Aleksander Wierietielny przemówił po sześciu latach: Trochę mi się nazbierało

- Wyczułem, że moje odejście jest dla prezesa Tajnera ulgą. I że Justyna też mogłaby odejść razem ze mną. Oni w związku narciarskim wolą swoich podpowiadaczy. Nie mają serca do biegów. Najgorzej dla działaczy, to jak jest ktoś w biegach z szansami na medal. Bo wtedy trzeba coś dla niego robić - mówi Aleksander Wierietielny, najwybitniejszy trener w historii polskich sportów zimowych. W marcu zakończył pracę dla Polskiego Związku Narciarskiego. To jego pierwszy duży wywiad od sześciu lat.

Paweł Wilkowicz: Dlaczego pan zamilkł na tyle lat?

Aleksander Wierietielny: Byłem w pracy.

Przez długie lata był pan w pracy i nie milczał. A od igrzysk w Soczi 2014 - koniec, żadnego dłuższego wywiadu.

Przez lata to byłem młody i głupi. Od pewnego momentu już nie miałem czasu na rozmowy. Byli u nas w grupie ludzie, którzy się chętnie wypowiadali. Ja sobie zrobiłem wolne, ich wypychałem, żeby mówili.

Zobacz wideo Joanna Jędrzejczyk ostrzega inne kobiety! "Byłam marionetką. Nie chciałam wierzyć, że jestem zdradzana"

Po co udawać: pan się po tym Soczi i ostatnim złotym medalu Justyny Kowalczyk pogniewał na wszystkich.

Nie na wszystkich. Ale nie będę w tym grzebał. Teraz jestem na emeryturze i mogę rozmawiać. A trochę mi się nazbierało.

Jest pan na emeryturze bo chciał, czy już musiał? Po ostatnim sezonie zrezygnował pan z trenowania młodych polskich biegaczek. W nie do końca jasnych okolicznościach.

Ja już po Pjongczangu, gdy Justyna ostatni raz pobiegła w igrzyskach, chciałem odejść. Ciężko było. Ale ona mnie namówiła: zostańmy, popracujmy z naszą młodzieżą, za trzy lata w Polsce mistrzostwa świata juniorów, podciągnijmy to trochę. Zostałem. Dla Justyny, ale też dlatego, że zawsze mnie denerwowało gadanie niektórych naszych trenerów: nic się więcej z tą naszą młodzieżą nie da osiągnąć, takie mają możliwości, to jak z gąbką, nie da się wycisnąć więcej niż wsiąkło. I takie różne bzdury. Takie rzeczy mówili ludzie, którzy pracowali z kadrą młodzieżową. Według nich w Polsce nie było w kim wybierać. Wiedziałem, że to nieprawda. Dlatego się zgodziłem trenować te młode dziewczyny. I proszę spojrzeć (trener wyjmuje kartkę z zestawieniem wyników): tu są miejsca naszych juniorek w mistrzostwach świata w ostatnim sezonie przed naszym przyjściem. Miejsca pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. W sztafecie były na piętnastym miejscu. Piętnastym! Po roku naszej pracy było jedno drugie miejsce, jedno czwarte, dwa miejsca piąte. Po roku pracy! Oczywiście słyszałem, że to nie dzięki naszym treningom, tylko dziewczyny dojrzały, wydoroślały. Przepracowaliśmy drugi rok. Z mistrzostw świata przywieźliśmy trzy medale, a w sztafecie dziewczyny powinny mieć złoto, ale z winy organizatorów pomyliły trasę. Nawet Niemki, biegnące u siebie, pomyliły. Iza Marcisz pobiegła za Niemką. I tak uciekł medal. Nie było w tym najmniejszej winy Izy.

Po tym drugim sezonie też pan słyszał, że to nie efekt innych metod pracy, tylko dojrzewanie?

Nie. Po drugim sezonie słyszałem bardzo ładne pochwały. Chwalił nas też Apoloniusz Tajner, prezes polskich skoczków narciarskich.

Teraz jest pan złośliwy.

Nie jestem. Jeszcze nie raz powiem, że jest prezesem skoczków. Mało tego: jest świetnym prezesem skoczków. Po drugim sezonie Apoloniusz Tajner nas chwalił, że grupa jest rozwojowa, trzeba dalej przygotowywać dziewczyny z myślą o igrzyskach olimpijskich. Ale ja już w styczniu 2020, gdy spotkałem się z prezesem, zapowiedziałem mu, że kończę pracę po sezonie, muszę się zająć zdrowiem. A potem po mistrzostwach świata spotkaliśmy się wszyscy razem w Polskim Związku Narciarskim. Prezes, Justyna, sekretarz generalny PZN. Był też pan Szymon Krasicki, przewodniczący komisji biegów. Powtórzyłem: koniec z pracą, odchodzę. Wtedy Justyna zabrała głos: nie można tak dać trenerowi odejść, niech będzie chociaż konsultantem, nie musi to być przecież na pełny etat, tylko za mniejsze pieniądze. A ja dobrze zarabiałem w związku.

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dobrze?

Tak.

Czyli z prezesem Tajnerem, choć sobie wbijacie szpilki, w ważnych sprawach potraficie się porozumieć. Pożegnanie też PZN panu zrobił bardzo ładne.

Na pożegnaniu był sekretarz generalny, był pan od logistyki, były wszystkie panie ze związku. One są wspaniałe. To moje ulubienice. Bardzo im dziękuję za pożegnanie, kwiaty, dobrą whisky. Prezesa Tajnera nie było. Ale słyszałem, że coś tam dla mnie jeszcze związek szykuje na pożegnanie, więc nie będę oceniał pochopnie. Lepiej wróćmy na tamto spotkanie w sprawie biegaczek i mojej rezygnacji: tam Justyna ostro idzie, produkuje się, że trener ma wiedzę, ma doświadczenie, że nie możemy go puścić tak całkiem na emeryturę, że tak ładnie zaczęliśmy i trzeba to jakoś poprowadzić dalej. A ja widzę, że ze strony związku nie ma żadnej reakcji. Żadnych propozycji, żadnego gestu. Tylko Justyna mówi. Oni nic. Więc powiedziałem, że nie zgadzam się już na żadne pośrednie rozwiązania. Absolutnie nie. Odchodzę z tej pracy i już, niczego nie chcę.

Uniósł się pan honorem, bo o pana nie zabiegali?

Po prostu wyczułem, że moje odejście jest dla prezesa ulgą. Nie było ani słowa zachęty. Ale zapowiedziałem, że jeśli będzie trzeba pomóc, to pomogę. Ściągając do pracy z naszymi dziewczynami nowego trenera na moje miejsce, Martina Bajciciaka, obiecaliśmy, że go we wszystko wprowadzimy, damy mu nasze plany treningowe, pomożemy przez pierwsze miesiące zgrupowań. I tak zrobiliśmy. Przez pandemię kadra nie mogła wyjeżdżać daleko, trenowała w Zakopanem, bo zbudowali tam piękną trasę biegową. Bardzo piękną, trzeba COS pochwalić, to była super robota. I ja pomagałem kadrze tu na miejscu. Pomagałem Justynie. Już nie będąc pracownikiem związku zrobiłem plan szkolenia na najbliższe pół roku, plan został przyjęty przez związek.

Teraz trening idzie według tego planu. Gdy już granice zostały otwarte i Martin Bajciciak mógł przyjechać do Polski, spotkaliśmy się jeszcze raz: my i PZN. Justyna czekała, że na tym spotkaniu padnie jakaś nowa propozycja dla niej. Ona już wcześniej zapowiedziała, że nie będzie asystentką Bajciciaka, bo to byłby krok w tył. Była moją asystentką przez dwa lata, rozwinęła się, pokazała że potrafi. Teraz chciałaby założyć rodzinę, ograniczyć trochę jeżdżenie po świecie, ale nadal być przy biegach. Ale PZN nic konkretnego jej wtedy nie zaproponował. Ja to odebrałem jako sygnał, że tak jak ja mogę odejść, tak i ona ze mną. Powiedziałem do prezesa: ja odchodzę, ale jest na moje miejsce Bajciciak, natomiast proszę, żebyście zostawili cały zespół, który z dziewczynami pracował, serwismenów itd. To, że dziewczyny zrobiły taki postęp, to jest zasługa tej całej grupy. To nie są jacyś ludzie z ulicy, ściągaliśmy ich starannie wybierając, korzystając z naszych kontaktów. Przyszli dobrzy fachowcy. Prosiłem, żeby na ten pierwszy rok Bajciciaka zostawić ich wszystkich. A dopiero po roku niech sobie Bajciciak wprowadza korekty. Poprosiłem też, żeby coś odpowiedniego zaproponować Justynie: skoro ona już nie chce być asystentką, chciałaby się rozwijać, dlaczego nie zrobicie jej dyrektorem biegów, tak jak Adam Małysz jest dyrektorem skoków i kombinacji norweskiej?

I jaka była odpowiedź?

Szok. Prezes się zdenerwował. "Małysz jest dyrektorem, bo tam mają trzy grupy zawodników". W biegach, odpowiedziałem, też mamy trzy grupy: nasza, młodzieżowa, którą prowadzi Jan Antolec i grupa seniorów Lukasa Bauera. Ale nic nie wskórałem. Moją propozycję poparł profesor Krasicki, ale prezes powiedział, że absolutnie nie i nie ma żadnej dyskusji.

A jednak Justyna Kowalczyk nadal pracuje z tą grupą.

Bo jakoś tam się dogadali, że będzie trenerem współpracującym. Ale to było wszystko takie spychanie na później: jeszcze sobie wszystko ustalimy, ale najpierw dokończcie zgrupowanie, potem się umówimy. Dzwonię do prezesa po zgrupowaniu. "Aaaa, panie Olku, rzeczywiście. Ale jeszcze nie teraz, bo coś tam, coś tam. Przyjedziemy do was na następne zgrupowanie". Justyna rozpisała następne plany, zrobiła kolejne zgrupowanie, ja pomagałem, Bajciciak zachwycony, jaka dyscyplina u tych dziewczyn, jakie trudne rzeczy one robią. A ze związku nadal nikt nie przyjechał. A to pandemia, a to Adam Małysz zachorował, nie mogą. Nie doszło do spotkania, a gdy prezes się widział z Bajciciakiem, to cały czas akcentował, że to Bajciciak jako trener główny decyduje i związek nie będzie się wtrącał. Dla mnie to był jasny sygnał: ani ja ani Justyna nie jesteśmy dla nich partnerami do rozmowy. Gdyby nie było mnie ani Justyny, to byłby wreszcie święty spokój. Byliby sobie jacyś biegacze, co zajmują miejsca w pięćdziesiątce i nic nie trzeba przy nich robić. A gdyby raz na jakiś czas wbiegli do czołowej trzydziestki, to by się ogłosiło sukces i byłaby radość dla prezesa. Co innego, gdy grupa mierzy wysoko. To już jest problem, bo trzeba jej dużo rzeczy zapewnić, zainwestować w serwismenów. No i okazało się oczywiście, że serwismeni są dla związku problemem. A było ich w naszej grupie pięciu, trzech Estończyków i dwóch Polaków: Rafał Węgrzyn i Mateusz Chowaniak. Wśród Estończyków najważniejszy jest Peep Koidu.

Serwismen, który podczas kariery Justyny Kowalczyk zawsze chodził z nią na start.

Bo jest najlepszy. Przygotowywał narty estońskim mistrzom olimpijskim, a potem Justynie, polskiej mistrzyni olimpijskiej. Przyszedł do nas po mistrzostwach świata w Libercu w 2009. Dzięki niemu i jego koledze Are Metsowi Justyna zdobyła złoto igrzysk w Vancouver i złoto w Soczi. Koidu dla polskich biegów jest tym, kim Stefan Horngacher był dla polskich skoków. Gdy Justyna wygrała Birkebeinerrennet, najważniejszy długodystansowy bieg w Norwegii, to norwescy rywale potem odszukali Peepa, żeby mu złożyć gratulacje. Przygotował niesamowite narty. A w PZN nie chcą Peepowi przedłużyć kontraktu na dotychczasowych zasadach. Najważniejszemu człowiekowi w grupie. Dla nas to nic nowego. Gdy Justyna biegała, też co wiosnę był problem z kontraktami Estończyków. Zwlekanie, poślizgi w płaceniu. Jakieś korowody i utarczki, zanim przedłużyli kontrakty.

Serwismeni są drodzy.

Ci nie są. Drogi był Szwed Ulf Olsson, który pracował przed nimi. Do niego musieli się dokładać sponsorzy. A ci Estończycy nie mają kokosów. Ale zawsze się znajdą w związku podpowiadacze, którym coś nie pasuje. Peep im przestał pasować, ponoć mało pracuje. Sekretarz generalny mu początkowo zaproponował, żeby pracował tylko 10 dni w sezonie, podczas najważniejszych zawodów, i tylko za to mu zapłacą. Potem zmienili zdanie: na pół roku go wezmą. Przez cały rok nie jest im potrzebny. Przecież to jest niepoważne, tak przeciągać sprawę. Facet ma rodzinę, musi mieć jakąś jasność co do przyszłości. Niechby mu powiedzieli w maju: szukaj sobie pracy. To miałby jasność. A oni mu dopiero po czterech miesiącach wysłali jakąś cząstkową propozycję. On 12 lat dla Polski przepracował. O co tu chodzi? To jest działanie przeciw niemu, przeciw zawodnikom. W PZN wiedzą, jak Peep jest ważny, a jednak ciągle są takie problemy. Bo poradzą sobie bez niego, ich zdaniem. A nie poradzą sobie. Nasi Estończycy zawsze są na czas, gotowi do pracy. Z polskimi chłopakami, z różnych naszych grup, różnie bywało. Choć akurat Mateusza Chowaniaka z tego wyłączę, on się dopiero uczy zawodu, jest pracowity, chce się też uczyć od Estończyków.

Ale generalnie to nasi zawsze mieli gotowe teorie na usprawiedliwienie, dlaczego czegoś nie warto zrobić. Czas na żarty też zawsze mieli. Tylko z robotą gorzej. Estończycy to jest inna jakość. Więc takie działanie to jest szkodzenie biegom. I to prezes robi, bo w tym związku tylko prezes decyduje, nikt inny. On powie: to sekretarz generalny zdecydował, to zarząd zdecydował. Ale przecież wiemy, że on o wszystkim decyduje. Powtórzę: świetny prezes skoczków. Ale nie prezes związku narciarskiego. W biegach prezes ciągle kieruje się radami jakichś podpowiadaczy. Zatrudnili kiedyś na trenera Mirka Petraska. Człowiek z czołowej piątki najlepszych trenerów na świecie. Wychował Lukasa Bauera, zbudował silną czeską sztafetę. Mądry trener. Też nie dostawał żadnych kokosów w PZN, gdzie mu tam do zarobków trenerów naszych skoczków. Rok popracował z naszymi biegaczami, początek sezonu może wyglądał słabo, potem było dobrze. Ale Maciej Staręga, nasz najlepszy biegacz, już go zdążył skrytykować publicznie, że on nie umie pracować ze sprinterami. Nie zna się, a Staręga jeździ po całej Skandynawii i wie. Pod koniec sezonu Maciek Staręga miał już bardzo dobre wyniki, trener Petrasek odjechał do domu na urlop przekonany, że ma przedłużony kontrakt, a po tygodniu dostał telefon, że jednak nie. Pytam później w związku, dlaczego oni takiego trenera zwolnili. "Decyzja Tajnera, my nie wiemy". Dla mnie to jest działanie na niekorzyść biegów narciarskich.

Pan mówi: prezes, albo po nazwisku, ale przecież kiedyś byliście na "ty", nawet się chyba lubiliście.

Kiedyś byliśmy na "ty", a potem to się zmieniło.

Kiedy?

Na "ty" byliśmy, gdy jeszcze pan Tajner był trenerem kombinatorów norweskich, czyli ze 30 lat temu. Potem on odszedł od sportu, wrócił i gdy był trenerem Małysza, to byliśmy jeszcze na "ty". A jak został dyrektorem, potem prezesem, to było parę niemiłych spotkań i przeszliśmy na "pan".

Dlaczego to były niemiłe spotkania?

A przyjechaliśmy kiedyś na badania do Warszawy do Instytutu Sportu, wtedy jeszcze nie było w instytucie miejsca, w którym można było zjeść, trzeba było sobie jedzenie kupić w sklepie. Kupiłem też kilogram jabłecznika i makowca. Potem przyniosłem rachunki do PZN i przy rozliczaniu słyszę: "Kilogram makowca? Kilogram jabłecznika? I wszystko zjedliście?". Lekko osłupiałem. A co myślisz, że zawiozłem do domu do Wałbrzycha, żeby rodzinę nakarmić? Dla samej Justyny zjeść kilogram to żadne wyzwanie, a tam był jeszcze Janusz Krężelok i Maciej Kreczmer. Może w PZN się przyzwyczaili, że skoczkowie mało jedzą i chcieli żeby kilogramem się cała grupa najadła? Zdenerwowałem się, a takie historie się powtarzały. Moja komórka związkowa miała tak ograniczony limit, że za granicą nie można było na niej polegać, bo się po chwili wyczerpywała. Kiedyś w Skandynawii mieliśmy problem z jazdą po śniegu, trzeba było wzywać pomoc, a limit się wyczerpał. Poszedłem do związku żeby załatwić wyższy limit, ale tak mnie odprawili, że sobie sam telefon kupiłem. Związkową komórkę zostawiłem prezesowi. Nie będę się prosić. Było kilka takich spięć i jesteśmy na "pan".

Aleksander WierietielnyAleksander Wierietielny Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta

Nie jest tak, że to właśnie wasza osobista niechęć tak mocno wpływa na to, co się wokół polskich biegów dzieje? Wy się po prostu szczerze nie lubicie.

Tak, szczerze się nie lubimy. Ale to nasza niechęć ma decydować, co się dzieje? Wyniki nie mają znaczenia? Kogoś naprawdę uwiera, że Justyna nie mając początkowo nic, tak wiele osiągnęła? Czytałem niedawno w gazecie…

…dalej pan robi po sezonie prasówkę w bibliotece, kto co napisał o Justynie i panu?

Nie, teraz już tak nie robię. Teraz sobie czytam w Internecie. I wyczytałem o skoczniach narciarskich w Polsce: że mamy piętnaście i że to śmiesznie mało. Piętnaście skoczni na setkę skoczków, mało. To co ja mam powiedzieć, jak nam dopiero zbudowali jedną rolkostradę, na której możemy robić trening? Jest jeszcze oprócz niej trasa w Dusznikach, też ze 2,5 kilometra. Reszta tras to żart. Ścieżki wyasfaltowane, nie trasy.

To w ogóle jest ironia losu, że pan odchodzi akurat wtedy, gdy jest już trasa w Zakopanem i można posmakować, jak pracują trenerzy na świecie. Mogą się obudzić we własnym łóżku i pojechać na trening, jak pan od siebie z Poronina do Zakopanego, a nie zwiedzać świat w poszukiwaniu rolkostrady.

Ja mam już 73 lata. Już miałem jeden zabieg chirurgiczny, drugi zabieg chirurgiczny. Gdybym dalej pracował, to nie miałbym czasu, żeby zrobić porządek ze zdrowiem. Gdybym pojechał z kadrą na lodowiec, to przecież nie mógłbym zostawać na dole, bo tam na górze trzeba wykonać konkretną pracę, nagrywać treningi, chodzić w śniegu po kolana. A sam pobyt na wysokości dla mnie, sercowca, nie jest dobry. Słabo tam śpię, mam arytmię. Szkoda mi się rozstawać z trenowaniem, nie mogę się przyzwyczaić do tego nowego życia. Nie jest wesoło na emeryturze, przytyłem trzy kilogramy, źle się z tym czuję. Ale trzeba było już skończyć. Już mi nawet czasami było wstyd na zgrupowaniach, bo byłem najstarszy wśród trenerów. Młode pokolenie weszło, a ja stary dziadek. Ma mnie kto zastąpić. Mówiłem już panu, kim jest Peep Koidu dla tej drużyny: Horngacherem.

To jeszcze panu powiem, kim jest Justyna. Przez pierwszy rok bycia moją asystentką się przyglądała, ja robiłem plany. W drugim roku wszystkie plany treningowe pisała ona. To, co ona zrobiła w bezpośrednim przygotowaniu startowym do tegorocznych mistrzostw świata, to był majstersztyk. Dziewczyny przyjechały w szczytowej formie. Ona wybrała miejsce, dobrała profil tras, rozpisała treningi. Wszystko. Ja tylko czasami ją dopytywałem: wytłumacz, dlaczego tutaj akurat tak? A ona odpowiadała. Jako trenerka zdała egzamin w stu procentach. Jest autorytetem dla dziewczyn, ma wszędzie drzwi otwarte, jeśli chodzi o sprzęt. Dla mnie jest oczywiste, że Justyna powinna być dyrektorem biegów. Ale jeśli takie propozycje wywołują złość, to o czym mówimy. Oni nie mają serca do biegów.

Ja na spotkaniach ciągle tylko słyszałem: ale panie trenerze, oszczędzajcie. Myślałem sobie: panie prezesie, czy tak samo pan mówi do tych, którzy wydają takie pieniądze jak ja, a nie mają żadnych wyników? Ja pieniędzy związku nigdy nie zmarnowałem. Wiosną przychodziłem do związku z tarczą, a nie na tarczy. Mieliśmy zawsze tak dobre wyniki, że ministerstwo sportu nie żałowało pieniędzy. Czy taka kombinacja norweska może powiedzieć to samo? Nie może. A jednak mam wrażenie, że tam każda kwota wydawana właśnie na biegi jest okupiona jakimś bólem. A to słyszeliśmy: oszczędzajcie na zgrupowaniach, a to: zmniejszcie kadrę. Tak jak to się metodycznie robi w cyklu olimpijskim: najpierw duża grupa, potem zmniejszana - tak mi mówił prezes. Dobrze prezesie, zmniejszymy metodycznie. Ale skoki w tym czasie powiększają grupę i jest wszystko w porządku, metodycznie?

A jest jedna ważna różnica. Gdy Justyna miała największe sukcesy, to w polskich sklepach zabrakło biegówek. Ludzie odkryli sport, który daje zdrowie, świetną sylwetkę. To jest dzieło Justyny. Te tysiące osób, które zaczęły biegać. Po sukcesach skoczków tego nie ma i nie może być, bo to zbyt niebezpieczny sport, elitarny. Żadna w tym wina skoczków, ale czy my naprawdę nie mamy żadnych priorytetów, jeśli chodzi o zdrowie społeczeństwa? Nikt nie widzi, że skoki jeśli podniosą jakąś sprzedaż, to piwa i chipsów, a to wokół biegów można zbudować cały sportowy przemysł? Kiedyś Zbigniew Boniek mądrze powiedział, że u nas dwa sporty dominujące to skoki i rzut młotem. Dużo medali, ale bez zachęcania ludzi do ruchu. Zamiast budować zdrowsze społeczeństwo, prezes Tajner buduje sobie pomnik z medali w skokach.

Ale dlaczego my musimy ciągle zderzać ze sobą skoki i biegi, jak jakichś rywali? Nie możemy mieć doinwestowanych i skoczni, i tras? Przecież pan też jest kibicem skoków, potrafił pan dzwonić ze zgrupowania przedolimpijskiego i pytać: jak tam nasi w konkursie w Zakopanem?

A czy ja mówię, że jestem wrogiem skoków? Uważam, że skoki narciarskie to jest teatr sportu. Opera sportu. Sztuka wysoka. Ludzie podziwiają je jako coś niedostępnego. I to musi być. Ja też podziwiam. Siadam przed telewizorem na te trzy godziny, z kawą, ciastkiem. Ale co zrobię po konkursie? Wyjdę na skocznię, czy na trasę? Dlaczego nie można sprawiedliwie traktować skoków i biegów, to nie do mnie pytanie. Prezes po prostu gnębi biegi. Robi złośliwie. Z jakiegoś powodu krzywo patrzy na Justynę i nie chce, żeby ona była kimś znaczącym w związku. Tę dziewczynę trzeba zatrzymać w PZN za wszelką cenę. A on ją trzyma na odległość.

Justyna Kowalczyk i Aleksander Wierietielny. 2009 rok, mistrzostwa świata w LibercuJustyna Kowalczyk i Aleksander Wierietielny. 2009 rok, mistrzostwa świata w Libercu Fot. Kuba Atys / AG

Justyna się nigdy nie gryzła w język. Szefowie rzadko lubią takie osoby.

A to wiadomo, że szefowie wolą pokornych. Kiedy przychodziłem na rozliczenia po sezonie, to w ciszy wysłuchiwałem, co prezes ma do powiedzenia, bo przyjmowałem do wiadomości, że jest szefem i może mu się wydawać, że wie lepiej. Natomiast nigdy nie godziłem się na przeciętność. A teraz wiem, że problemy z Peepem to jest efekt podszeptów tych pokornych i leniwych. On mało pracuje? Dziesięć dni pracy Peepa jest więcej warte niż 50 dni pracy polskich serwismenów. Estończycy mi nigdy nie przyszli do pracy po zarwanej nocy czy na kacu. Teraz Peepa zatrudnią tylko na część sezonu, a przez pozostałą będą dzwonić i pytać go, jak smarować? Tak jak bywało często? A przecież trzeba jeszcze umieć zrobić to, co Peep powie. My mamy ludzi od przygotowania nart do stylu dowolnego, ale w klasycznym po Peepie zostanie dziura, bo to jest arcymistrz. Ja nie wymagam wiele, ale jeśli proszę prezesa: nie rozbijajcie tej grupy, zatrzymajcie ją w takim składzie do mistrzostw świata w Zakopanem (dziś Międzynarodowa Federacja Narciarska zdecydowała o przełożeniu mistrzostw z 2021 na 2022 rok, na rozegranie ich w pierwotnym terminie nie pozwoli sytuacja epidemiczna - red.), bo to ona stoi za sukcesami dziewczyn, to dlaczego prezes po tylu latach, gdy broniły mnie wyniki, nie posłucha mnie, tylko jakichś podpowiadaczy? Wysłuchał nas, że Peep jest bardzo ważny, a traktują go jak nieważnego. Dlaczego rozmawiam z panem? Bo prezes uznał, że ze mną i z Justyną nie ma co rozmawiać.

Polskie skoki też kiedyś niszczyła wojna Zakopanego z Wisłą, ale jakoś to wspólne interesy załagodziły. Przecież i w biegach można by mieć wspólny interes, zwłaszcza teraz, gdy jest grupa dziewczyn z szansami na sukcesy.

Zawsze jest w tym środowisku ktoś, kto uważa, że Wierierielny z Justyną marnują pieniądze. A proszę sobie spojrzeć na sezon Pjongczang 2018. Była nasza grupa, Justyny, i była grupa mieszana, biegaczki i biegacze. Oni naprawdę mieli wszystko co potrzebne. Na ich zgrupowania przyjeżdżali naukowcy robić im badania. Dwie dziewczyny, Sylwia Jaśkowiec i Ewelina Marcisz, miały swoją prywatną fizjoterapeutkę. Pojechało na igrzyska siedem osób z Polski. I co? Jeden chłopak z tamtej grupy zmieścił się w trzydziestce. Przyszły królewskie biegi, na 50 i 30 kilometrów. Wystartowała z Polski jedna osoba. Kto? Justyna Kowalczyk.

Wracamy do wioski, a polska kadra biegów już jest wyszykowana na ceremonię zamknięcia igrzysk. Biegi ich nie interesowały. I to w związku przeszło bez echa. Dlaczego? Bo jak sobie biegacze zajmują te swoje dalekie miejsca, to nic nie trzeba robić. Czołgamy się dalej, rozpisujemy plany, które do niczego nie prowadzą, nie mamy rozczarowań. A jest taka Kowalczyk i ciągle się trzeba z nią użerać. Takie podejście. Kogoś po tym Pjongczangu ruszyło, że było w kadrze beznadziejne szkolenie, beznadziejne podejście? Jak mogą kadrowicze po treningu narciarskim siedzieć po obiedzie i czekać sobie na kawkę? Najlepsi zawodnicy na świecie to się po obiedzie czołgają do łóżka. Tak są zmęczeni, że obiad im czasem przez gardło nie przechodzi. Justyna czasem do drugiego dania nie była w stanie wytrwać, zasypiała przy stole. A ci pogaduchy robią. To wy nie robiliście treningu, tylko turystykę. Rekreację.

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

To jak pan widzi przyszłość?

Wstaję, kąpię się, golę się, biorę psa Mariana na spacer do Zakopanego, na stacji BP kupuję gazety, cały stos. Tabloidy też, bo się dużo można dowiedzieć.

Pytałem o przyszłość biegów.

Widzę czterdzieste, pięćdziesiąte miejsca i spokój działaczy. Trener też spokojny, o posadę się nie boi, bo medale mu nie grożą. Najgorzej to jest, jak grożą medale. Jak grozi medal, a nie uda się go zdobyć, to przecież trzeba coś zrobić, prawda? Najlepiej zwolnić trenera. A jak medale nie grożą, to jest cisza i spokój i nikogo się nie zwalnia. Trener sobie jedzie swoim równym tempem. Dotacje z ministerstwa wpływają. Jest za co zrobić zgrupowania. Takie tygodniowe, nie wiadomo po co. Takie zgrupowania to można skoczkom robić. Skoczek, jak mówił profesor Jerzy Żołądź, ma być jak kot: leży, leży i nagle: hyc! Oni potrzebują krótkich zgrupowań. A w biegach zgrupowanie musi trwać ze trzy tygodnie, żeby zaczynały się zmiany w organizmie. Ale mnie już nic do tego, ja sobie wstaję, kąpię się, idę z Marianem na spacer, najczęściej na trasę rolkową do COS-u, bo nie mogę się nacieszyć tym, co Justyna po sobie zostawiła. A przecież jeszcze przebudowują trasę w Jakuszycach, muszę i tam się wybrać. Potem wracam do domu, bo ja jestem kanapowcem. Leżę na kanapie i czytam sobie gazety. Najeździłem się po świecie z Justyną, od Argentyny i Nowej Zelandii po Finlandię. Już mam jeżdżenia dość. Ale jeśli kadra jest w Zakopanem, albo w Szczyrbskim Plesie, to jeżdżę do niej pomagać. Prawie na każdym treningu byłem.

Związek zwraca za paliwo?

Nic nie chcę od związku. W tamtym momencie, gdy Justyna się produkowała, a nikt się słowem nie odezwał, zrozumiałem że niczego już od prezesa Tajnera nie chcę.

Przecież i tak będzie pan na te treningi jeździł.

Będę jeździł, bo panie… Jak ja lubię te dziewczyny. Jak one się przykładają. Zdarzało się, że Bajciciak mówi do Justyny: takie ćwiczenie?, przecież one tego nie zrobią, nie ma szans. A Justyna: poczekaj, zobaczysz. I on potem nie wierzy w to, co widzi. Gdy zgrupowanie jest na Słowacji, to plan układa Martin, bo zna trasy. Gdy jest zgrupowanie w Polsce, to układa Justyna.

Jest w tej grupie jakaś kandydatka na drugą Justynę?

Takiej drugiej to długo nie będzie. Tego się nie mierzy talentem, to wszystko siedzi w głowie. Teraz Iza Marcisz świetnie wypadła w mistrzostwach świata, super dziewczyna, ma talent, ale tu jeszcze trzeba mieć głowę mistrza. A Iza już sobie zaczyna chorób szukać, bardzo chciała, żeby ktoś jej zdiagnozował złamanie zmęczeniowe. Jeździła po lekarzach, mówili jej że złamania nie ma, ale ona szukała dalej. Bardzo pragnęła tego złamania, choć ortopeda go nie widział. To jest częste u sportowców, taka potrzeba pokazania wszystkim: zobaczcie jak ciężko pracuję, jestem sportowcem, niszczę sobie zdrowie, współczujcie mi, podziwiajcie mnie. I to w takich sytuacjach się rozstrzyga, czy ktoś będzie drugą Justyną, czy nie. Czy dorzuci jeszcze więcej, czy ze strachu przed bólem na treningu będzie szukać jakichś usprawiedliwień, użalać się nad sobą. Decyzja jest w rękach Izy. To jest naprawdę super dziewczyna. Bardzo zdeterminowana do pracy.

Izabela Marcisz podczas mistrzostw Polski w ZakopanemIzabela Marcisz podczas mistrzostw Polski w Zakopanem Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta

Ale to, co oddziela zdeterminowanych od mistrzów to właśnie takie momenty próby. I mam nadzieję, że Iza tę próbę przejdzie. Ale gwarancję może dać tylko ona sama. Z nami po igrzyskach w Soczi zaczęła pracować Sylwia Jaśkowiec. Przez rok trenowałem ją i Justynę. Sylwia tylko ten rok wytrzymała. Przez cały tamten sezon nawet nie miała kataru. Przez ten rok zdobyły z Justyną medal mistrzostw świata w Falun w sztafecie sprinterskiej. Podczas sprawdzianu w Nowej Zelandii Sylwia wygrała z Justyną klasykiem. Niebywałe, bo Justyna była wtedy klasykiem najlepsza na świecie. Podczas Tour de Ski Sylwia stanęła na podium jednego z etapów. Ale po roku ciężkiej pracy, po medalu, po podium, po namacalnych efektach pracy, Sylwia odeszła z naszej grupy. Gdy zobaczyła, jak ciężka to praca. Potem za trenerem Petraskiem też się nie wstawiła.

Tak jak za panem się kiedyś nie wstawili biathloniści, gdy pana po igrzyskach w Nagano zwalniał prezes biathlonu Krzysztof Lewicki. Mimo że pan Tomasza Sikorę doprowadził do złota mistrzostw świata.

Biathloniści to się wtedy nawet odezwać nie zdążyli. To było na spotkaniu u świętej pamięci Stefana Paszczyka, wtedy szefa polskiego sportu. Pierwszy odezwał się prezes Lewicki i już więcej rozmów nie było, nie dopuścili ich do głosu. Potem Wojtek Kozub mi powiedział: trenerze, jak pan odejdzie, to i ja odchodzę. A ja mu na to: myślisz, że jak odejdziesz, to polski biathlon się zawali? No i nie zawalił się. A związek biathlonu się zawalił? Też się nie zawalił. Dotacje płynęły. Wojtek wyjechał do USA. A miał taki talent, że mógł być drugim Tomkiem Sikorą.

Widział pan ten kult przeciętności w biathlonie, widział pan w biegach. Jak z tego wyrwać polski sport?

Trzeba iść za ciosem. Taka Iza Marcisz powinna właśnie teraz iść za ciosem. W tym sezonie dzięki ostatnim sukcesom Iza dobrze zarabia. Widzi już, że z biegania można żyć. Teraz trzeba docisnąć. Ale czy tak będzie? W naszej grupie jest dziewczyna z Łotwy. Patrycja Eiduka. Bardzo jej zależało, żeby do nas dołączyć i się zgodziliśmy. Ja się jej czasem pytam: ty dziewczyno w ogóle umiesz mówić po rosyjsku? Bo o co cię nie zapytam, to ty mówisz, że "charaszo". Wszystko jej się podoba. Nic jej nie boli, nic jej nie dolega. A robi to samo, co nasze dziewczyny. Tylko ona nie jest kadrowiczką, a one są. Ona chce być w naszej grupie i zrobi wszystko, żeby móc w niej być. A one czasem uważają, że im się coś należy, bo są w kadrze. I ja im to mówię: dlaczego wy czasem trenujecie, jakbyście musiały? Obok was jest dziewczyna, która robi to samo, ale zawsze z uśmiechem. A to wy macie przywileje z bycia w kadrze, ona nie ma.

Mówił pan przed chwilą, że to świetne dziewczyny i bardzo je lubi.

Uwielbiam je. Są fantastyczne. Mówię im prawdę prosto w oczy, bo je uwielbiam i chcę, żeby zrobiły kariery. Będę na każdym ich treningu, gdy tylko będą blisko Poronina. One chcą mnie tam widzieć, i ja się nie mogę doczekać, kiedy je znowu zobaczę.

Przypomnę panu, że miał pan nie być trenerem już od sześciu lat. Soczi 2014 miało być ostatnią olimpiadą.

To Justyna mnie w to wszystko wciąga. Gdy dwa lata temu dziewczyny przyjechały na pierwsze zgrupowanie, gdy wziąłem kamerkę i je zaprosiłem na trening, żeby zobaczyć ich technikę biegu stylem klasycznym, to powiedziałem do Justyny: "Czy ty wiesz, w co my wdepnęliśmy?". A ona mówi: "Trenerze, nie ma odwrotu. Jak się za to wzięliśmy, to trzeba z tego zrobić coś dobrego". Dziś Martin Bajciciak chce, żebym dalej był przy treningach stylem klasycznym i uczył dziewczyny tego, co wypracowaliśmy z Justyną. Nawet Marit Bjoergen mówiła, że technika Justyny jest dla niej nieosiągalna.

Nie żałuje pan czasami, że tak wojowaliście akurat z Marit Bjoergen? Ze wszystkich norweskich rywalek była najsympatyczniejsza.

Pewnie, sympatyczna dziewczyna. To nie jej wina, że była częścią całego systemu, który wykorzystywał choroby do wygrywania. To nie wina innych norweskich dziewczyn ani chłopaków, że im wyrabiali te wszystkie papiery. Tak to działało.

A nie żałuje pan czasami, że jednak nie powiedzieliście z Justyną "stop" po Soczi? Do tamtych igrzysk dotrwaliście już właściwie tylko siłą woli, zagryzając zęby. Pan był zmęczony, ona zmęczona. Było złoto, szczyt, idealne miejsce do pożegnania. Potem Justyna już tylko zbiegała ze szczytu.

W ogóle bym tak tego nie nazwał. Justyna pracowała dalej jak szalona. To ja popuściłem wodze. To o mnie możecie powiedzieć, że już zacząłem wtedy schodzenie ze szczytu. Bo już się nie chciałem z nią kłócić. Nie chciałem się ścierać, jak przez poprzednie lata. Uznałem, że pora dać jej więcej wolności, niech sobie popróbuje trochę po swojemu. Taki był zwłaszcza ostatni rok przed Pjongczangiem. Nie walczyłem z nią w ogóle o metody przygotowań. Ona poszła swoim planem. To był błąd, bo uparła się na ciężkie, długie treningi. Zawzięła się, żeby każdy trening to było z tysiąc metrów przewyższenia. A trzeba się już było bardziej szanować. To była przesada, było tego za dużo. Ale trudno jej to było wytłumaczyć, ona jest strasznie uparta. Czasem jej to dzisiaj jeszcze wypominam: pamiętasz, jak mi mówiłaś, żebym jechał w jakiś punkt, a ty przybiegniesz za kilka godzin? I po co to było? Przesada, treningi nie na ten wiek. Ale tak chciała. Bardzo jej zależało, żeby w Pjongczangu wypaść dobrze. Nie miałem serca jej zabronić. Miała prawo te pożegnalne igrzyska rozegrać po swojemu. Nawet jeśli widziałem, że robi błąd.

Czyli nie uważa pan, że to było o jedne igrzyska za daleko?

Nie. Justyna była w piętnastce na 30 kilometrów, choć tam się dużo działo, mieliśmy problemy z polskimi serwismenami, bo oni w pewnym momencie przestali testować parafiny, ponoć taki był trend na świecie. Używali tylko proszków i przyspieszaczy, źle jej przygotowali narty na jazdę. Co okrążenie, to po zjeździe na stadion Justyna spadała na dalsze miejsca. Później jak się spotkałem z włoskimi serwismenami z grupy Robinson, w której biegała Justyna, to powiedzieli, że wcale świat od parafin nie odszedł, oni dalej je stosują i to dobrze działa.

Jeszcze mamy sezon Soczi nierozliczony. Po tamtych igrzyskach Justyna opowiedziała o depresji. Co pan wtedy czuł?

(długie milczenie). Do dziś jest mi trudno znaleźć słowa. A co mogłem czuć patrząc, jak ktoś niszczy tej dziewczynie życie? Kiedy ja do niej w najgorszym momencie przyjechałem, do Warszawy, żeby ją jakoś powyciągać z tego wszystkiego, ona już miała skierowanie do zakładu, już wszystkie pieczątki. Zapłakana, umorusana, leki jadła garściami. Nawet brat Justyny uwierzył, że ją trzeba zaciągnąć na leczenie zamknięte. Choćby siłą, jak nie zechce po dobroci. Przyjechałem i prosiłem: Justysiu, wyrzuć te wszystkie leki do kosza, a razem z nimi wyrzuć to, co cię spotkało. Spróbuj. Ją trzeba było odciąć od tego wszystkiego, wyrwać ją z Warszawy, otworzyć jej oczy. Poszliśmy na spacer, przekonywałem ją: odetnij się, jest inne życie, inni ludzie. Wyjeżdżaj, tu już nie masz czego szukać.

A sport się do tego załamania nie przyczynił? Uprawiać biegi narciarskie na poważnie w Polsce, kraju bez tras, to znaczyło do tej pory: rezygnować z normalnego życia na lata. Tu się nie dało wyjść za próg na trening, jak w Norwegii czy Szwecji. Sport w ogóle jest bardziej okrutny pod tym względem dla kobiet niż dla mężczyzn.

Kiedy trenowałem biathlonistów, to im czasami mówiłem: chłopaki, wolałbym pracować z waszymi żonami, a nie z wami. Dziewczyny w Polsce są o wiele twardsze niż faceci. W tej naszej obecnej grupie też tak jest. Płaczą, narzekają, ale zrobią.

Wierzę. Ale w niektórych sportach są stawiane w sytuacji bez dobrego wyjścia: albo sport, albo życie osobiste. Nie da się mieć obu.

Zgadza się. Ale przecież Justyna się nie wyrywała do tego innego życia. Ona kochała narty, siebie na nartach, bała się, że jeśli zacznie budować życie obok, to z nart będzie musiała zrezygnować.

Czytałem niedawno wypowiedź mamy Justyny, że pan był jako trener bardzo zaborczy, że w pewnym momencie nawet trochę kontakt z córką im się popsuł, tak mocno postawiła na sport.

Ja byłem zaborczy? Przecież ona jest większym pracoholikiem niż ja. Kiedyś, kiedy jeszcze grupa w kadrze była większa, a Justyna dopiero zaczynała, to czasem na zgrupowaniach był czas, żeby się wykąpać w jeziorze, poopalać się po treningach. A potem, jak już pracowałem z Justyną, to bywało że przez pierwsze dwa tygodnie obozu nawet nóg w jeziorze nie zamoczyłem. Jak o tym przypomniałem, to ona mówi: to jedź tam sobie nad to jezioro na rowerze, a ja przybiegnę. Przybiegła, mówi: zobaczyłeś jezioro? Zamoczyłeś nogi? To wracamy do pracy. Justyna uwielbiała pracę i bardzo chciała, żebym ja widział że ciężko pracuje. Ja mam najlepszy sen między szóstą a siódmą rano, ale ona zawsze pukała o tej szóstej, żeby powiedzieć: trenerze, to ja już idę na rozruch! O, panie, łatwo z nią nie było. Dopiero teraz jest gotowa, żeby przestawić priorytety. O to też poszło wiosną, że nadal chce pracować przy nartach, ale już bez tylu wyjazdów. Stąd ten mój pomysł, żeby była dyrektorką. Ale jeśli ma komuś zburzyć święty spokój, to po co? Święty spokój jest najważniejszy.

A gdy nowym prezesem zostanie Adam Małysz? To ostatnia kadencja prezesa Apoloniusza Tajnera, może potem już nie będą decydować wasze osobiste urazy, będzie nowe otwarcie?

No, ale to już beze mnie. Ja będę miał wtedy 75 lat, to co ja mogę jeszcze otwierać?