status – mówiła Polka, po zakończeniu prologu w Oberhofie. Kowalczyk przerwała wówczas passę porażek z Bjoergen, w bezpośrednim pojedynku pokonała ją po raz pierwszy od 650 dni. Norwegowie nie dowierzali. 

Ale to był dopiero pierwszy wyścigowy cios wyprowadzony przez Kowalczyk. Kolejnym biegiem był pościgowy na 10 km. I tu już doszło do większego zaskoczenia. Kowalczyk triumfowała, ale za nią wcale nie była Bjoergen. Ledwie 0,2 sek. straciła do Polki Therese Johaug. Największa rywalka naszej biegaczki była trzecia. - Miała dziś kiepskie narty, a musi mieć je dobrze dobrane, żeby biegać szybko - tłumaczył jej trener Egil Kristiansen. 

Na sprint biegaczki przeniosły się do Oberstdorfu i znów Kowalczyk była górą. Ustrzeliła hattricka i w całym Tour de Ski prowadziła już o 22,2 sek. przed Bjoergen. Norweżka miała jednak jeszcze asy w rękawie - dwa biegi stylem dowolnym. Rok 2011 zmienił się w 2012 i role się odwróciły - Bjoergen wygrała kolejno bieg łączony, sprint i rywalizację na 15 km stylem dowolnym. I została nową liderką cyklu. 

Markus Neitzel i Ryoyu KobayashiNiemiec zapytał, a Kobayashi zdębiał. Niemiecki misjonarz w cieniu mistrza

Kowalczyk pociła się jak szczur

Nadszedł czas na decydujące starcia. Dzień przed finałową wspinaczką, już w Val di Fiemme, rozegrano bieg na 10 km stylem klasycznym ze startu wspólnego. I świetnie dysponowana Kowalczyk wygrała w imponującym stylu! Jej przewaga nad Bjoergen wyniosła 11 sek. - Walka była bardzo dobra, ale nie musiałam dawać z siebie 110 proc. - mówiła po biegu Polka. Tymczasem Bjoergen była wyczerpana i nie mogła uwierzyć w porażkę. Kowalczyk została liderką cyklu i wiadomo było, że na Alpe Cermis ruszy o 11,5 sek. przed swoją największą rywalką. 

Decydujące starcie nastąpiło 8 stycznia 2012. Stres polskiej biegaczce udzielał się od rana. A wstała bardzo wcześnie. - Śpiewała czy nuciła sobie piosenki. Kiedy tak robi, to znaczy, że ma stracha - mówił potem Aleksander Wierietielny, trener Kowalczyk. Ona sama dodała później, że nie bała się rywalek, ale wielkiej góry. A to rzeczywiście wielkie wyzwanie, bo nachylenie podbiegu sięga momentami nawet 28 proc. Kilka lat później Kowalczyk odczuła to na własnym organizmie - w 2015 roku zemdlała i zamiast na szczyt Alpe Cermis, trafiła do szpitala. W 2012 roku walczyła jednak o zwycięstwo.

Kowalczyk zaczekała na Bjoergen, na podbieg wbiegły razem. Wysoka temperatura, słoneczna aura i dwie mistrzynie wspinające się pod stok, którym zazwyczaj w dół zjeżdżają narciarze alpejscy. Polka najpierw zrzuciła okulary, a później opaskę. Wszystko, aby wspinaczka była lżejsza. - Pociłam się jak szczur, za przeproszeniem - mówiła biegaczka z Kasiny Wielkiej.

"Sto lat!" na mecie, Kowalczyk pierwsza!

Ból na twarzach zawodniczek był wyraźny. Tętno sięgało 180 uderzeń na minutę, zresztą podobnie jak u kibiców. W połowie podbiegu Kowalczyk i Bjoergen wciąż wspinały się razem. Nagle Polka zaczęła się odrywać od norweskiej rywalki. Pięć, siedem, 10, 15 metrów... - Ruszyła! - krzyczał do mikrofonu komentator TVP Marek Jóźwik. - Kowalczyk biegnie, Bjoergen idzie - oceniał. 

 - Usłyszałem w radiu, że Justyna zaczyna odchodzić od Bjoergen, a do tego wygląda świeżo. Norweżka zaś była zgięta i patrzyła pod nogi. Wtedy już wiedziałem, że będzie dobrze - mówił Wierietielny. Polka znakomicie pokonywała kolejne metry stromego podbiegu liczącego 3650 metrów z przewyższeniem 420 metrów. Spokojnie wbiegała pod górę, podczas gdy Bjoergen wyglądała tak, jakby człapała na nartach. I w akompaniamencie "Sto lat!" śpiewanego przez polskich kibiców, Kowalczyk dobiegła do mety jako pierwsza! Pokonała Bjoergen na najważniejszej imprezie sezonu!

Nancy Kerrigan po ataku napastnikaZamach wstrząsnął światem. Kerrigan zniknęła za kotarą i nagle zaczęła wyć z bólu

Rywalka niemal doczołgała się do mety. 30 sekund po naszej zawodniczce. - Marit nie wytrzymała mojego tempa. Było ono na tyle męczące, że wystarczyło do wypracowania bezpiecznej przewagi - mówiła uradowana Kowalczyk. Bjoergen padła przed nią na śnieg. Ledwo żywa, z trzęsącymi się nogami. Była w szoku. Uległa wielkiej mocy biegaczki, której sztab był co najmniej cztery razy mniejszy. Przegrała starcie, którego nie miała prawa przegrać. - Cóż, Kowalczyk była dzisiaj lepsza - krótko komentowała kilkanaście minut po biegu wciąż zadziwiona Norweżka. Później zapewniała, że drugie miejsce jest dla niej sukcesem. Jej oczy mówiły jednak zupełnie co innego. - Nadal marzę o triumfie w Tour de Ski - dodawała jeszcze Bjoergen. 

 
 

 Polka najlepsza w historii Tour de Ski

Kowalczyk tym razem nie mówiła, że "fajnie było wygrać z Marit". Zaskoczyła, mówiąc o tym, co zmotywowało ją do wygranej. - Pomyślałam sobie przed biegiem, że najpierw trzeba wygrać cały Puchar Świata w marcu. Później trzeba wygrać plebiscyt "Przeglądu Sportowego" i TVP, a wtedy musi się wygrać na następny dzień Tour de Ski. To już jest tradycja - żartowała w rozmowie z Onetem. Tryskała radością. I nie było się czemu dziwić, bo na taką chwilę czekała prawie dwa lata. Do dziś ta walka jest wspominana  przez Norwegów. 

Thomas ThurnbichlerKuriozalny skok. 13-latek skradł show. A Hoffer grzmiał: Nigdy więcej

 - Pojedynek Kowalczyk i Bjoergen był najbardziej ekscytującym w kobiecym narciarstwie biegowym w moim życiu – i prawdopodobnie kiedykolwiek. Naprawdę tęsknię za tym pojedynkiem - mówi dzisiaj Oeyvind Godoe, znany norweski dziennikarz z Dagbladet. -  W tym czasie biegi narciarskie kobiet osiągnęły swój punkt kulminacyjny. To była prawdziwa rywalizacja z ogromnym prestiżem i na najwyższym poziomie dzięki tym dwóm legendom. Póżniej Therese Johaug rzuciła im wyzwanie, więc była to zacięta walka między trzema największymi legendami tego sportu wszechczasów: Kowalczyk, Bjoergen i Johaug - dodaje.

Rok później Bjoergen odpuściła Tour de Ski. Znów wygrała Kowalczyk. I dzisiaj to Polka jest najbardziej utytułowaną zawodniczką w historii tej imprezy. Jako jedyna odniosła cztery triumfy i to rok po roku. A Norweżka spełniła swoje marzenie o zwycięstwie w prestiżowym cyklu dopiero w 2015 roku. I to był jej jedyny raz, kiedy na Alpe Cermis wbiegła jako pierwsza. 

Więcej o: