Zimowe igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Hojnisz: "Chcę poprawić piąte miejsce z igrzysk w Soczi!"

Patrząc na osiągnięcia naszych biathlonistek w Soczi, najbliżej podium była tam Monika Hojnisz. Jej piąta lokata w biegu masowym to wynik znakomity i zaskakujący. - Chcę poprawić to miejsce! Jakby miało to być niewykonalne, to nie byłoby po co jechać do Pjongczang - mówi Sport.pl na kilka dni przed początkiem igrzysk.

Kacper Sosnowski: W Soczi, dzięki bezbłędnemu strzelaniu, podium biegu masowego było niemal na wyciągnięcie ręki.

Monika Hojnisz: To był rzeczywiście bardzo udany start. Zdaję sobie sprawę, że też szczęśliwy. Mierzę siły na zamiary przed Pjongczang, ale wiem, że powtórzenie tego wyniku nie będzie łatwe. Moja forma w tym sezonie nie napawała dużym optymizmem.

Ale chyba najważniejsze jest to, co tu i teraz. Styczeń z nartami i karabinkiem był niezły.

- W styczniu rzeczywiście było lepiej. Dwa tygodnie przebywaliśmy na zgrupowaniu w Ruhpolding gdzie pracowaliśmy nad formą. Mam nadzieję, że ta biegowa wzrosła. Ja dużo uwagi skupiałam na strzelaniu. Wiem, że mam braki jeśli chodzi o celność i szybkość tego elementu. Pracując nad tym mogę wiele zyskać.

Właśnie w Ruhpolding zajęłyście 5. miejsce w biegu sztafetowym Pucharu Świata. Odkąd Tobias Torgersen został trenerem kadry, trenujecie razem. Stałyście się drużyną.

- Jeśli chodzi o atmosferę i funkcjonowanie nas jako drużyny to jest to wielki plus. Przybycie nowego trenera pociągnęło za sobą różne zmiany. Mnie kiedyś np. bardzo brakowało treningów ze starszymi, doświadczonymi dziewczynami - Weroniką Nowakowską, Krystyną Guzik, czy Magdaleną Gwizdoń. Teraz mogłam z nimi ćwiczyć. Na treningu często potrzebna jest taka rywalizacja, by mieć te sparingpartnerki – w jednych rzeczach lepsze, w innych może gorsze. Właśnie jednak o to chodzi, by jedna od drugiej mogła się czegoś uczyć i wchodzić na wyższy poziom.

Wracając do treningów strzeleckich, które dały mi sporo pozytywów. Strzelałyśmy na nich pod presją, w grupie. Takich zajęć trener przeprowadzał bardzo wiele. To bardzo pomogło każdej z nas. Widziałam przecież jak w ciągu sezonu zmieniła się nasza skuteczność.

Za poprzedniej ekipy trenerskiej sporo mówiło się o konfliktach. Teraz rozumiem problemy zniknęły. Traktujecie siebie jako koleżanki, może przyjaciółki, czy po prostu ekipę, która jedzie na ważne zawody?

- Jak to z babami... Różnie bywa. Mianem przyjaciółek raczej byśmy siebie nie określiły, ale już słowo dobre koleżanki mi pasuje. Dobre koleżanki ze wspólnymi nadziejami. Z takim poczuciem, że jako drużyna możemy wiele zdziałać. Oczywiście to wiąże się z wzajemnym zaufaniem, pewną odpowiedzialnością i wsparciem – bez tego nie wyobrażam sobie, by nasza sztafeta mogłaby coś osiągnąć. 

A jakbym zapytał wprost o olimpijskie cele i szanse tej sztafety oraz osobiste nadzieje Moniki Hojnisz?

- To osobiste nadzieje mam wygórowane. Chcę poprawić piąte miejsce z igrzysk w Soczi! Wiem, że to duże wyzwanie, ale jakby miało być niewykonalne, to nie miałabym po co tam jechać. Jakby ktoś powiedział mi, przed rywalizacją w Soczi, że będę piąta, nie uwierzyłabym. To trochę tak jak teraz, gdzie też brzmi to niewyobrażalnie, ale jadę tam zrobić co w mojej mocy, by było lepiej niż ostatnio. Jak słychać jestem nastawiona pozytywnie.

A wasza sztafeta?

- Patrząc na nasze ostatnie starty, to wydaję się, że właśnie na tą sztafetę można liczyć najbardziej. To nie jest jednak łatwy wyścig. Na sukces w nim muszą złożyć się idealne dni każdej z nas. No chyba, że dopisze szczęście i pomyłki innych. Sport bez szczęścia i pozytywnego podejścia, rzadko teraz daje medale.

Pomijając szczęście, podczas startu na igrzyskach najważniejsza jest...

- W biatlonie to głowa i pogoda. Oprócz presji i nerwów trzeba radzić sobie z warunkami atmosferycznymi, które w tej dyscyplinie potrafią nie lada namieszać. Nie chodzi tylko o warunki na strzelnicy, ale też warunki śniegowe. Na chwilę obecną wiem, że na naszych trasach jest -20 stopni Celsjusza. Wcale mnie to nie cieszy.