Maryna Gąsienica-Daniel robi furorę! "Uratowała się z dziury. Świetna reakcja"

Kacper Sosnowski
Im wokół trudniej, tym jest silniejsza. Po koszmarnej kontuzji, pokonaniu lockdownu przy wsparciu "trenera znikąd", Maryna Gąsienica-Daniel notuje najlepsze wyniki w karierze. Teraz potrzebny jest spokój. - Nie róbmy jednak z Maryny Igi Świątek - słyszymy o najlepszej polskiej alpejce.

"To nie jest wiadomość, którą chciałam się z wami podzielić" - napisała w połowie września 2019 r. w  mediach społecznościowych Maryna Gąsienica-Daniel. Chodziło o koszmar, który przeszła pod koniec zgrupowania do Nowej Zelandii. Kilka dni po tym, jak wygrała mistrzostwa tego kraju w supergigancie, półtora miesiąca przed rozpoczęciem nowego sezonu, kiedy wyraźnie łapała znakomitą formę, najlepsza polska alpejka złamała kość piszczelową prawej nogi. Był ból, powrót do Polski na operację i niepewność dotycząca sportowej przyszłości.

Zobacz wideo "Stoch przegrał z własnymi oczekiwaniami, Stękała może dać nam dużo radości"

- To była ciężka kontuzja. Nie było wiadomo, czy po operacji wrócę do Pucharu Świata - przyznawała w niedawnej rozmowie z Łukaszem Jachimiakiem. Nogę złożono jednak wzorowo, choć wizja śrub w kościach dla narciarki była trudna. Potem trzeba było już tylko przecierpieć kilka miesięcy chodzenia o kulach.

Pierwsze delikatne przechadzki bez podpórek zbiegły się z zeszłorocznymi świętami. W styczniu Gąsienica-Daniel po czterech miesiącach przerwy założyła narty – najpierw biegowe, bo "marzyła, by poczuć poślizg narty na śniegu". Potem zjazdówki, bo tęsknota za sportem, który uprawia odkąd pamięta - pierwszy raz zjechała na nartach mając trzy lata - była ogromna. Jako zakopianka, w dodatku ze sportowej rodziny, która na świat wydała pięciu olimpijczyków, zapatrzona w starszą siostrę (też alpejkę), Maryna na narty była skazana. Móc chodzić, znaczyło dla niej móc jeździć, oczywiście po zielonym świetle od lekarzy i rehabilitantów.  

Lockdown przełożył się na najlepszy sezon

Kiedy 26-latka wracała powoli do sportu wyczynowego, do Europy przyszła pandemia koronawirusa i ten świat mocno zastopowała. Jedynie Szwecja nie poszła drogą lockdownu, a właśnie tam swoje zgrupowanie postanowiła przeprowadzić nasza alpejka. - Byliśmy samiusieńcy, mieszkaliśmy w oddzielnym domku, sami sobie gotowaliśmy i nie spotykaliśmy się z nikim, chyba że się wybraliśmy na zakupy. Świetnie, że dostaliśmy pozwolenie, żeby tam zostać, bo tam zrobiłam największą pracę w ramach powrotu. Jedne dni na śniegu miałam gorsze, to jeździłam mniej, inne były lepsze, to wtedy nadrabiałam. Dopasowywaliśmy treningi do tego, jak ja się czułam, żaden termin nas nie gonił - mówiła Sport.pl. 

- Kiedy świat trafił COVID, Maryna rzeczywiście w spokoju i ze swoją ekipą przygotowywała się do tego sezonu - docenia Witold Domański, komentator Eurosportu, który jest pod wrażeniem jej postępu. Nie ma wątpliwości, że to przekłada się na ostatnie wyniki zawodniczki, czyli jedne z lepszych rezultatów polskiego narciarstwa alpejskiego w historii.

Najpierw w drugim starcie w zawodach Pucharu Świata w austriackim Lech zajęła dziewiąte miejsce w slalomie równoległym. Kilkanaście dni później w slalomie gigancie w Courchevel uplasowała się na 21. i 11. miejscu. Najwyższym w karierze.

Fatalny upadek Franza-Josefa RehrlaPrzeskoczył skocznię i fatalnie upadł. Trener aż złapał się za głowę. Koniec sezonu [WIDEO]

- Jej dobry występ w Courchevel nie był jednorazowym, bo potem jeszcze lepiej poradziła sobie tam w poniedziałek. Maryna jest w tak samo dobrej formie, co najlepsze zawodniczki Pucharu Świata. Uratowała się z dziury w Courchevel, a w której ugrzęzła Wendy Holdener, co świadczy o jej świetnej reakcji - komplementuje Domański.

Dodatkowo podczas drugiego poniedziałkowego przejazdu w Courchevel Polka osiągnęła drugi, najlepszy wynik w stawce. Ostatni raz, gdy Polka zajmowała miejsce w pierwszej "10" zawodów , to połowa lat 80. i występy Małgorzaty Tlałki.

Do dobrych występach we Francji Gąsienica-Daniel niedawno dopisała dwie wygrane w slalomie gigancie w Pucharze Europy w austriackim Hippach. - Warto podkreślić, że zaliczyła ponad 100 startów w Pucharze Europy. Już w tym sezonie przed kontuzją wygrała dwukrotnie. To pokazało, że moc jest, umiejętności są, tylko trzeba przełamać jakąś barierę - zaznacza Domański.

Zakopower na treningu

- Byłem przekonany, że ten sukces prędzej czy później przyjdzie. Widziałem, jak jest uparta, jak profesjonalnie podchodzi do tego, co robi - mówi nam z kolei ojciec chrzestny zawodniczki. - Myślę, że Maryna przysporzy nam jeszcze dużo radości i w końcu stanie na podium pucharu świata - dodaje Sebastian Karpiel-Bułecka. Tak się akurat złożyło, że lider zespołu Zakopower ćwierć wieku temu trzymał małą Marynę do chrztu.

- Znam się dobrze z tatą, mamą i siostrą Maryny. Kiedyś się mocno przyjaźniliśmy. Teraz też mamy mocny kontakt. Ponieważ sam jestem zapalonym narciarzem i oglądam tę dyscyplinę w telewizji, tym bardziej jestem dumny, że mam taką chrześnicę - mówi nam muzyk. Dodaje, że jest na bieżąco z tym, w jakiej formie znajduje się Maryna. - Jak przesyła siostrze jakieś filmy z treningów, to ta potem przekazuje je do mnie. Oglądam sobie te nagrania, podpatruję ją i już wiem, jak jeździć - uśmiecha się Karpiel-Bułecka. Muzyk przyznaje nawet, że chrześniaczka wzięła go kiedyś na swój trening. - Razem z trenerem jechali na zajęcia w Jurgowie i mnie zabrali. Widziałem, jak to fajnie wygląda od kuchni. "Orzeł" dał mi nawet kilka wskazówek - dodaje lider Zakopower.

Protesty w SzczyrkuKrzyk rozpaczy w górskich miejscowościach. "Umieramy! Pogrzebani za życia"

Trener znikąd

"Orzeł", czyli trener Marcin Orłowski, który współpracuje z Maryną, to również ciekawy temat. Jak charakteryzuje go Witold Domański to "jeden z kluczy do sukcesu Maryny, człowiek rozsądny i pracowity". Człowiek, który "wziął się znikąd". Najpierw był zawodnikiem. Przecierał szlaki dla polskiego ski crossu na arenie międzynarodowej. Gdy zdecydował, że kończy z jazdą zawodową, by jakkolwiek zarabiać na życie, prowadził grupy amatorskie, był też przez chwilę asystentem trenera kadry alpejek i szybko zgłosił chęć, by zostać pierwszym szkoleniowcem.

- Problem naszego środowiska jest to, że nie ma regulacji dotyczących kwalifikacji trenera narciarstwa. Szkolić może każdy. Nie istnieje coś takiego jak walidacja umiejętności i wiedzy - opisuje Jan Sołtys, niegdyś zawodnik, teraz instruktor narciarstwa, założyciel szkółki Snowflake. Kiedy Orłowski zgłosił chęć bycia pierwszym trenerem reprezentacji, Sołtys był mocno zdziwiony.

- To był człowiek z podobnymi umiejętnościami do moich. Między nami jest rok różnicy. Pewnie się nie obrazi, jak powiem, że nie miał do tego kwalifikacji. Ja nie czułbym się kompetentny, nie miał pomysłu na prowadzenie kadry. Marcin podjął wyzwanie i trzeba powiedzieć, że podszedł do tego bardzo ambitnie - opisuje nasz rozmówca. - Uczył się wszystkiego, czego mógł, nie bał się pytać, szukał nowych rozwiązań. Uwierzył, że może być w związku na dłużej, a nie przelotnie. Teraz można powiedzieć, że szansę absolutnie wykorzystał i nie ma żadnych kompleksów. Jest też argumentem dla środowiska, na to, że warto myśleć długofalowo, a nie o kurtce na jeden sezon - podsumowuje Sołtys.

W ten sposób Orłowski, w tamtym czasie uważany za "klasyczny wybór najtańszej szkoleniowej opcji" i utalentowana Maryna stworzyli dobrze współgrający zespół. Jeśli trener podejmował wówczas pracę za 150 złotych za dzień na śniegu, to teraz na warunki finansowe nie musi już się krzywić. Zabezpieczone są też przygotowania jego zawodniczki, która od kilku lat ma indywidualny cykl treningowy. To daje jej możliwość trenowania z najlepszymi zawodniczkami z Europy, które korzystają z podobnego sprzętu, co Polka. Ostatnio Gąsienica-Daniel mogła zrobić testy w tunelu aerodynamicznym, co dla Norweżek jest standardem od lat.

- Maryna ma dobre warunki. Oczywiście można by uznać, że musi takie mieć, bo PZN jest na nią niejako skazany. Tylko ona daje nam punkty Pucharu Świata, dlatego związek daje jej zielone światło na sezonowy budżet - opisuje Domański. Skoro są warunki, jest talent, zaczynają powtarzać się dobre wyniki, to zdaniem Domańskiego teraz należy zachować spokój.

Tym razem nawet telefon od Andrzeja Dudy nie pomoże. Stoki narciarskie zamknięteTym razem nawet telefon od Andrzeja Dudy nie pomoże. Stoki narciarskie zamknięte

"Nie róbmy z Maryny Igi Świątek"

- Wystarczy drobna kontuzja, naciągnięcie mięśnia. Te dwa giganty w Courchevel pokazały, że ona będzie punkty w Pucharze Świata systematycznie zdobywała, że jest na wysokim poziomie. Nie pompujmy jednak tego balonika za mocno. Nie róbmy z Maryny Igi Świątek - prosi Domański.

Emocje stara się tonować sama alpejka. Pytana o chęć wejścia na pierwsze podium Pucharu Świata zwykle opowiada o koncentracji na regularnym punktowaniu. Tymczasem takie podium może oznaczać dla niej nie tylko historyczny sportowy sukces, ale też pewien wygrany zakład z Sekretarzem generalnym PZN Janem Winkielem. Może też skutkować pojawieniem się w świecie polskiej muzyki rozrywkowej. - Jest szansa na jakąś piosenkę o Marynie za wygrane zawody PŚ? - pytamy lidera Zakopower. - Wtedy pewnie coś się wymyśli - dodaje z uśmiechem dumny Karpiel-Bułecka.