Królowa zjazdu straci MŚ. Jeden z najbardziej kuriozalnych wypadków. "Ból i smutek zostają"

Sofia Goggia - demon szybkości i ryzyka, mistrzyni olimpijska i liderka Pucharu Świata w zjeździe - łamała się i zrywała więzadła już wiele razy. Ale żeby stracić szansę startu w mistrzostwach świata przez upadek na normalnym stoku, podczas powrotu do hotelu z odwołanych zawodów?

- No, taka już jestem. Trochę jak znarowiona klacz – mówiła jeszcze kilka dni temu, stojąc za metą u dołu stoku Kandahar w Garmisch-Partenkirchen, gdy padło pytanie o jej czasem szaleńczą odwagę na trasach i kaskaderskie popisy. – Tak wyrażam siebie – mówiła Sofia Goggia, która tej zimy z pięciu zjazdów wygrała cztery, a w tym piątym była druga. Przez lata "wyrażania siebie" na stokach zrywała wiązadła obu kolan, w tym lewego dwa razy,  przez kraksy straciła igrzyska w Soczi 2014, a wcześniej juniorskie mistrzostwa świata, przed sezonem 2018-2019 złamała kostkę (a i tak zdobyła w tamtym sezonie medal MŚ w supergigancie), a rok temu w Garmisch-Partenkirchen złamała rękę w zawodach kończących sezon. Ale to właśnie teraz, po usłyszeniu diagnozy najnowszej kontuzji, napisała, że już chyba wypłakała wszystkie łzy.  

Zobacz wideo Polki też skaczą na nartach. "Karetka zabrała mnie ze skoczni. Pamiętam tylko moment odbicia, ale nadal to kocham"

Robert Lewandowski w rozmowie z TVP Sport po meczu Włochy - PolskaLewandowski po raz pierwszy skomentował zwolnienie Brzęczka. "Nie oszukujmy się"

Goggia we mgle nie zauważyła zaspy 

To jeden z bardziej kuriozalnych wypadków, jakie się ostatnio zdarzyły w narciarstwie alpejskim: włoska mistrzyni olimpijska nie będzie mogła walczyć o złoto w zaczynających się w przyszłym tygodniu mistrzostwach świata we Włoszech (zjazd w Cortina d’Ampezzo ma być 13 lutego), bo uszkodziła się na zwykłym stoku, zjeżdżając do hotelu z resztą zawodniczek. Mistrzyni olimpijska z Pjongczangu, która na najtrudniejszych trasach potrafiła w sobie tylko znany sposób ratować się przed wywrotką, czy dojeżdżać do mety z jednym kijem, straci imprezę sezonu, bo – jak wynika z informacji, które podała "La Repubblica" – podczas tego zjazdu do hotelu, we mgle, nie zauważyła zaspy. Po uderzeniu w odgarnięty na bok śnieg przekoziołkowała z takim impetem, że spadł jej kask i pękła nasada kości piszczelowej w prawym kolanie.  

"Minęło 30 godzin i już nie mam łez"

Wszystko działo się w Garmisch-Partenkirchen. Niespełna rok po złamaniu tam ręki i niedługo po tym wywiadzie, w którym opowiadała o wyrażaniu siebie i o znarowionej klaczy. W sobotę była na Kandaharze czwarta w supergigancie, w niedzielę czekała jak wszyscy, aż mgła w dolnej części trasy ustąpi i pozwoli rozegrać zawody. A gdy organizatorzy zdecydowali o przeniesieniu tego supergiganta na poniedziałek, zaczęła zjeżdżać bocznym stokiem, dla turystów, jak wszystkie zawodniczki. Tuż po upadku czuła, że sezon właśnie się dla niej skończył. Po diagnozie napisała: "Minęło 30 godzin i już nie mam łez. Ale ból i smutek zostają". Ma olimpijskie złoto, ma Kryształową Kulę za zjazd, ale złotego medalu mistrzostw świata jeszcze nie ma, zdobywała do tej pory tylko srebro i brąz.