Tajner: W Adama wierzę zawsze

- Wiele osób przekreśliło mnie i przede wszystkim Adama. Kochać nie przestano za to, co zrobił, ale wiary w medal, i to złoty, było niewiele - mówi trener Apoloniusz Tajner.

Robert Błoński: Jak się Pan czuje?

Apoloniusz Tajner: Jak przekłuty worek, który wcześniej - do granic możliwości - wypełniony był powietrzem. Strasznie mi ulżyło, zeszło ze mnie całe napięcie. Jestem szczęśliwy, że wszystko tak się skończyło, że tak nam się udało, że osiągnęliśmy wielki sukces. A gwarancji nie było żadnych.

A jak Pan się czuł przed konkursem?

- Wiedziałem doskonale, że Adam ma w sobie to "coś". Wiedziałem, że w każdej chwili może wygrać. Jednak i ten Hautamaeki był piekielnie mocny. Przed sobotą Adam nie mógł go pokonać, ale on żadnego z tych skoków treningowych nie potraktował jak zawodów. Ciągle coś sprawdzaliśmy - a to kombinezony, a to sprzęt, a to poprawialiśmy technikę, układaliśmy optymalne kąty. Każdy skok był próbą czegoś. Na zawody Adam szedł przygotowany perfekcyjnie.

Skok treningowy dał Panu wiarę w złoty medal?

- Nabrałem przekonania, że Adam może zwyciężyć. Bo zademonstrował taką dynamikę, że ho, ho. Wcześniej tego nie widziałem. Zadziwił mnie i pomyślałem, że będzie dobrze. Ja zresztą nie wymagałem, by wcześniej skakał na całego. Powoli to wszystko się układało. Kombinezony, technika, odbicie... Eksplozja nastąpiła w najlepszym momencie. To efekt tych ostatnich trzech tygodni.

Ja zresztą w Adama wierzę zawsze. Teraz też tak było, liczyłem na medal. Ale złoty? No, nie wiem. Jeszcze kilka tygodni temu, gdybym tak mówił, wyszedłbym - najłagodniej mówiąc - na naiwniaka. Wtedy taka ślepa wiara byłaby głupotą. Jednak w tym sezonie Adam parę razy był blisko wygranej, zawsze jednak ktoś okazywał się lepszy, ktoś wyskakiwał przed niego. Teraz myślałem, że może być tak samo. Na szczęście nie było. Hautamaeki był rewelacyjny, ale Adam okazał się lepszy. Wtedy nie miał błysku, teraz ma.

Jak Pan przeżywał konkurs?

- Stałem spokojnie i patrzyłem. To, co mnie zaszokowało i na zawsze utkwi w pamięci, to reakcja Piotrka Fijasa, który stał koło mnie. Padliśmy sobie po skoku Adama w ramiona. A on nagle chwycił mnie i śmignął wysoko do góry. Tak nie zachowywał się nigdy. Ale radość była ogromna. Te 136 metrów to była odległość nieosiągalna dla innych. Rozbieg był za niski. A powinien być jeszcze niższy. Po pierwszej serii sędziowie powinni go obniżyć, bo aż dwóch zawodników przekroczyło odległość jury.

Wzruszył się Pan?

- Nie było czasu. Łzy nie popłynęły po policzku, ale w gardle parę razy mnie ścisnęło. Poza tym ciągle dzwonił telefon. Rozmawiałem trzy razy z minister Łybacką, która chciała pogratulować także Adamowi. Już w hotelu zadzwonił prezydent Kwaśniewski, był telefon z gratulacjami także z kancelarii premiera Millera.

Kiedy radość była większa - teraz czy w Lahti?

- Chyba w Lahti. Tam były pierwsze medale - srebrny i złoty. Przeżywaliśmy takie sukcesy po raz pierwszy. Były one oczekiwane. A tu to zwycięstwo przyszło niespodziewanie. Była inna sytuacja wyjściowa. Odsuwaliśmy od Adama świadomość, że jest faworytem. Mówiliśmy wręcz, że nie jest.

Adamowi lepiej smakuje ten medal.

- I nie dziwię się. On jest niezłym kawalarzem. Jednak zrobił wszystkim psikusa!

Po takim sukcesie jest Pan nadspodziewanie spokojny...

- Bo to już piąty medal Adama, inaczej go traktuję... Przyzwyczaiłem się (śmiech). Na pewno teraz była mniejsza presja, mniejsze oczekiwania. Ja już czułem, że wszystko wokół nas trochę się uspokoiło. Wiele osób przekreśliło mnie i przede wszystkim Adama. Kochać nie przestano za to, co zrobił, ale wiary w medal, i to złoty, było niewiele.

Jednak już we Włoszech skakał lepiej i lepiej.

- Tak. Ale to Hautamaeki skakał jak "nakręcony". Jego pech, że trafił na Adama, który był... jeszcze bardziej "nakręcony". Poza tym jak cień wisiał nad nami Hannawald. To świetny zawodnik, nigdy nie wiadomo, co z nim będzie. Tu miał kiepski trening, skakał źle. To nie mogła być "podpucha", skoczkowie tego nie robią, nie psują specjalnie swoich skoków, by oszukać rywali, bo sami sobie mogą czymś takim zrobić krzywdę. Widziałem, że Hannawaldowi coś się nie udaje, ale cały czas czuliśmy respekt.

Adam skakał w Predazzo w innym kombinezonie, niż ostatnio trenował.

- My mu niczego nie narzucamy, raczej staramy się pomagać. Nie traktujemy go jako robota bezwiednie wykonującego polecenia. On ma wspaniałe wyczucie. Rozmawiamy o tym, przyjmujemy swoje sugestie, ale wszystko jest pod kontrolą. W Predazzo, kiedy wieje z tyłu, kombinezon z tymi paskami nie ma tak wielkiego znaczenia, jak wtedy, kiedy wieje pod narty.

Wie Pan, dlaczego się udało przywrócić błysk Adamowi?

- Nie wiem. W skokach do końca wszystkiego nie da się wytłumaczyć. Na pewno bardzo w to wierzyliśmy. Plan przygotowań opracowany był starannie. Tylko jakiś głupol mógłby postępować na chybił trafił. Byłem przekonany, że robimy dobrze. Mówiłem przed mistrzostwami, że sumienie trenerskie mam czyste. Jednak sam, do końca, nie wiedziałem, jak to wszystko się skończy.

Ryzyko z wyjazdem do Ramsau i rezygnacją ze startów w Willingen było spore...

- Było. Jednak musieliśmy tak postąpić. Musieliśmy zrobić przerwę. Bo przyszedł moment, w którym przestaliśmy wierzyć, że jeden skok może odmienić Adama. A takie złudzenia mogliśmy mieć po Turnieju Czterech Skoczni. Czekaliśmy z przerwą do ostatniej chwili, bo gdybyśmy wyłączyli go ze startów wcześniej, wtedy forma mogłaby przyjść za szybko. A teraz jest nadzieja, i to spora, że Adam utrzyma to do końca sezonu i że powalczy o Puchar Świata. Jechanie do Willingen i kolejne ciułanie punktów by tylko zaszkodziło, bo potem nie byłoby czasu na przygotowania.

Jednak pamiętam, jak po konkursie w Zakopanem rozmawiałem z prezydentem Kwaśniewskim. Powiedział wtedy, że musimy zrobić coś, co wstrząśnie Adamem, opinią publiczną, coś, co spowoduje szum w mediach, by było głośno, by się obudzić. I ta rezygnacja z Willingen, którą już wtedy planowaliśmy, była właśnie takim wstrząsem. Woda została wzburzona.

A gdyby Adam przegrał?

- No to co by się stało? To tylko sport. Jakież mógłbym ponieść konsekwencje? Przecież to wszystko to kolos na glinianych nogach. Ten kolos to Adam. A reszta? Nie ma skoczków, nie ma trenerów, nie ma skoczni.

Zdaje Pan sobie sprawę, że razem z Adamem Pan przechodzi do historii polskiego sportu?

- Nie myślę o tym. Ja nauczyłem się oddzielać trenera Apoloniusza Tajnera od człowieka Apoloniusza Tajnera. Gdybym tego nie umiał, dawno bym zwariował. Jako trener jestem szczęśliwy, jako normalny człowiek nic się nie zmieniło.

W piątek konkurs na średniej skoczni.

- Tam o wszystkim decyduje moc i dynamika. Adam więc wydaje się być jeszcze większym faworytem niż teraz. Jednak niczego nie wiadomo na pewno...

W piątkowym konkursie, jako że Adam broni tytułu mistrza świata, wystąpi pięciu polskich zawodników. Za dwa lata w Oberstdorfie piątka będzie mogła wystartować także na dużej skoczni...

- I daj Boże, żeby w Niemczech i na średniej skakało pięciu. Bo to oznaczałoby, że Adam znowu ma bronić tytułu.

Czy premie za medale w Predazzo są ustalone?

- Niech mnie Pan nie denerwuje. Szkoda psuć tak miły wieczór.

Jak to?

- O żadnych pieniądzach nie rozmawialiśmy. Bo nie ma o czym. Prezes Włodarczyk nie wywiązał się z tego, co obiecał na olimpiadzie. Kilka razy powiedział wtedy, w obecności dziennikarzy, że zapłaci tyle samo, co Polski Komitet Olimpijski. Adam, za dwa medale, dostał od PKOl 110 tys. zł, ja - 60 tys. A z Polskiego Związku Narciarskiego nic. Nie chcę się o nic upominać, tylko niech na drugi raz prezes nic nie obiecuje. Związek ma sponsorów, my ich przyciągamy, ale dla nas pieniędzy nie ma. Pracujemy bez kontraktów, płaci nam ministerstwo. Ta praca to nie jest ani moje, ani nikogo z grupy finansowe "być albo nie być". Poświęcamy się temu bez reszty, bo to bardzo lubimy.