Mają 40 razy mniej zakażeń niż w Polsce. Nacja stworzona do kwarantanny. "Nieprzyjemne testy"

Jakub Balcerski
W Finlandii zakażonych koronawirusem od początku epidemii jest 40 razy mniej niż w Polsce. Zmarło tam aż 50 razy mniej osób niż w naszym kraju. Co takiego dzieje się tam, że udało się opanować dwie fale epidemii? Dlaczego gdy teraz na dobre rozpocznie się tam sezon Pucharu Świata w narciarstwie klasycznym, standardy bezpieczeństwa są bardziej restrykcyjne niż te podczas konkursów skoczków w Wiśle?

Pomimo niskich liczb związanych z przebiegiem epidemii, rząd Finlandii coraz częściej używa określeń "najgorszy moment od kilku miesięcy" i "pogarszająca się sytuacja". W kraju, gdzie liczba ludności to 5,5 miliona osób, a zakażonych do tej pory było zaledwie 23 148 osób, zaś zmarło 388 osób, zauważa się nawet najmniejsze szczegóły, które mogłyby sprawić, że ta znacząco wzrośnie. Premier Sanna Marin zwraca uwagę na 70 procent więcej przypadków w okolicach największych miast w kraju, w tym stolicy, Helsinek. Ten wzrost pojawił się już na początku października, potem został opanowany. Teraz według władz państwowych i sanitarnych wrócił i znów zagraża dotąd opanowanej i spokojnej sytuacji epidemicznej.

Zobacz wideo

Finowie to nacja stworzona do kwarantanny. Opanowali epidemię niemalże najlepiej w Europie

Dlaczego Finlandia opanowała epidemię już na jej początku, wiosną? Działania podejmowane przez władze były zdecydowane, choć nie wszystkie odróżniały kraj od innych europejskich państw. Wprowadzono dwumiesięczny lockdown, zabroniono podróży z i do Helsinek, a także okolicznych miejscowości. Wprowadzono surowe kontrole i obowiązkowe testy przy przekraczaniu fińskiej granicy. Szybko zamknięto szkoły i restauracje - około dwóch tygodni wcześniej niż w Norwegii czy Szwecji, gdzie epidemia rozwinęła się znacznie bardziej. To zdaniem polityków i władz sanitarnych zahamowało rozwój początków epidemii. I pomogło sprawić, że Finlandia w Europie ma większy współczynnik zachorowań tylko od Islandii. 

W kolejnych tygodniach wszystko przebiegało zgodnie z planem rządu. Społeczeństwo pozytywnie zareagowało na restrykcje przygotowane przez władze - 73 procent osób według raportu Parlamentu Europejskiego nie miało z nimi żadnego problemu. Ponad połowa Finów pobrała aplikację "Corona Flash" przygotowaną na potrzeby osób zakażonych lub przechodzących kwarantannę. Wszyscy zaakceptowali także zamrożenie gospodarki, przez co jej produkcja nie spadła, jak w innych krajach o około 14, a jedynie 6,4 procent.

Maryna Gąsienica-DanielŻyciowy sukces Maryny Gąsienicy-Daniel w alpejskim Pucharze Świata

Dlaczego społeczeństwo tak dobrze zaadaptowało się do nowej sytuacji? Niektórzy naukowcy twierdzą, że Finowie są nacją wręcz stworzoną do kwarantanny. Ich nie trzeba namawiać do pozostania w mieszkaniach. - Ludzie nie są tu bardzo kontaktowi, nie zawsze udzielają się społecznie. Od spotkań często wolą samotne wieczory w domach - mówił cytowany przez portal Nelli Hankonen, fiński psycholog społeczny z Uniwersytetu w Helsinkach. W tak trudnej sytuacji, jaka spotkała wszystkich na początku roku, najważniejsze okazało się zaufanie do rządu, nawet jeśli w politycznych kwestiach część osób z nim się nie zgadzała. Pod tym względem Finlandia stawiana jest jako wzór dla innych krajów.

Strach o narciarzy w Ruce. Dlaczego w Polsce nie testowano tak, jak w Finlandii?

Obecnie sytuacja faktycznie zaczęła się nieco pogarszać. I to w najgorszym możliwym momencie dla środowiska narciarskiego. W weekend 27-29 listopada w Ruce odbędą się zawody wszystkich trzech dyscyplin narciarstwa klasycznego. Treningi do skoków na Rukatunturi mają już za sobą kombinatorzy norwescy, od piątku pierwsze starty w sezonie czekają biegaczki i biegaczy narciarskich, a skoczkowie mają przed sobą drugi i trzeci konkurs indywidualny po inauguracji PŚ w Wiśle. I co ciekawe na zawodach w Polsce standardy bezpieczeństwa były o wiele mniej restrykcyjne niż w przypadku Finlandii, gdzie do pojawienia się na terenie zawodów potrzeba zrobienia testu na koronawirusa na miejscu. Zgodę na uczestnictwo w zawodach otrzymuje się dopiero po negatywnym wyniku.

23.01.2007 WARSZAWA - TORWAR - MISTRZOSTWA EUROPY W JEZDZIE FIGUROWEJ N/Z MARIA ZUCHOWICZMaria Zuchowicz nie żyje. Wybitna prawniczka i legendarna komentatorka łyżwiartstwa

Dlaczego w Polsce było inaczej? Zorganizowanie takich testów to koszt kilkuset tysięcy złotych. Polski Związek Narciarski był przekonany, że za testy powinien zapłacić FIS, a działacze międzynarodowej organizacji zrzucali ten obowiązek na polskich organizatorów. Stanęło na tym, że trzeba przebadać delegatów i sędziów, a zawodnicy, drużyny i wszyscy akredytowani mogą sobie zamówić test, ale Polacy go nie opłacą. Jak robią Finowie? Zainwestowali w system testowania spore środki i choć to inni płacą za wykonywanie testów, wprowadzili obowiązek przejścia przez nie przed zawodami. I pomimo takich środków ostrożności nie brakuje pesymistycznych głosów przed weekendem w Ruce. 

Wynik trenera Norwegów sprawił, że cała kadra na kilkadziesiąt minut wylądowała na kwarantannie

- Boję się, że w Ruce wydarzy się coś złego. To może być koszmar. FIS i Gian Franco Kasper nawet nie spojrzeli na to, że w trakcie epidemii zmarły ponad trzy miliony osób. (...) A podczas zawodów naraża się swoje życie i zdrowie tylko po to, żeby za tydzień prawdopodobnie wylądować na kwarantannie. Co jeśli na tydzień przed mistrzostwami świata wykruszą się wszyscy najlepsi? Nie pojadą, jeśli w ogóle jakieś mistrzostwa się odbędą - pisał w swoim pesymistycznym komentarzu do obecnej sytuacji dziennikarz nettavisen.no Torbjoern Nordvall. Jego słowa przedstawiają najgorszy możliwy scenariusz i choć wydaje się on odległy, wręcz niemożliwy do zrealizowania to w czwartek świat biegów narciarskich mógł dostać jego namiastkę.

Wśród testów wykonanych na miejscu przez wszystkie drużyny i ich sztaby jeden dał pozytywny wynik. Pojawiła się informacja, że Elrik Myhr Nossum, trener Norwegów, ma koronawirusa. Zdecydowano się na powtórzenie testu, ale w tym czasie największa i najbardziej licząca się w stawce norweska kadra biegaczy i biegaczek, musiała odizolować się od innych i pozostać w hotelu. Szczęśliwie nerwowe chwile trwały jednak tylko kilkadziesiąt minut, bo drugi test Nossuma dał negatywny wynik, dzięki czemu dopuszczono go na teren zawodów, a całą kadrę zwolniono z kwarantanny. Ale strachu najedli się wszyscy. W pierwszych zawodach mogło zabraknąć najważniejszych zawodników z powodu największego zagrożenia dla obecnego sezonu. Krótko mówiąc, nie brzmi to dobrze.

Według ekspertów bony turystycznie nie są pomocą dla branży turystycznej. Na zdjęciu: Polana Szymoszkowa, ZakopaneKuriozalne obostrzenia na stokach narciarskich. "Nie da się ich realizować"

Finowie wyczuleni na punkcie robienia testów. Mateja: "Są mniej przyjemne. Trochę głębiej pobiera się materiał"

Ale środowisko narciarskie przed pojawieniem się poszczególnych kadr w Finlandii nie ustrzegło się problemów z koronawirusem. W Ruce z tego powodu nie ma m.in. Szwedki Charlotte Kalli, czy czołowych skoczków z Austrii i Rosji. Choć dotychczasowy brak pozytywnych wyników w testach na miejscu to dobre wieści. Obawiano się, że dość restrykcyjnie przeprowadzane testy wykryją przypadki koronawirusa, które przykryją rywalizację, do czego mogłaby doprowadzić sytuacja podobna do tej trenera Nossuma. O tym, że pobieranie wymazu w Finlandii jest inne niż w pozostałych krajach Europy, mówiło się już wcześniej wśród naszych biegaczek. - Mniej przyjemne, tak bym to określił - stwierdził w rozmowie ze Sport.pl Robert Mateja. - Trochę głębiej niż w Polsce pobiera się ten materiał i to niemiłe uczucie. Podchodzą do tego faktycznie jeszcze bardziej restrykcyjnie niż my. Są wyczuleni na punkcie testów - mówił trener współpracujący z czeską kadrą kombinatorów oraz Szczepanem Kupczakiem.

Atmosfera w Ruce jest nerwowa, ale przy okazji zawodów pewnie nieco się rozluźni. Problem będzie wracał przy okazji każdych kolejnych zawodów i ponownego masowego testowania. Pomimo baniek, ograniczeń i kontroli. Według niektórych zawodników obecne zasady, dzięki którym można przeprowadzać zawody i tak można było zastosować inaczej. Biegaczki narciarskie długo krytykowały FIS za to, że nie chce słuchać ich propozycji stworzenia bańki w Skandynawii i organizowania poszczególnych biegów jedynie w Norwegii, Szwecji i Finlandii, co ograniczyłoby ryzyko zakażeń przy podróżach.

Johaug: FIS jest jak dzieci wierzące w świętego Mikołaja

Federacja nie chciała o tym jednak słyszeć. - FIS trzymając się obecnego kalendarza, jest, jak dzieci wierzące w świętego Mikołaja - stwierdziła wówczas cytowana przez telewizję NRK Therese Johaug. Zawodniczka jest przekonana, że sezon nie zostanie przeprowadzony zgodnie z tym, jak do tej pory zaplanowano poszczególne starty i jeszcze przed Ruką apelowała o rozmowę z zawodnikami. Chciała, żeby zapadły pierwsze ustalenia w sprawie przesunięć i przeniesienia niektórych zawodów w inne miejsce. Ale FIS z Johaug się nie zgadza, bo działacze z jednym się już pogodzili: zawodnicy będą wielokrotnie wypadać z rywalizacji przez najważniejszą kontuzję 2020 roku - Covid-19. Nawet jeśli to wypaczy jej wyniki. Dlatego w Finlandii modlą się, żeby to wszystko nie rozpoczęło się u nich, w kraju w tak niewielkim stopniu dotkniętym przez koronawirusa. To podważyłoby ich pozycję wśród państw radzących sobie ze skutkami epidemii, a tego nikt tam nie chce.