Słowa Gowina zatrzęsły południem Polski. "Będziemy cierpieć. Wszyscy są w szoku"

W polskich górach sobotnie słowa wiceministra Jarosława Gowina o zamykaniu stoków narciarskich przyjęto z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Władze miast już zaczęły liczyć potencjalne straty, a te są bardzo duże.

W sobotę wieczorem wicepremier Jarosław Gowin w programie "Gość Wydarzeń" w Polsacie zapowiedział, że zimą zostaną prawdopodobnie zamknięte wyciągi narciarskie. - Skoro branże turystyczna i hotelarska są zamknięte, to wydaje się oczywiste, że będzie to też dotyczyć wyciągów narciarskich - podkreślił, komentując przedłużone w sobotę obostrzenia. Wywołało to wielkie emocje w polskich górach, a władze gmin z Podhala i Beskidów już zaczęły liczyć milionowe straty.

Zobacz wideo Andrzej Bachleda-Curuś w "Wilkowicz Sam na Sam"

- Szczerze mówiąc, to ja sobie tego nie wyobrażam. Dalej liczę, że to się jeszcze pozmienia. Pod kątem gospodarczym będziemy cierpieć. To dotknie nie tylko przedsiębiorstw, ale z punktu widzenia samorządu stracimy praktycznie połowę dochodów z podatków i opłat. Przygotowywany przez nas budżet na przyszły rok już teraz jest nieaktualny. Ciężko określić dokładnie, ale tylko z samych podatków będzie to około 8-9 milionów złotych mniej w budżecie miasta. Dla nas oznacza to zero inwestycji w przyszłości i brak środków na bieżące funkcjonowanie - mówi w rozmowie ze Sport.pl burmistrz Wisły, Tomasz Bujok.

Zielona linia oszukiwała kibiców w WiśleKuriozalna sytuacja w trakcie konkursu w Wiśle. Kibice nie wiedzieli, co się dzieje

Stacje narciarskie już zaczęły przygotowania. "Myślę, że są jeszcze w szoku"

W weekend w Wiśle odbywał się Puchar Świata w skokach narciarskich. Inauguracja została przeprowadzona bez kibiców, dlatego miasto też straciło olbrzymie pieniądze. Do tej pory na ten weekend w Beskidy zjeżdżały się tysiące kibiców, którzy w Wiśle zostawiali duże kwoty. Ich brak szacowany jest na stratę w okolicach 4-5 milionów złotych łącznie. To niewiele, przy stratach, które mogłoby spowodować zamknięcie stoków. 

Stacje narciarskie są w trudnej sytuacji, bo już rozpoczęły przygotowania do sezonu. Czy teraz je przerwą? Czy wobec decyzji rządu nie będą mieli gdzie jeździć nie tylko amatorzy, lecz także członkowie reprezentacji Polski w narciarstwie alpejskim? - Uważam, że stacje narciarskie dalej będą naśnieżać stoki i się przygotowywać. Potrzebują jakiegoś czasu, żeby wszystko zaśnieżyć. A za miesiąc może się okazać, że obiekty będzie można otworzyć - mówił w rozmowie ze Sport.pl Apoloniusz Tajner, prezes PZN.

- Nikt z przedsiębiorców się do nas nie odzywał, ale myślę, że oni są teraz jeszcze w szoku. Nikt nie przypuszczał, że coś takiego mogłoby się wydarzyć. Mamy nadzieję, że ten okres do świąt Bożego Narodzenia się trochę uspokoi. Nas, czyli gminę turystyczną, de facto uderzył całkowity lockdown. Inaczej tego nie można nazwać. I ten lockdown może trwać aż do marca. Bo jeżeli nie uruchomimy ferii zimowych, a stoki opierałyby się nawet na tzw. jednodniowych narciarzach, to nie ma o czym mówić. Nie ma co ukrywać, że to dla naszego regionu kluczowy okres. To zima buduje potencjał na cały rok. Lato jest dopełnieniem, ale to sezon zimowy jest ważniejszy - zauważa burmistrz.

Wiele firm może upaść. 95 procent usług związanych z turystyką

Wkrótce może się okazać, że "zimowe" gminy turystyczne znajdą się w niezwykle trudnej sytuacji. - Jeżeli w styczniu i lutym nie ruszy biznes i okołoturystyczne usługi, tzn. mam tu na myśli wypożyczalnie sprzętu, szkółki narciarskie, kawiarnie i cukiernie, to tak naprawdę nie ma sensu, by coś ruszyło wcześniej niż na majówkę, i to o ile będzie pogoda. Niestety, może oznaczać to duże bezrobocie w regionie i upadłość wielu firm, bo w takiej gminie jak Wisła 95 procent usług jest związanych z działalnością turystyczną - dodaje Bujok.