Kraków 2022: igrzyska dobrej woli

Rozumiem olimpijski sen o promocji Małopolski, o zakopiance jak niemiecka autostrada, o trasach i halach dla polskiego sportu. Ale naprawdę nie da się tego zrobić bez płacenia haraczu władcom igrzysk? - pisze dziennikarz Sport.pl Paweł Wilkowicz.

Od teraz to już oficjalne, postanowione i na razie nieodwracalne: walczymy o zimowe igrzyska. Drugi raz, po niesławnej kampanii olimpijskiej Zakopanego, które chciało mieć pod Tatrami olimpiadę 2006. Walczymy. My, bo choć kandyduje formalnie Kraków z Zakopanem i Słowakami z Jasnej, to gwarancje będzie musiał dać w imieniu nas wszystkich rząd, z budżetu centralnego. Gwarancje, że pokryje konieczne wydatki, liczone w miliardach złotych. Na razie dał gwarancje dotyczące kwestii technicznych, a nie finansowych. Ale i na to przyjdzie czas, jeśli w przyszłym roku Kraków 2022 z miasta zgłaszającego się do kandydowania stanie się miastem kandydującym (może się nie stać, MKOl może odrzucić wniosek już na wstępnym etapie).

Kto nie umie marzyć

Prezydent Jacek Majchrowski mówił przy okazji ogłaszania tej kandydatury, że projekt popiera 68 procent mieszkańców Krakowa, a ci, którzy nie popierają - dał do zrozumienia - nie wierzą w powodzenie, bo tak zostali nastawieni przez dziennikarzy, ludzi małej wiary. To, że taka moralna maczuga się pojawi: "nie chcesz igrzysk, czyli nie umiesz marzyć", było więcej niż pewne. Ale ani prezydent, ani minister sportu Joanna Mucha, ani posłanka Jagna Marczułajtis-Walczak, która ten projekt pilotuje, nie powiedzieli w czwartek nic, co by to nastawienie zmieniło. Co by dało wiarę nie w szanse pokonania Oslo, Monachium czy Ałmat w wyścigu o igrzyska. Bo może jakieś szanse są, nawet jeśli samo Monachium ma już na walkę wyborczą odłożoną równowartość blisko ćwierć miliarda złotych, a Kraków na promocję odłożył 22,5 mln. Polsko-ukraińskiej kampanii o Euro 2012 też nie dawano szans, a się udało. Ale tu chodzi raczej o wiarę w to, że za tym pomysłem stoi jakaś idea, na którą w wypadku zwycięstwa naprawdę warto będzie wydać 20 miliardów złotych. Bo tyle mniej więcej kosztują dziś zimowe igrzyska w krajach, które nie muszą nadrabiać innych braków wystawnością, jak teraz Rosjanie w Soczi. Tyle wydało Vancouver na igrzyska 2010, które miały unowocześnić miasto i położony w pobliżu wielki ośrodek sportów zimowych, czyli Whistler. I udowodnić mieszkańcom miasta, którzy sami siebie mieli za smutasów bez polotu, że potrafią się bawić i działać razem.

Igrzyska w ziemniakach, mundial na piasku

Nie usłyszeliśmy jeszcze od pomysłodawców szacunku kosztów - poza 5 miliardami, które tak czy owak trzeba wydać na koszty organizacyjne, nie licząc inwestycji w infrastrukturę - bo Jagna Marczułajtis-Walczak mówi, że na to za wcześnie, nie chciałaby być później łapana za słowo, jeśli się okaże, że koszty jednak wzrosną. Ale przede wszystkim nie usłyszeliśmy, jaką wizję mają ludzie stojący za pomysłem Kraków 2022. A to będą przecież wyjątkowe igrzyska: po rosyjskiej olimpiadzie luksusu w 2014, w zbudowanym na nowo Soczi, po koreańskiej olimpiadzie z próbówki w 2018, w ośrodku Alpensia wzniesionym od podstaw tam, gdzie wcześniej były pola ziemniaków. I wreszcie kilka tygodni po albo cztery miesiące przed - to zależy jaki FIFA wybierze wariant - mundialem w Katarze, ufundowanym na piasku.

Wszystko wskazuje na to, że 2022 to będzie rok próby dla sportu: idziemy dalej w budowę sztucznych światów i wielkie imprezy za wszelką cenę, jak w Soczi, Pyeongchang, Katarze, czy zawracamy bliżej tego, co kiedyś wymyślił baron Pierre de Coubertin.

Zmora bobslejowa

Kraków nie pasuje ani do jednego, ani do drugiego wariantu. Nie przelicytuje Soczi i Kataru, z wiadomych powodów. Ale nie przedstawi się też jako kandydatura oszczędna, taka na nowe romantyczne czasy, igrzyska ducha, a nie portfela. Bo bez pustoszenia portfela się nie obejdzie, właściwie niczego jeszcze dzisiaj te igrzyska nie mają poza nową halą w Krakowie, Wielką Krokwią i trasami alpejskimi na Słowacji. Kraków nie uwiedzie rozmachem jak jego rywal Ałmaty, bo władca Kazachstanu jest gotowy zapłacić każdą cenę za uwiarygodnienie się w świecie. Ale nie wygra też licytacji na romantyzm i ducha sportu z Oslo, gdzie jest i wiele gotowych obiektów, i tłumy na nich. Ani z Monachium, otoczonym przez pomniki sportów zimowych: skocznię w Garmisch-Partenkirchen i tamtejsze trasy alpejskie, trasy biatlonowe w Ruhpolding, tor bobslejowy w Koenigssee (zmora gospodarza każdych igrzysk, bo kosztuje krocie i nigdy się nie spłaca). Wszystkie nowoczesne i oblegane. Igrzyska to będzie okazja, by je jeszcze unowocześnić, zaprosić na olimpijską zabawę której i w Oslo, i Monachium nie było od bardzo dawna.

Pigułka szczęścia

Co poza dobrą wolą i cierpliwością - bo Jagna Marczułajtis-Walczak przyznała, że liczy się z tym, iż za pierwszym razem się nie uda - mamy my? Czy ta olimpiada ma zamienić Zakopane w mekkę narciarstwa klasycznego? Gdyby nią chciało być, to już by przecież było, ale zawsze ważniejsze były działki. Ma podnieść polski sport zimowy? Przecież nigdy nie miał się lepiej niż teraz. Ma wypromować Kraków? Ale przecież to miasto turystycznego sukcesu. Ma pozostawić po sobie zakopiankę szeroką jak autostrady pod Berlinem? Te 20 mld to jednak trochę wygórowana cena. Ma pokazać w świecie, że Polak potrafi, mówi językami, umie się bawić? Już to pokazaliśmy przy okazji Euro 2012, czy musimy o tym przypominać co dziesięć lat?

Nie żałuję ani złotówki wydanej na Euro 2012, nie zostały po nim, wbrew obawom, opuszczone pomniki rozrzutności, przygotowania udało się wpleść w plany przebudowy i rozbudowy, która i tak była nieunikniona. Wyszło drogo, ale powiedzmy, że ten raz pozwoliliśmy sobie na pigułkę szczęścia, doping do działania. Następną może niech kupią inni, skoro są chętni. I nie mówcie, że to jest brak wiary. To jest dowód wiary: w to, że doszliśmy już do tego, by wszystko, czego brakuje, budować bez takich pigułek.

Więcej o: