"Boję się tego miejsca na trasie, tato". Zaryzykował. Potem był tylko głuchy dźwięk uderzenia w słup

W lutym minęło 10 lat od tragicznej śmierci na najszybszym torze saneczkarskim na świecie w Vancouver. Swój ostatni treningowy przejazd na igrzyskach Nodar Kumaritaszwili zakończył o jeden zakręt za wcześnie. Gruzin wypadł z niego przy prędkości ponad 144 kilometrów na godzinę. - Weekend wcześniej graliśmy ze sobą w ping ponga, mieszkaliśmy w tym samym pokoju - wspomina dla Sport.pl polski saneczkarz Maciej Kurowski.

Tydzień z... to cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 25 do 31 maja piszemy o tragicznych wypadkach, które zabrały życie sportowców w czasie uprawiania swojego ukochanego sportu.

Zobacz wideo Restart ekstraklasy. "Najważniejsze, że powoli wracamy do normalności"

12 lutego, ostatnie godziny do ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Vancouver i pierwszego dnia startów. W tym jedynek saneczkarzy. Nodar Kumaritaszwili ukończył pierwszy przejazd treningowy, ale był po nim nerwowy. - Boję się tego miejsca na trasie, tato. Jest cholernie szybkie, ale udźwignę to - mówił Nodar Kumaritaszwili niedługo przed ostatnim treningiem na torze swojemu ojcu, który opowiadał o rozmowie dla ABC News. Doradzał mu, żeby hamować, nie ryzykować, jeśli tego nie czuje. Nodar był jednak przekonany, że ryzyko się opłaci. - Będzie, co będzie - stwierdził.

Głuchy dźwięk uderzenia o słup

Kilkadziesiąt minut później Gruzin znów pojawił się na torze podczas ostatniej sesji przed startem. Przejechał spokojnie przez jedenaście pierwszych zakrętów. Czas był solidny, ale przyszła pora na najszybszą partię toru. W dwunasty zakręt wszedł już szybciej, a za trzynastym rozpędził się do 144 kilometrów na godzinę. Niestety, stracił kontrolę. W czternastym wypadł z rynny.

 

W przekazie telewizyjnym z treningu da się usłyszeć głuchy dźwięk uderzenia Kumaritaszwiliego w metalowy słup podtrzymujący konstrukcję dachu nad torem. Przeraża jeszcze bardziej od widoku osuwającego się ciała zawodnika, który przez kilka minut był reanimowany na miejscu, a później w karetce. Na twarzach trenerów czekających na mecie widać strach i konsternację. Słychać szepty: “O mój Boże, to niemożliwe”. Nie ma wśród nich Felixa, jego trenera i wujka. Pobiegł szukać drogi, żeby znaleźć się jak najbliżej walczącego o życie Nodara. Niedługo po Kumaritaszwilim miał startować jego rodak, Lewan Gureszidze. Widział, co się stało. W kolejnych minutach relacji słychać, jak obsłudze zawodów przekazano przez krótkofalówkę, żeby pozwolić mu zejść na dół ze startu. Wkrótce Gruzin wycofał się z igrzysk.

Szef komitetu organizacyjnego igrzysk: “Poczułem się jakbym stracił syna”

John Furlong, przewodniczący komitetu organizacyjnego igrzysk w książce “Patriot Hearts” opisał chwilę, w której dowiedział się o wypadku. - Siedziałem w swoim biurze. Było po 10 rano i zaczynałem myśleć o ceremonii otwarcia, która miała się zacząć o 18. Dostałem telefon od Dave’a Cobba ze sztabu. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak, bo mówił zupełnie innym tonem głosu. Przekazał mi informacje o wypadku, kończąc zdaniem: “Nodar ma niewielkie szanse na przeżycie”. Kilka minut siedziałem w bezruchu. W takiej chwili człowiek zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, ale też zwyczajnie zastanawia się, kim była ta osoba, jakie miała własne, olimpijskie marzenie? - opisuje Furlong.

- Przed oczami przeleciały mi wszystkie moje wspomnienia związane ze moimi rodzinnymi tragediami. Mimo wszystko zacząłem myśleć nad tym, jak działać i z kim się naradzić w tej sprawie. Podświadomie podjąłem decyzję, że nie zaczniemy ceremonii minutą ciszy, a uczcimy pamięć Nodara podczas pochodu wszystkich reprezentacji. Nie było oficjalnej informacji o jego śmierci, ale to wszystko już zaczęło się dziać w moich myślach. Gdzieś w sercu miałem jeszcze nadzieję, że przeżyje, ale kolejny telefon mi ją odebrał. Dave przekazał, że Nodar Kumaritaszwili zmarł. Poczułem się, jakbym stracił syna - napisał Kanadyjczyk.

Jak pocisk

Ceremonia odbyła się zgodnie z planem. Po niej krytykowano organizatorów igrzysk w Vancouver za świętowanie w chwili, gdy trzeba było pokłonić się nad życiem sportowca, który nie mógł się już cieszyć magią igrzysk. Podczas pochodu Gruzji sportowcy płakali. Głęboko poruszeni sprawą, oddali hołd Kumaritaszwiliemu. Później wypowiadali się o torze, twierdząc, że przejeżdżając nim czuli się jak pocisk. - Ja nie miałem takiego wrażenia. Pocisk zostaje wystrzelony przez osobę trzecią. Saneczkarz, zwłaszcza w jedynce jest jednak panem swojego losu. Własnym aniołem stróżem - mówi Sport.pl Maciej Kurowski, były saneczkarz i uczestnik tamtych igrzysk.

Polak dobrze znał się z Kumaritaszwilim. Mijał się z nim na niemalże każdych zawodach. - Kilka tygodni wcześniej byliśmy razem na Pucharze Świata w Altenbergu. Mieszkaliśmy w przytulnym schronisku młodzieżowym razem z gruzińską ekipą. Grywaliśmy wspólnie w ping ponga. Do zawodów w Vancouver przystępowaliśmy ze świadomością, że na tym samym torze wydarzyła się tragedia z udziałem zawodnika, którego widzieliśmy prawie codziennie. Mnie dość szybko udało się skupić na jak najlepszym wyniku sportowym. Miałem z tyłu głowy myśli o tym, co się stało, ale w tamtym momencie liczyło się to, żeby zaprezentować swoją najlepszą formę. Do dziś myślę o tym chłopaku - mówi.

Wielu kibiców szybko rozpoczęło ataki na organizatorów. Obwiniali ich za śmierć Gruzina. - Tor był używany od dwóch lat, doświadczył około pięciu tysięcy przejazdów. Zakręt był szybki, ale ten sport taki jest. Konfiguracja użyta w Vancouver niczym się nie wyróżniała - mówił cytowany przez ABC News sekretarz generalny Międzynarodowej Federacji Saneczkarstwa (FIL), Svein Romstadt. Zresztą Kumaritaszwili w trakcie swojego wypadku wcale nie pędził feralnym zakrętem najszybciej. Kurowski parę tygodni przed igrzyskami osiągnął tam 148 kilometrów na godzinę. Późniejszy mistrz olimpijski, Niemiec Felix Loch pędził tamtędy jeszcze pięć kilometrów na godzinę szybciej, był też rekordzistą toru z 2009 roku. Dziesięć dni po zdobyciu złota pojechał złożyć hołd Gruzinowi, z którym się przyjaźnił.

Otwarta trumna, wino i najbardziej medialny pogrzeb w Gruzji

Loch przyjechał na grób w jego rodzinnym mieście, gdzie kilka dni wcześniej odbył się, jak nazywali go dziennikarze, najbardziej medialny pogrzeb w Gruzji. Uczestniczyły w nim tysiące zwykłych obywateli, dla których saneczkarz stał się wzorem sportowca, ale także prezydent kraju, Micheil Saakaszwili. Przyjechały redakcje z całego świata. Zdjęcia i relacje trafiły na okładki i główne strony największych portali, gazet, czy telewizji. Niełatwo było zapomnieć o kolejnej śmierci związanej z igrzyskami olimpijskimi. Rywalizację w Vancouver znów zostały na dalszym planie, gdy informowano o uroczystości odbywającej się w Bakuriani.

 

Żeby przygotować grób sportowca, przekopano się przez warstwy śniegu, który zasypał wtedy gruzińskie miasto. Tradycyjnie "święcono" też wybrane miejsce winem. Najbardziej oddziałującą na wyobraźnię sceną jest jednak ta dostępna w filmiku na kanale YouTube telewizji NoComment, która pokazuje wielkie pogrzeby bez słów reporterów i wypowiedzi świadków. Jedynie uczestniczy w nich i rejestruje przebieg uroczystości. W tym przypadku pochód tysięcy ludzi, na czele z prawosławnymi duchownymi śpiewającymi żałobne pieśni i trzymającymi zapalone świece. Emocje budzą otwarta trumna z ciałem Kumaritaszwiliego i reakcje jego matki. Musiała zostać zaniesiona przez członków rodziny na miejsce pochówku. Tam klęczała nad trumną, zapłakując się i wciąż obejmując ciało syna. Ojciec, Dato Kumaritaszwili wcześniej chciał wyprawić ucztę weselną na cześć Nodara, twierdząc, że tego właśnie by chciał. Szybko zrozumiał, że nikt tego nie poprze. Na pogrzebie sam nie potrafił powstrzymać smutku i łez.

Tej śmierci można było uniknąć

Dziś rodzina zmarłego nikogo nie wini. Matka, chcąc jedynie by więcej osób poznało Nodara, wydała o nim książkę, która jest dostępna po gruzińsku i angielsku. Oficjalny raport wskazał, że to, co wydarzyło się na ostatnim treningu w Vancouver, było błędem Gruzina. Ale trasę skrócono, a sam wypadek spowodował, że już nigdzie nie jeździ się tak szybko. Przyczyny wypadku trener i wujek Nodara upatrywał w zaciemnieniach, które pojawiły się na trasie tylko w czasie tej sesji treningowej.

- Wjeżdżając w nie, musiał stracić czujność. Przy takiej prędkości nie mógł uniknąć utraty kontroli nad przejazdem - oceniał Felix Kumaritaszwili. - Poza tym słup, w który uderzył był zbyt nisko. Nikt go nie osłonił - zarzucał. Tej śmierci dało się uniknąć, ale złożył się na nią szereg okoliczności. W Vancouver sport siódmy raz zabrał olimpijczyka, skracając jego marzenia i życie przede wszystkim za cenę ryzyka, jakie podjął i uświadamiając wszystkim jego skalę.

Przeczytaj także:

Więcej o: