Pjongczang 2018. - Drugie złoto w Soczi wygrałem siłą rozpędu. Jestem dużo bardziej zadowolony ze skoków w Pjongczangu - mówi Kamil Stoch

- Drużynówka? Przed konkursem na dużej skoczni też się wydawało, że Norwegowie są nie do pokonania. Ale nie nakręcamy się. Podpompujcie ten balonik beze mnie - śmieje się Kamil Stoch. W niedzielę odbiera złoty medal, w poniedziałek o 13.30 polskiego czasu konkurs drużynowy

Sport.pl: Ma pan jakieś swoje sposoby na odliczanie do konkursu w taki dzień?

Kamil Stoch: Nie, staram się wtedy wszystko robić normalnie. Nic na siłę, nie próbować powtarzać tego, co się robiło przed innym sukcesem. Nie mówiłem sobie od rana: tak, to będzie dobry dzień. Pomyślałem, że będę robił to co umiem i przy tym chcę się dobrze bawić.

Czekał pan długo na wynik drugiego konkursu w Soczi, teraz też czekanie się tak dłużyło?

W Soczi wiedziałem, że zepsułem drugi skok. Było napięcie. Drugie złoto tam wygrałem siłą rozpędu. Jestem dużo bardziej zadowolony ze skoków na medal w Pjongczangu. Tutaj zrobiłem wszystko co się dało i stałem z nadzieją, że zasłużyłem na to złoto. Zapracowałem na nie. Dosłownie zapracowałem. Przy takim poziomie zawodów, dyspozycji innych, przy takim napięciu, trzeba było skoczyć świetnie. Tydzień od zawodów na normalnej skoczni był trudny. Po mniejszej skoczni czułem, że nie pokazałem wszystkiego na co mnie stać. I chciałem to zrobić na dużej. Wiem, że ja też bywam trudny, mam swoje humory, nie do końca zrozumiałe żarty. Ale to wszystko po to, żeby dla siebie znaleźć najlepszą drogę. Dziękuję za wyrozumiałość. Za to, że nie było podgrzewania atmosfery.

Koledzy tym razem, nauczeni doświadczeniem Stefana Huli z mniejszej skoczni, nie mówili już, że jest medal?

Właśnie mówili. Ale ja wolałem zaczekać aż się wyświetli. Czekałem na ten moment cztery lata. Czułem, że mnie na to stać, bo zostałem dobrze przygotowany do tego sezonu. Do jego najważniejszych momentów. Wiedziałem, że przede mną skaczą bardzo daleko. Ale też wiedziałem, że nie zrobię nic więcej niż potrafię. Więc z jednej strony starałem się włożyć jak najwięcej sił, a z drugiej – zrobić wszystko normalnie. Najgorszą presją jest tak, którą sami na siebie nakładamy. A ja starałem się nie nastawiać żadnej. Robić wszystko z uśmiechem. Nie można się nastawiać: o, to mój dzień, wieje z tyłu itd. Trzeba zamknąć się w myśleniu: zrobię tylko to, co potrafię.

A drużynówka? Widzi pan szansę na pokonanie Norwegów?

Oczywiście że widzę. Albo inaczej. Nie będziemy myśleć o tym, kogo mamy pokonać. Widzę po prostu szansę na dobry wynik. Przed konkursem na dużej skoczni też się wydawało, że Norwegowie są nie do pokonania. Stać nas na wiele, ale nie nakręcamy się przesadnie.

Koledzy mówią, że pański medal ich jednak trochę nakręca.

Cieszę się bardzo. Konkursy drużynowe wyciągają z nas więcej energii, każdy z nas stara się wyjątkowo, bo jeśli coś zawali, to nie tylko sobie, ale całej drużynie. I tyle. Dacie radę podpompować ten balonik beze mnie.