Apoloniusz Tajner odpowiada na wywiad Aleksandra Wierietielnego. "Jestem dyżurnym wrogiem"

- Ja jestem dyżurnym wrogiem trenera Wierietielnego, zawsze jakiś żal na mnie spadał. Godziłem się z tym i schodziłem mu z drogi, bo efekty pracy miał wybitne. Ale jako prezes nie mogę się przecież powstrzymywać od działania, dlatego że trener alergicznie przyjmuje każdą uwagę - mówi prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner w odpowiedzi na wywiad trenera Aleksandra Wierietielnego.

Paweł Wilkowicz: Trener Aleksander Wierietielny rozliczył się właśnie w wywiadzie dla Sport.pl z kilku ostatnich lat pracy w Polskim Związku Narciarskim. I panu jako prezesowi mocno się oberwało.

Apoloniusz Tajner: Znając życie, to i cały wywiad mógł być o mnie. Ja jestem dyżurnym wrogiem trenera. Kiedyś kurtki były zbyt cienkie, potem samochód nie tak włączał nagrzewanie, i tak dalej. Zawsze jakiś żal na mnie spadał. Dlatego ja raczej schodzę trenerowi z drogi, godzę się z tym, że ma trudny charakter. Efekty pracy miał wybitne. Przez lata staraliśmy się, żeby grupa Justyny i trenera miała wszystko, czego im potrzeba do realizacji programu szkoleniowego i osiągania wysokich wyników sportowych.

Zobacz wideo Był w fatalnej formie, teraz wraca. Polscy kibice mogą być zadowoleni formy Tomasza Pilcha

Trener mówi, że jest pan świetnym prezesem skoków. Ale nie narciarstwa, i że sukcesy w biegach pana uwierają.

Jedyne co mnie uwiera, to taka postawa trenera. Tak jak mówiłem, ograniczyłem kontakty do minimum, bo pan Aleksander Wierietielny jest świetnym fachowcem, ale trudnym człowiekiem do współpracy. Zresztą chyba i jemu, i Justynie Kowalczyk to ograniczenie kontaktów było zawsze na rękę, tworzyli bardzo hermetyczną grupę, a sztab szkoleniowy liczył 8 osób. Od kilkunastu lat staraliśmy się zapewniać zespołowi to co najlepsze, mamy zestawienia kosztów od samego początku. I sukcesy Justyny były warte każdej wydanej złotówki. Prezes skoków? Znam tę opinię trenera, w naszych rozmowach też ją sygnalizował. Oczywiście, że dla skoków mam więcej zrozumienia, bo je lepiej znam. Ale też się nie wtrącam dyrektorowi Adamowi Małyszowi ani trenerowi Michalowi Doleżalowi. Gdy przychodzą z jakąś potrzebą, to ją oceniamy w prezydium i jeśli jest słuszna, to spełniamy prośbę. Tak to też działało w biegach, tylko tam rzeczywiście przez lata kontakt z trenerem Wierietielnym był niewystarczający.

Wracając do tych ostatnich problemów. Trener chyba ma żal, że gdy ogłosił przejście na emeryturę, PZN nie zabiegał dość mocno o jego pozostanie przy biegach w jakiejś innej roli. "Wyczułem, że jest im na rękę, że odchodzę".

Im, czyli mnie, prawda? A my na tamtym spotkaniu w marcu po prostu nie byliśmy przygotowani, żeby omawiać jakieś propozycje dalszej współpracy. Nie zakładaliśmy, że trener będzie czymś takim zainteresowany. On już mi od listopada sygnalizował, że to koniec, że nie ma sił, wiek robi swoje. Wiosną mi potwierdził, że to definitywne, ale zadeklarował pomoc w ustawieniu zespołu z nowym trenerem. Następcę, Słowaka Martina Bajciciaka, wybraliśmy w porozumieniu z trenerem Wieretielnym i Justyną. Chodziło o to, żeby był to trener pasujący osobowością i planami rozwoju do grupy, którą oni zbudowali. Ucieszyli się, że to może być on, znają go. Zaczęło się przekazywanie obowiązków, ustaliliśmy że trener przyjedzie do związku rozwiązać umowę o pracę. Na nasze wspólne spotkania zawsze zapraszałem profesora Szymona Krasickiego, naszego doradcę do spraw biegów. Również po to, żeby rozmowy prowadzić w szerszym gronie, z mniejszym zaangażowaniem emocjonalnym. I podczas tamtych rozmów trener nam potwierdził, że odchodzi. Ale gdy ja niedługo potem przekazałem to w jakimś wywiadzie, to na drugi dzień pan Aleksander zadzwonił do mnie i powiedział, że przecież dalej jest zatrudniony, jeszcze nie odszedł. "Ale zamierza trener odejść". "Ale jeszcze nie odszedłem".

Na tamtym spotkaniu w marcu Justyna namawiała jeszcze trenera żeby został, a on nie potwierdzał, tak jakby to nie do końca uzgodnili. Nie potwierdzał, bo pewnie czekał czy podchwycicie temat. Nie podchwyciliście i się obraził.

Trener często się obraża. Znamy się od początku lat osiemdziesiątych, gdy byliśmy młodymi trenerami i jeździliśmy na szkolenia do Finlandii, do Norwegii. On z biathlonu, ja z kombinacji norweskiej. Potem odświeżyliśmy znajomość, gdy trener odszedł z biathlonu i po jakimś czasie przyszedł do PZN. To był chyba 1998 rok. Wtedy pan Wierietielny miał grupkę treningową, w niej była Justyna Kowalczyk. Po kilku latach zostali sami plus silny sztab szkoleniowy i serwisowy, i tak już było przez lata. Team dla jednej osoby. Gdy u nich się zaczęły dobre wyniki, to ja akurat przestawałem być trenerem, zostałem dyrektorem, potem sekretarzem generalnym.

I wtedy, jak mówi trener, zaczęło się między wami psuć.

Tak, wtedy się popsuło. Jeszcze raz powtórzę: pan Aleksander Wierietielny jest świetnym trenerem. Natomiast nie znosi żadnej krytyki, najmniejszych uwag, reaguje alergicznie. I też muszę się z tym pogodzić. Ale nie mogę przez to powstrzymywać się od działania. Gdy zostałem sekretarzem generalnym, to w związku był gigantyczny kryzys. Związek wpadł w kłopoty, sponsor zawiesił nam finansowanie. Gdy przejmowałem biurko sekretarza, to leżały tam nieopłacone faktury na pół miliona złotych. Przyznaję, to był taki czas, że i ja byłem nerwowy. Wszystko spadło na mnie. Trener Wierietielny udzielił wtedy Tomaszowi Zimochowi wywiadu, w którym na coś zaczął znowu narzekać, że czegoś nie ma. I podczas spotkania w Polskim Komitecie Olimpijskim wziąłem go na bok jak starego kolegę i powiedziałem: "Olek, wbijasz nam teraz nóż w plecy. Mamy problemy, żeby związek w ogóle utrzymać. Takimi wypowiedziami nic nie załatwisz, a tylko zły klimat zostanie". I wtedy się z nim rzeczywiście ostro pokłóciłem. Ale traktowałem to jako kłótnię zawodową. Przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Ale Olek nie przeszedł. Zapadło mu to w pamięć. A i ja od tego momentu rozmawiałem już z nim trochę jak z innym człowiekiem. Gdzieś w 2005 ze zdziwieniem usłyszałem, że zaczął mi mówić na "pan". - Co ty się wygłupiasz? - pytam, ale on twardo na "pan". Po roku go zapytałem, "Olek czy ja też mam do Ciebie na pan?". Patrzył mi długo w oczy, nic nie mówił. I od tej pory z obu stron jest "pan". Z dawnym kumplem.

Trener nie ukrywa, że się nie lubicie. Tylko uważa, że ten spór nie powinien ciążyć na biegach, a ciąży i wszystko na biegi trzeba było wyszarpywać, a np. na nie.

Mnie też czasami brakowało z drugiej strony docenienia tego, że to sukcesy Adama Małysza wyprowadziły polskie narciarstwo w PZN z wielkiej biedy, i że gdyby nie one, to po prostu nie mielibyśmy środków dla narciarstwa biegowego czy alpejskiego. Dzięki Adamowi przyszli sponsorzy, były dodatkowe pieniądze, z których mógł skorzystać zespół Justyny. Zresztą, może pan zapytać skoczków – oni twierdzili, że to grupa Justyny ma wszystko o co prosi, a u nich tak nie jest.

Z tych pieniędzy wypracowanych dzięki sukcesom Adama Małysza korzystało mnóstwo osób. Ale złota olimpijskie zdobywała poza Kamilem Stochem tylko Justyna Kowalczyk.

Bezsprzecznie. Ale nadal lokomotywą finansową związku pozostają skoki, bo także zdobywały medale i to sporo więcej. Można mnie nazywać prezesem skoków, ale czemu mam poświęcać najwięcej uwagi, jeśli nie temu, co daje związkowi największą stabilność? To skoki ściągają sponsorów do związku. Nie mówię tego, żeby umniejszać biegom. Tylko żeby opisać realia. Byłem kombinatorem norweskim, więc biegi to dla mnie nie nowość. Ale wiele się od tego czasu zmieniło, dlatego we wszystkich naszych dyscyplinach narciarskich zdaję się na głos fachowców: jakie są potrzeby. I staramy się znaleźć pieniądze na spełnienie tych życzeń. Na pewno skoki miały w PZN coś, czego w biegach nie było, czego nie ma w narciarstwie alpejskim i to przyznaję: w skokach narciarskich mamy dobry klimat i atmosferę wzajemnego zrozumienia i wspierania się od najniższego szczebla w związku do najwyższego.

W biegach tego zrozumienia ponad podziałami nie było. Polscy trenerzy byli za słabi, zagraniczni trenerzy odbijali się od różnych tutejszych frakcji, podziałów, podpowiadaczy o których mówi w wywiadzie trener Wierietielny. Odjechał szybko trener Miroslaw Petrasek, Ivan Hudac też nie pracował tak długo jak mógł.

Zgadza się. Nawet teraz nie mamy polskiego trenera, który mógłby objąć kadrę. Nie ma nikogo z autorytetem, nieskonfliktowanego ze środowiskiem, akceptowalnego dla wszystkich. Dlatego szukamy za granicą. Czech Lukas Bauer w kadrze mężczyzn, Słowak Martin Bajciciak w kadrze kobiet. Ale do trenera Wierietielnego też mam trochę żalu, że był u nas przez lata, ale pracował tak hermetycznie, że wiedza nie przepływała. Czasem próbowałem jakoś ten kontakt wzmocnić, ale napotykałem na oschłość. Relacje ze związkiem polegały na tym, że trener mówił: potrzebne nam to i to. Ja nigdy w przypadku poważnych potrzeb nie odpowiadam od razu: tak, ok. Trzeba to przemyśleć, przeliczyć, nieważne czy chodzi o skoki czy o biegi. Ale trener się trochę obrażał, że nie było od razu: ok. Wszystko odbierał osobiście. Nawet już na pierwszym spotkaniu z Bajciciakiem, gdy nowy trener siedział trochę stremowany, a ja rozpocząłem spotkanie, trener Wierietielny mi przerwał: - Ja wiem, co prezes chce powiedzieć: że nie ma pieniędzy, że pandemia, że trzeba będzie oszczędzać i tak dalej.

Tak, narzeka na to w wywiadzie, że mu pan zawsze przypominał o oszczędzaniu, a on pieniędzy związkowych nie wydawał nigdy na darmo, bo były wyniki. Kiedyś miał pan mu wypomnieć, że jego grupa za dużo ciasta kupiła.

Nie ja, tylko księgowość, bo jest problem z rozliczaniem takich wydatków. Są zasady finansowe które obejmują wszystkich, a nasze księgowe się do nich stosują. Gdy ktoś przyniesie rachunek za paliwo, ale jest tam też coś, co kupił dodatkowo na stacji, to też mu nie możemy rozliczyć. Trener zawsze dostawał, czego chciał, teraz też ta grupa ma wszystko, czego potrzebuje. No, prawie wszystko, bo pewnie trener ma żal o serwismena Peepa Koidu.

Tak, ma.

Nie stać nas dziś, żeby zatrudniać Peepa Koidu przez cały rok. Przez wiele lat płaciliśmy mu bardzo dobrze, za cały rok, choć de facto pracował w miesiącach zimowych. Trener Bajciciak dostał od nas swobodę doboru współpracowników, w tym czterech podstawowych serwismanów. Tam jest już naprawdę duży sztab: dwóch estońskich serwismenów, dwóch polskich, trener Martin Bajciciak, Justyna Kowalczyk, fizjoterapeuta, terapeuta. Osiem osób.

Ale Peepa Koidu nie ma, a trener mówi, że jest bezcenny.

No nie zgodziliśmy się tym razem. Albo inaczej: nie od razu się zgodziliśmy, tylko negocjowaliśmy. Zaproponowaliśmy mu tę samą stawkę, ale na okres od października do końca sezonu, a nie na cały rok. Nasz sekretarz generalny Jan Winkiel negocjuje z agentem reprezentującym Peepa. Na razie odpowiedzi nie ma.

Bo ponoć oferty były mało poważne, nawet taka tylko na czas mistrzostw świata w Zakopanem.

Nie było takiej, przecież nikt by tak nie zrobił. Jest oferta na pół roku pracy, czyli na późną jesień i czas śniegu. Peep Koidu stał się dla nas za drogi na dotychczasowych warunkach, a w Polsce mamy już coraz lepszych specjalistów.

Trener mówi, że PZN co roku przeczołgiwał Koidu w negocjacjach, choć on wcale nie jest aż tak drogi jak był np. Ulf Olsson.

Nie chcę polemizować, mam inne informacje. Wierzę, że to dobry fachowiec. Ale wierzę też, że mamy już skompletowany dobry sztab. I że serwismeni Lukasa Bauera będą współpracować z serwismenami Bajciciaka, bo obaj trenerzy się dobrze znają, startowali razem, będą się wspierać. Jeśli agent Peepa Koidu przyjmie nasze warunki, to Peep z nami będzie. Jeśli nie, to nie.

Trener mówi, że mocno się pan zdenerwował na propozycję, żeby Justyna Kowalczyk została dyrektorką biegów w PZN.

Zdenerwowałem się, ale nie z powodu tej propozycji, tylko przez atmosferę rozmowy. Myślę, że rola jaką pełni Justyna obecnie jest bardzo ważna i nie ma potrzeby tego zmieniać.

Najciekawsze, że kłócąc się i obrażając na siebie, byliście jednak w stanie coś wartościowego stworzyć. Były i medale wielkich imprez i odbudowanie związku, który ze wszystkich polskich związków w sportach indywidualnych radzi sobie biznesowo najlepiej.

Czy my się kłócimy? Raczej siebie unikamy. Spotykamy się w związku, kiedy trener przyjeżdża się rozliczać i wtedy nasze rozmowy są bardzo merytoryczne. Trener zawsze przywozi jakieś ciasteczka, torciki i nasze panie w biurze PZN są tym zachwycone. Pan Aleksander Wierietielny to jest trener doskonały. A jeszcze w odpowiednim czasie trafił na tak znakomitą zawodniczkę jak Justyna. Genialny zbieg okoliczności, jak w skokach, kiedy w jednym miejscu spotkali się Adam Małysz, świetny psycholog Jan Blecharz, świetny fizjolog prof. Jerzy Żołądź, asystent Piotr Fijas i ja i to ruszyło. My mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na Małysza, a Małysz miał szczęście, że trafił na nas. I tak samo było w biegach.

Ale to nie tylko Justyna, był jeszcze medal Sylwii Jaśkowiec i nawet teraz w dwa lata pracy z młodymi zawodniczkami udało się trenerowi wyrwać biegi z marazmu, bylejakości. Znów jest na co czekać. A cykl olimpijski Pjongczang 2018 kończył się wstydliwie: w olimpijskich biegach długich pobiegła tylko Justyna Kowalczyk. Z kadry trenera Janusza Krężeloka nie stanął na starcie nikt.

Dla mnie też było zaskakujące, że oni nie wystartowali. Ale my się naprawdę trenerowi głównemu nie wtrącamy w pracę. Zarząd PZN może zwolnić trenera bez wyników, ale po drodze mu się nie wtrącamy. Sam gdy byłem trenerem, to nie pozwalałem się nikomu z zewnątrz wtrącać. Martinowi Bajciciakowi zostawiam tą samą swobodę. On jest trenerem głównym, on będzie przez nasz Zarząd rozliczany. Jeśli będzie mu się dobrze współpracować z Justyną - idealnie. Jeśli coś będzie nie tak, to on jest trenerem decydującym. Trener Wierietielny nie ma już z nami umowy, ale wiedząc, że przyjeżdża na zgrupowania, zaproponowałem w pewnym momencie, że możemy mu za to płacić na podstawie umowy zlecenia. Ale powiedział, że nic nie chce. Bardzo bym natomiast chciał, żeby został i pracował w zakopiańskiej i szczyrkowskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego, najlepiej jako koordynator programów szkoleniowych w grupach biegowych. O tym chciałbym z panem trenerem porozmawiać w najbliższym czasie. To bardzo ważne, żeby jego wiedza została w polskim narciarstwie