Łyżwiarstwo szybkie. Prezes Kowalczyk: Infrastruktura gorsza niż na Białorusi, a zawodnicy gonią Rosjan i Holendrów

- Z olbrzymią odpowiedzialnością powiem, że jesteśmy jednym z najmocniejszych krajów świata w łyżwiarstwie szybkim, a nie mamy w kraju lodowiska stwarzającego warunki do normalnej pracy. Z zazdrością patrzymy choćby na białoruski Mińsk. Nie chcemy luksusów, chcemy dachu, chcemy wydłużenia sezonu, bo świat zaczyna jeździć już w lipcu, a my w grudniu - mówi prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Kazimierz Kowalczyk. Szef panczenistów zdradza, że coraz lepsze wyniki nasi zawodnicy zawdzięczają m.in. współpracy z legendarnym Jeremym Wotherspoonem.

Łukasz Jachimiak: Artur Waś drugi w Heerenveen w biegu na 500 m, Zbigniew Bródka trzeci w Astanie w rywalizacji na 1500 m, Konrad Niedźwiedzki czwarty na tym dystansie w Heerenveen i w Kołomnie, zespół w składzie: Bródka, Niedźwiedzki i Jan Szymański piąty w rywalizacji drużynowej na rosyjskim torze, a drużyna kobiet czwarta w Kazachstanie. Czy wyniki uzyskiwane przez naszych panczenistów w bieżącym sezonie Pucharu Świata stawiają ich w gronie faworytów do olimpijskich medali w Soczi, w lutym 2014 roku?

Kazimierz Kowalczyk: Mamy czterech mężczyzn jeżdżących bardzo dobrze, równie dobrze spisuje się drużyna kobiet, bo w formie są i Natalia Czerwonka, i Luiza Złotkowska, i Katarzyna Bachleda-Curuś, i Katarzyna Woźniak. Drużyna z nich złożona jest trochę mocniejsza od tej, jaką tworzą mężczyźni, za to panowie lepiej spisują się indywidualnie. Rywalizacja drużynowa jest specyficzna, gdyby bezpośrednio dało się przenieść wyniki indywidualne do tej konkurencji, to mamy trzech zawodników z czołowej "dziesiątki" świata, więc po Holendrach i Rosjanach mielibyśmy pewne trzecie miejsce. Ale tu trzeba czasu, żeby zawodnicy się zgrali, nad tym pracuje z nimi trener Wiesław Kmiecik. Są pewne trudności, bo podstawowy zawodnik drużyny, Konrad Niedźwiedzki, nie przebywa z nią stale, a to dlatego, że jest zawodnikiem holenderskiej zawodowej grupy. Ale trener organizuje im specjalne, wspólne treningi, żeby drużynę doprowadzić do poziomu, który powinna prezentować. Powtarzam jeszcze raz - zawodnicy, którzy w PŚ zajmują miejsca czwarte i piąte, trzecie i siódme, wspólnie powinni z automatu walczyć o podium. Ale sport to nie automat, tu trzeba zgrać zespół, dużo wspólnie trenować. Teraz grupa jest razem na zgrupowaniu w Zakopanem, wystartuje na akademickich mistrzostwach świata, a później w mistrzostwach Europy, wierzę, że będzie się cały czas poprawiać, że w tej światowej czołówce na dobre się zadomowi.

Zdąży to zrobić przed igrzyskami w Soczi?

- Od dłuższego czasu wszystkim mówię, że nasi chłopcy mają ogromny potencjał. Może o medalach jeszcze nie powinno się rozmawiać, bo najpierw trzeba się na igrzyska zakwalifikować, a kwalifikacje odbędą się dopiero w przyszłym sezonie, ale na pewno mamy zawodników będących w stanie walczyć o najwyższe miejsca na igrzyskach. Weźmy Wasia, przecież on na wszystkich zawodach osiąga czasy, które mogą mu dać miejsca medalowe, łącznie z pierwszym. Ma olbrzymie szanse. Tak samo Bródka, Niedźwiedzki i Szymański, którzy swoimi miejscami w Pucharze Świata potwierdzają najwyższe aspiracje. Wierzę, że pokażą je w marcu, właśnie w Soczi, gdzie odbędą się mistrzostwa świata na dystansach, będące jednocześnie próbą przedolimpijską. Jestem daleki od tego, żeby bez uzasadnienia cokolwiek obiecywać, ale obserwuję pracę i zaangażowanie naszych zawodników oraz trenerów i wiem, że mamy grupę profesjonalistów, która na igrzyskach będzie walczyła z najlepszymi.

Mistrzostw świata zapewne nie obejrzymy w żadnej z dostępnych w kraju stacji telewizyjnych?

- To jest mój największy ból. Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego za cel strategiczny na ten sezon postawił sobie zdecydowaną poprawę promocji dyscypliny w mediach. Moim zdaniem to nieporozumienie, że tak mało mówi się o dyscyplinie, która w tej chwili w sportach zimowych zdecydowanie bryluje. Niestety, telewizja państwowa jest tak naprawdę telewizją komercyjną, bez złotówki niczego się w niej nie osiągnie. Ten problem trzeba publicznie przedstawiać, trzeba podkreślać, że telewizja powinna zajmować się dyscyplinami, w których Polacy osiągają sukcesy. Prawda jest taka, że prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego nie zapewni transmisji, jeśli nie zapłaci telewizji. Wykonuję różne ruchy, które przyczyniają się do popularyzacji naszej dyscypliny. Na Pucharze Świata w Heerenveen mieliśmy dziennikarza telewizyjnego, dzięki temu w telewizji ukazało się 12 materiałów z tych zawodów. Na mistrzostwach Polski, które między świętami a Nowym Rokiem odbędą się w Warszawie, telewizja będzie obecna, bo podpisujemy z nią umowę i płacimy za to. Chcemy informować kibiców o naszych wynikach, uważamy, że warto przekazywać newsy z zawodów, w których wystartują czołowi zawodnicy świata. Na mistrzostwach nie zabraknie żadnej z naszych gwiazd, a ich rywalizację na żywo będziemy transmitować w internecie. Związek naprawdę robi wszystko, co może. Do dziennikarzy różnych mediów wysyłamy pisma z prośbą o przekazanie kibicom informacji, że mistrzostwa odbędą się w terminie 28-30 grudnia na warszawskich Stegnach. Niech ludzie wiedzą, że będą mogli zobaczyć naszych łyżwiarzy.

Jest szansa, że związek wystara się wreszcie o zbudowanie w Polsce toru, na którym mogliby trenować nasi reprezentanci i który mógłby gościć zawody Pucharu Świata?

- Prezesem jestem długo [od 1986 roku], najdłużej w Polsce sprawuję tę funkcję społecznie, jestem człowiekiem doświadczonym i wiem, że naszym głównym zadaniem jest nadal przykrycie jednego z polskich lodowisk. Najbliżej tego jest Warszawa, która wydała spore pieniądze na pierwszy etap przykrycia toru. W stolicy wykonano nowe orurowanie toru, zmieniono system chłodzenia na bezpieczny, oszczędniejszy i możliwy do zastosowania w hali, kupiono maszyny do robienia lodu, tzw. rolby, które powinny pracować na lodowisku krytym, do hali dostosowano oświetlenie i po tym wszystkim zdjęto z planu drugi etap budowy hali. Związek robi wszystko, co tylko jest możliwe, żeby ta inwestycja wróciła, mamy poparcie minister Joanny Muchy, ale potrzebna jest decyzja pani prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz albo decyzje innych miast, np. Zakopanego, Tomaszowa Mazowieckiego. Jeżeli uznajemy, że łyżwiarstwo szybkie to dyscyplina z szansami na sukcesy olimpijskie, to musimy zabezpieczyć chociaż jedno kryte lodowisko. Wokół nas pobudowali je wszyscy. Nie mówię o Skandynawii czy Holandii, w której jest co najmniej pięć takich obiektów na najwyższym, światowym poziomie, ale spójrzmy na Niemców, którzy mają trzy hale, na białoruski Mińsk, gdzie nie ma jeszcze łyżwiarstwa, ale już jest przecudny obiekt. A my musimy wyjeżdżać z kraju i płacić ciężkie pieniądze. Jeszcze smutniejsze jest to, że jeździmy na kryte hale do Erfurtu, Berlina, Mińska czy do Heerenveen nie tylko wtedy, kiedy jest ciepło. Musimy wyjeżdżać też wtedy, kiedy już spokojnie można by było mrozić lód w Polsce. Szlag trafia, że to się robi dopiero w grudniu. Warszawa nam w tym roku bardzo pomogła, zamroziła lód stosunkowo wcześnie, ale Zakopane zrobiło to dopiero przed kilkoma dniami, podobnie jak Tomaszów Mazowiecki. Rozumiem, że wszystkim brakuje pieniędzy, ale Centralny Ośrodek Sportu bezwzględnie powinien zabezpieczyć obiekt w stosownym czasie, zwłaszcza że w Zakopanem jest lodowisko, które pozwala osiągać szybkości zbliżone do tych, jakie uzyskuje się w hali, treningi na nim są więc dla nas szczególnie ważne, bo tam można ćwiczyć, używając podobnej techniki jak na krytych lodowiskach.

Ile kosztuje wysłanie jednego zawodnika na kilka dni treningów do Berlina albo Mińska?

- Brak możliwości treningu w kraju jest szczególnie trudny dla zawodników, a nie dla związku, bo finanse nie są najważniejsze. Dużo gorzej, że sportowców pozbawia się możliwości studiowania, normalnego spędzania czasu z rodzinami. A najgorzej, że po powrocie z takiego treningu w Polsce nie mamy możliwości jazdy na podobnym lodzie. W Polsce są teraz mrozy, proszę sobie wyobrazić, jak się trenuje w temperaturze plus 15, a jak w temperaturze minus 10 stopni Celsjusza. Już nawet nie mówię o tym, że lód pozwala osiągać zupełnie inną szybkość, ale przecież inaczej się trzeba ubrać, można się rozchorować. Przykro mi, że tak to wygląda, zwłaszcza że jeśli jeździ się po całym świecie i korzysta z gościnności, to u siebie też trzeba organizować zawody. Za mojej prezesury zorganizowaliśmy w Warszawie wszystkie najważniejsze imprezy międzynarodowe, jakie można było zrobić na torze otwartym - Puchar Świata, mistrzostwa świata na dystansach i w wieloboju, mistrzostwa świata juniorów, a teraz skupiamy się na organizacji imprez w short-tracku, w lutym odbędą się na Torwarze mistrzostwa świata juniorów. Ale na tym nie wolno poprzestać. W Warszawie musi powstać kryte lodowisko z prawdziwego zdarzenia, bo taka hala mogłaby stanowić ośrodek wszystkich sportów lodowych. W Mińsku trenują panczeniści, hokeiści, łyżwiarze figurowi i zawodnicy curlingu. Taki jeden obiekt może zabezpieczyć warunki do pracy przedstawicielom kilku dyscyplin zimowych, którzy mogą zdobyć mnóstwo medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Na Białorusi władze zwyczajnie zaplanowały sobie, że łyżwiarstwo będzie w ich kraju dyscypliną wiodącą, stworzyły sportowcom warunki do walki z najlepszymi na świecie. Z olbrzymią odpowiedzialnością powiem, że jesteśmy jednym z najmocniejszych krajów świata w łyżwiarstwie szybkim i pod względem poziomu sportowego, i liczby trenujących zawodników. Daleko do nas Niemcom, którzy mają trzy lodowiska, mamy więcej łyżwiarzy niż Francja, Włochy, Wielka Brytania, a jesteśmy ostatnim krajem z czołówki światowej bez lodowiska stwarzającego warunki do normalnej pracy. Czy to nie starcza za argumenty do przykrycia jednego toru w kraju? My nie chcemy luksusów, chcemy dachu, chcemy wydłużenia sezonu, bo świat zaczyna jeździć już w lipcu, a my w grudniu. Świat nam w końcu ucieknie.

Ten świat gonimy, m.in. wysyłając zawodników do akademii w Inzell. Jak to się stało, że pod okiem legendarnego Kanadyjczyka Jeremy'ego Wotherspoona trenują Artur Waś i Maciej Biega?

- Wotherspoon to rzeczywiście legenda, wielokrotny mistrz i rekordzista świata, wicemistrz olimpijski, a teraz jeden z najwspanialszych trenerów na świecie. Związek zabezpieczył środki, a Waś porozumiał się z Wotherspoonem, zaufał mu bez reszty i podjął się realizacji jego założeń. My doceniliśmy to, opłaciliśmy jego pobyt w akademii, mało tego wysłaliśmy Wasiowi kolegę. Biega miał trenować w Inzell do końca listopada, przedłużyliśmy mu pobyt tam do końca sezonu, bo widzimy coraz lepsze efekty. Mamy nadzieję, że te efekty wkrótce zauważą wszyscy.

Chce pan powiedzieć, że w przypadku panczenistów może się powtórzyć historia Justyny Kowalczyk, której starty TVP zaczęła regularnie pokazywać dopiero po pierwszych, wielkich sukcesach?

- Justynka jest wyjątkowa, znam ją, wiem, jak się mobilizuje, jaki ma charakter, widziałem, co potrafi na igrzyskach w Vancouver, gdzie pojechałem jako szef naszej misji olimpijskiej i muszę powiedzieć, że w naszych zawodnikach widzę coś z Justyny. Oni naprawdę coraz poważniej podchodzą do swojego treningu i do startów, wymagają od siebie coraz więcej. A jeśli doczekają się krytego toru w kraju, to moim zdaniem powtórzą chociaż część sukcesów naszej największej gwiazdy sportów zimowych.

Więcej o: