Łyżwiarstwo szybkie. Białkowska: Bródka nie jeździ za zasługi, Soczi nie do powtórzenia

- Odpadł, w najważniejszym starcie w sezonie mu nie wyszło, ale nie było tak, że Bródka jeździł za zasługi - mówi Ewa Białkowska, szefowa wyszkolenia w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Po czterech weekendach sezonu 2017/2018 skończyły się kwalifikacje do igrzysk. Olimpijskiego brązu w Pjongczangu nie będzie bronić nasza męska drużyna. A dyscyplina, która cztery lata temu na igrzyskach w Soczi dała nam trzy medale, teraz za sukces uzna nawet jeden krążek.

Łukasz Jachimiak: Kwalifikacje olimpijskie zakończone, na igrzyskach w Pjongczangu nie wystąpi nasza męska drużyna, która w Soczi zdobyła olimpijski brąz. Skąd aż tak duże rozczarowanie?

Ewa Białkowska: Żal jest bardzo duży, ale trudno kogokolwiek winić. Sport taki jest, że raz się wygrywa, a raz się przegrywa.. Nie udało im się zakwalifikować, źle pojechali, teraz trener musi przeanalizować co się stało, czy były dobre założenia taktyczne, czy dobrze był zestawiony skład. We wtorek ekipa wraca z Salt Lake City, w środę będziemy wszystko omawiać. Na razie można tylko stwierdzić, że wielka szkoda chłopaków. To bardzo utytułowana drużyna, panowie świetnie współpracowali, dużo dobrego zrobili.

Ale chyba trzeba zauważyć, że nawet gdyby zdobyli prawo startu w Pjongczangu, to tam raczej o medal by nie powalczyli, bo czołówka im odjechała na kilka sekund, a nie na części sekundy.

- Na pewno było widać dużą różnicę między nimi, a najszybszymi drużynami. Ale muszę przypomnieć, że przed Soczi ta drużyna też nie była silna, wtedy nikt nie liczył na jej medal. Była radość, że są w ósemce, że wystartują. A później igrzyska wyszły im świetnie. Tak to jest, że olimpijskie starty mają swoją specyfikę.

Ale w Soczi mieliśmy świetnego Bródkę, on tam jechał już jako jeden z najlepszych zawodników na świecie, w dorobku miał już Puchar Świata na 1500 metrów, mogliśmy liczyć, że pociągnie zespół i to zrobił. A teraz Bródka jest dopiero 23. w PŚ na 1500 metrów, a bieg w Salt Lake City pokazał, że jest najsłabszym ogniwem drużyny, bo to on nie wytrzymał tempa.

- No tak, było widać, że odpadł. Nie wiem co się stało – czy słabiej się czuł, czy odezwała mu się kontuzja. W każdym razie w najważniejszym starcie w sezonie mu nie wyszło.

Po przegranej walce drużyny o igrzyska Konrad Niedźwiedzki w emocjonalnym wpisie na Facebooku ocenił, że to koniec tej drużyny, że w takim składzie ona przestaje istnieć. Chyba właśnie tak trzeba na to popatrzeć – trzeba ekipę odmłodzić i od nowa próbować gonić świat?

- Niewątpliwie. Ale też trzeba jasno powiedzieć, że chociaż my bardzo szeroko szkolimy młodzież, chociaż na nią idą duże nakłady, to jednak jeszcze nikt nie doskoczył do poziomu Bródki, Niedźwiedzkiego i Jana Szymańskiego. Nie było tak, że np. Bródka jeździł za zasługi. Szybszego po prostu nie ma. Sport to jest ciężka praca, to jest wyrobnictwo, to są wyrzeczenia, to jest podporządkowanie się. Nie każdy to potrafi. Oni to potrafili. Bródka, Niedźwiedzki i Szymański to taka trójka, która to zrobiła razem. Postawili sobie cel, czyli sukces i do niego dążyli. Ciężka praca, talent, wspaniałe charaktery – to im dało wyniki. Skończyło się, trzeba szukać nowych zawodników, ale tej trójce jest za co dziękować.

Dziękować tak i chyba już niestety niczego nie oczekiwać, bo indywidualnie wszyscy trzej w Pjongczangu wystartują, ale trudno liczyć, że któryś sprawi sensację i stanie na podium?

- Niedźwiedzki idzie w górę, ostatnio był 10. na 1500 metrów [jego najlepszy wynik w sezonie], widać, że ze startu na start jest coraz lepszy, a do igrzysk są jeszcze dwa miesiące, więc jeszcze może się mocno poprawić.

Aż tak, żeby powalczyć o olimpijskie podium? To na pewno ocena realna, a nie życzeniowa?

- Moim zdaniem Niedźwiedzki może sprawić niespodziankę. Szymańskiego też nie skreślam. W biegu drużynowym w Salt Lake City pokazał, że jest w świetnej dyspozycji, a też jeszcze będzie dochodził do swojej najwyższej formy. Czasami łatwo się kogoś przekreśla, a ja przed tym przestrzegam. Stało się jak się stało w drużynie, ale żaden z tej trójki nie przestanie walczyć, oni indywidualnie dalej mają szanse na wysokie pozycje.

Mówi Pani, że forma naszych dystansowców rośnie, a co Pani powie o sprinterze Arturze Wasiu? Jako nasz jedyny panczenista stanął na podium Pucharu Świata w tym sezonie, zajmując trzecie miejsce w Stavanger w połowie listopada, ale kilka dni temu w Salt Lake City miał dopiero 35. wynik.

- W sprincie to jest tak, że jeden błąd zrzuca zawodnika o 20. miejsc. Jeżeli Waś perfekcyjnie przejedzie całe 500 metrów w Pjongczangu, to na pewno będzie bardzo wysoko. Ale oczywiście uniknięcie błędów w sprincie jest bardzo trudne, bo tam są ogromne prędkości i siła odśrodkowa tak mocno działa na zawodnika, że trudno jest się jej przeciwstawić. Ale Artur już pokazywał, że stać go na perfekcję. Do igrzysk są jeszcze dwa miesiące, jest więc czas, żeby to wypracować.

Pani mówi, że często waży jeden błąd, ale jak się popatrzy na wszystkie starty Wasia z trwającego sezonu, to jednak martwi wyraźna tendencja zniżkowa. Zaczął od miejsc szóstego, 13., trzeciego i dziewiątego, a w Calgary i w Salt Lake City miał 26., 20. i 35. wynik, w ostatnim starcie był gorszy nawet od trzech pozostałych Polaków – Piotra Michalskiego, Artura Nogala i Sebastiana Kłosińskiego. Chyba można się martwić, że coś się posypało i trudno będzie odbudować dyspozycję?

- Na pewno jest to niepokojące, ale moim zdaniem spokojnie można wszystko naprawić. Ostatni bieg faktycznie był bardzo nieudany – Artur ze trzy razy się potknął, wyrzuciło go zdecydowanie pod wiraż i nie potrafił utrzymać prędkości. W sumie wyszło tak, jakby przejechał 550, a nie 500 metrów. Występ był fatalny, ale tu naprawdę wszystko się może zdarzyć. To co dobre też.

Dwa miesiące pozostałe do igrzysk nasza kadra spędzi głównie w Tomaszowie Mazowieckim, korzystając z tego, że wreszcie mamy w kraju zadaszony tor?

- Hala dopiero od teraz zaczęła normalnie funkcjonować. W październiku mistrzostwa Polski rozegraliśmy w niej na wariackich papierach, a później kadra tam nie trenowała, bo zaraz wyjechała na Puchary Świata. Ale teraz obozy są planowane już praktycznie tylko w Tomaszowie. Wierzymy, że każdy lepiej zniesie trening, mając trochę więcej czasu dla rodzin, że zawodnicy psychicznie lepiej wytrzymają pracę, podczas której będą mogli mieć kontakt z rodzinami, bo te rodzinny będą miały blisko, będą mogły przyjechać w odwiedziny. To zupełnie inna, o wiele lepsza sytuacja niż w ubiegłych latach.

To pewnie szczególnie ważne dla Katarzyny Bachledy-Curuś, młodej mamy. Proszę szczerze powiedzieć – jest Pani zaskoczona, że to ona jeździ najrówniej i najlepiej z całej naszej kadry, a nie Natalia Czerwonka, która przed startem sezonu zapowiadała walkę o olimpijskie podium w startach indywidualnych?

- Kasia to nasz łyżwiarski ewenement. Ona jak nikt potrafi jeździć na łyżwach, chyba się do nich urodziła. Kiedy wybierała sport jaki chce trenować, to wybrała go naprawdę najlepiej jak mogła. Ona wspaniale czuje łyżwy. Poza tym odnowa organizmu spowodowana macierzyństwem jest u niej wyraźnie widoczna.

W styczniu Bachleda-Curuś skończy 38 lat, a przechodzi kolejną młodość – jest siódma w PŚ na 1500 metrów, w jednym ze startów na tym dystansie zajęła czwarte miejsce.

- I jej forma wyraźnie zwyżkuje. Myślę, że w Pjongczangu Kasia będzie jeszcze mocniejsza. Natomiast jeśli chodzi o Czerwonkę, to ona jest pracusiem. To jest tytan pracy, który musi zrozumieć, że odpoczynek to też jest trening. Widać, że jest bardzo dobrze przygotowana, że jest bardzo silna, ale jeszcze raz mówię: odpoczynek to też pewna forma treningu.

Rozmawiałem z nią przed startem sezonu i kiedy powiedziała, że zwykle zaczynała jeździć na łyżwach pod koniec sierpnia, a w tym roku zrobiła to już w maju, to pytałem czy nie obawia się, że zabraknie jej świeżości, że zmęczenie będzie za duże. Pani słowa, że odpoczynek to też trening, należy odczytać właśnie tak, że Natalia bierze na siebie za dużo obciążeń?

- Łyżwiarz musi jeździć na lodzie, więc nie powiem, że to niedobrze, że wcześnie zaczęła jeździć. Ale ona powinna dać sobie troszkę luzu, jeśli chodzi o inną pracę, trochę powinna schodzić z pewnych obciążeń. Z drugiej strony jeśli celuje w igrzyska, to może siłą rzeczy Puchary Świata nie będą w jej wykonaniu rewelacyjne, a igrzyska będą bardzo dobre. Miejmy nadzieję, że taki plan założył jej trener.

Tylko że ona miała nadzieję od początku być wysoko, a plasuje się w drugich „dziesiątkach”. A skoro jest daleko od najlepszych, to czy nie ma u niej nerwowości?

- Na pewno każdy jest nerwowy, kiedy widzi, że czołówka naprawdę bardzo przesunęła się do przodu. Oczywiście tego w sezonie olimpijskim należało się spodziewać. Natalia pewnie rzeczywiście liczyła, że będzie bliżej. Nie jest, ale ma jeszcze dwa miesiące na poprawę, jest okazja, żeby zrobić korektę, zmienić to, co źle działało.

Przed igrzyskami zaplanowano jeszcze tylko jeden weekend Pucharu Świata, w drugiej połowie stycznia. To dla nas dobrze, czy skoro nie ma dużej formy, to będzie trochę brakowało startów?

- Na początku stycznia będą jeszcze mistrzostwa Europy, później zrobimy wewnętrzne zawody, a i w Pjongczangu na torze olimpijskim będą kontrolne starty w międzynarodowym gronie. Będzie jak i gdzie dojść do dobrej dyspozycji.

Bachleda-Curuś, Czerwonka i pewnie Luiza Złotkowska będą walczyły na igrzyskach w wyścigu drużynowym. Z szansami na podium? Już chyba nie tylko Holenderki, ale i Japonki wydają się być poza zasięgiem, bo jeżdżą jak nikt w historii, ostatnio pobiły rekord świata, wygrywając z Holenderkami o prawie pięć sekund, a w sezonie odniosły trzy zwycięstwa w trzech startach.

- Faktycznie Japonki są fantastyczne. Widać, że perfekcyjnie przygotowały drużynę, że trenowały jazdę w niej bardzo długo. Są teraz wzorem do nauki. Ale trzeba pamiętać, że nasze dziewczyny są bardzo doświadczone i są w lepszej sytuacji niż nasi panowie, bo u nich o miejsce w składzie walczy pięć zawodniczek, tu nie ma pewnej swego trójki. Do wymienionej trójki i Katarzyny Woźniak dołączyła Karolina Bosiek. Ta młodziutka zawodniczka też fantastycznie jeździ w drużynie, u dziewczyn jest więc spora rywalizacja. Wierzę, że one będą w stanie zrobić w Pjongczangu bardzo dobry wynik.

Bosiek zakwalifikowała się do kadry na Pjongczang, ale ona jest chyba dużą nadzieją na następne igrzyska, w 2022 roku w Pekinie?

- Nawet bardzo dużą nadzieją. Dziewczyna nie ma jeszcze 18 lat, a już na 3000 m jeździ na dobrym, światowym poziomie. Jej wyniki robią bardzo duże wrażenie w kategorii wiekowej, do której ona przynależy. To w ogóle jest wspaniała dziewczyna – kocha łyżwiarstwo, uwielbia pracować, ma świetne cechy wolicjonalne. Rośnie nam rasowa zawodniczka.

Pod okiem trenera Wiesława Kmiecika, który Bródkę doprowadził do złota w Soczi, a Bródkę, Niedźwiedzkiego i Szymańskiego do brązu w drużynie.

- Zgadza się, trener Kmiecik zajmuje się naszymi juniorami. Mają więc zapewnioną najlepszą opiekę trenerską.

Nie jest tak, że dzisiaj z większymi nadziejami możemy myśleć o naszych juniorach i następnych igrzyskach niż o tym, co nasi aktualnie najlepsi panczeniści zwojują za dwa miesiące? Pani oczywiście próbuje przekonać, że mamy szanse medalowe, ale trzeźwo oceniając chyba przyzna Pani, że z 20 kwalifikacji, które wywalczyliśmy może nie wyjść żaden medal? A wtedy Ministerstwo Sportu zmniejszy finansowanie dla związku i stracą na tym również ci juniorzy, którzy już nam się dobrze zaczęli rozwijać.

- Oczywiście, że finansowanie jest zależne od medali i zdecydowanie mielibyśmy problem, gdybyśmy nic nie zdobyli w Pjongczangu. Jesteśmy pod dużą presją.

Przed startem sezonu marzyło się Pani nawiązanie do Soczi, ale teraz chyba już trzeba powiedzieć, że złoto, srebro i brąz z Rosji to wynik nie do powtórzenia?

- No, niestety, tego się nie da powtórzyć. W Soczi wszystko nam wyszło, wszyscy zawodnicy wypalili z formą w idealnym momencie. Oczywiście teraz liczę na doświadczenie naszych trenerów, wierzę, że oni wiedzą, co robią i skoro coś się nie udawało, to pewne rzeczy skorygują i powinno być dobrze. Jeżeli ja bym nie była optymistką, to byłoby bardzo źle, jako szefowa wyszkolenia nie mogę dołować trenerów i całej grupy.

Może przypomni im Pani, jak źle było na igrzyskach w Vancouver, a mimo to drużyna kobiet pod Pani wodzą wywalczyła medal?

- O tym faktycznie warto pamiętać. Atmosfera po startach indywidualnych była bardzo zła, nikt nie wierzył w medal, nikt nawet o nim nie myślał, świętej pamięci prezes PKOl Piotr Nurowski skreślił naszą ekipę, uznał, że panczeniści wypadli najgorzej z całej olimpijskiej kadry. A ja zdawałam sobie sprawę z sytuacji, wiedziałam, że te moje dziewczyny są jeszcze słabe indywidualnie, bo za nimi za krótki proces treningowy, a wiedząc, że indywidualnie one nic nie znaczą, od początku stawiałam wyłącznie na drużynę. Nie mówię, że się spodziewałam medalu, ale liczyłam, że one do „szóstki” spokojnie wejdą, że ładnie powalczą. Teraz jesteśmy w innym miejscu – dziewczyny są o osiem lat bardziej doświadczone, ich stopień przygotowania jest o wiele lepszy, mają realne szanse na podium, niech spokojnie trenują.

A może dobrze byłoby, gdyby teraz trener postąpił jak Pani wtedy? Bo, jeśli dobrze rozumiem, Pani cały trening podporządkowała drużynie, a teraz jest jednak inaczej, zawodniczki mają swoje indywidualne ambicje.

- U mnie dokładnie tak było – wtedy dziewczyny były zbyt młode, żeby się mogły liczyć indywidualnie. Teraz stać je na bardzo dobre wyniki. Ale oczywiście trener Krzysztof Niedźwiedzki doskonale zdaje sobie sprawę z szansy, jaką dziewczyny mają w drużynie i tę drużynę mocno z nimi ćwiczy. Czas, który został, na pewno zostanie wykorzystany, żeby dążyć do perfekcji, żeby wszystko zgrać, technicznie dopasować.

Powszechnie wiadomo, że mimo olimpijskich medali polskie łyżwiarstwo szybkie latami nie mogło się doczekać budowy zadaszonego toru. Dużo talentów przez to straciło?

- Bardzo, bardzo dużo. Gdyby tor powstał osiem lat temu, zaraz po Vancouver, to mielibyśmy bardzo szeroką kadrę zdolnej młodzieży, z której sporo osób mogłoby dojść do poziomu światowej czołówki. Niestety, nie każdy potrafił znieść mnóstwo dni poza domem, na zagranicznych zgrupowaniach.

Po Soczi zainteresowanie było pewnie jeszcze większe.

- Po Soczi to dosłownie nie mogliśmy się opędzić od młodzieży. Ale jak rodzic zobaczył warunki do treningu, czyli tor na mrozie, a częściej w deszczu, bo wiadomo, jakie u nas są zimy, to zaraz sobie wyobraził zapalenie płuc, i dziecko nie pojeździło. Tor w Tomaszowie powinien znacznie zmienić naszą sytuację, choć jeszcze nie wiemy, na jakich warunkach będziemy z niego mogli korzystać.

Chyba nie będziecie musieli płacić dużych pieniędzy?

- Na pewno będziemy musieli płacić, tylko jeszcze nie wiemy jak dużo.

Co mamy poza tym jednym torem? Biedę w klubach, infrastrukturę, która zniechęca do treningów? Brak sprzętu?

- Niestety, tak. Jak po Soczi był napływ młodzieży, to dla chętnych do treningu dzieci brakowało łyżew. My jako związek nie jesteśmy w stanie wyposażyć kluby w sprzęt.

Dużo ich mamy w kraju?

- Jest sześć ośrodków – Tomaszów Mazowiecki, Zakopane, Sanok, Elbląg, Lubin i Warszawa ze Stegnami, gdzie powstaje chyba najwięcej nowych klubów, bo i na Wilanowie, i w Grodzisku Mazowieckim, i w Milanówku, wszędzie tam się dużo dzieci zgłasza - a klubów, licząc z short trackiem, jest w sumie aż 56.

I obserwujemy w nich takie sceny, jak kilkanaście lat temu w klubach skoków narciarskich, kiedy na fali małoszymanii zgłaszało się tak dużo dzieci, że ustawiały się w kolejce i jak jedno skoczyło, to oddawało sprzęt następnemu?

- Dokładnie tak to wygląda. Tylko że u nas współcześnie, a w skokach dawno temu.