Święto śnieżnej gimnastyki. Freestyle to nie zabawa dla dzikusów

- Dzisiejsze zawody pokazują, że tak zwane niszowe sporty mogą się podobać Polakom - zapewnia Michał Ligocki, dwukrotny olimpijczyk i gwiazda imprezy Burnin' Snow w Szczyrku. Na zbudowanej specjalnie skoczni swoje umiejętności zaprezentowali zarówno snowboardziści, jak i narciarze freestylowi. Mimo 18-stopniowego mrozu nie zawiodła publiczność. Fani tańczyli, śpiewali i dopingowali zawodników. - Mamo, a kiedy będzie skakał Małysz? - zapytał mały, zmarznięty chłopiec.

W odróżnieniu od skoczków narciarskich freestylowcy nie tylko muszą się wysoko wybić i poprawnie wylądować, ale w locie popisują się trikami - od salt po obroty wokół własnej osi. - My bardziej niż skoczkami jesteśmy gimnastykami, tylko że na desce lub nartach - tłumaczył obrazowo Bartek Sibiga, student informatyki, zwycięzca wśród narciarzy. Snowboardową konkurencję wygrał Piotr Janosz z teamu głównego sponsora imprezy. - Pokazaliśmy, że freestyle to nie dyscyplina dzikusów, ale wszystko w naszych trikach ma ręce i nogi - żartował Janosz po odebraniu nagrody.

Ligocki: - Szczyrk pokazał, że imprezy na światowym poziomie można robić także w Polsce.

Pierwszy raz w historii Burnin' Snow należał do prestiżowego cyklu Ticket to Ride. W weekend rozegrano siedem podobnych imprez i tylko dwie były wyżej punktowane niż ta w Szczyrku. W puli nagród znalazło się 25 tys. złotych, najlepszy snowboardzista zgarnął czek na 7,5 tys.

Więcej o: