Polska medalistka olimpijska zakończyła karierę! "To była sensacja, same w to nie wierzyłyśmy"

- Po powrocie do wioski medal włożyłam pod poduszkę i w nocy sprawdzałam czy mi się nie przyśnił - mówi Luiza Złotkowska. Dziesięć lat temu wywalczyła olimpijski brąz z koleżankami z drużyny. Teraz ogłosiła zakończenie kariery. Stawanie na podium wielkich imprez tak się Złotkowskiej spodobało, że nic nie mogło jej zatrzymać. - Dwa tygodnie po operacji więzadła krzyżowego wsiadłam na rower. Na kierownicy położyłam nogę, którą od pachwiny do kostki miałam w ortezie, a drugą nogą pedałowałam - opowiada.

Wielkie rzeczy w sportowym życiu Złotkowskiej zaczęły się 27 lutego 2010 roku. Wtedy razem z Katarzyną Bachledą-Curuś i Katarzyną Woźniak sprawiła sensację, zdobywając brąz w łyżwiarstwie szybkim w drużynówce na igrzyskach w Vancouver. W dziesiątą rocznicę tego wydarzenia niespełna 34-letnia sportsmenka ogłosiła, że więcej już nie wystartuje. Przez te 10 lat Złotkowska poza brązem z Vancouver zdobyła jeszcze m.in. srebro olimpijskie na igrzyskach w Soczi w 2014 roku oraz brąz i srebro MŚ.

Zobacz wideo

Łukasz Jachimiak: Zakłada Pani jeszcze czasami sukienkę i w szpilki kupione 27 lutego 2010 roku w Vancouver, zaraz po zdobyciu pierwszego w karierze medalu igrzysk olimpijskich?

Luiza Złotkowska: Ostatnio tej sukienki szukałam i jej nie znalazłam. Prawdopodobnie jest gdzieś u mojej mamy. Na pewno ją odnajdę. Szpilki cały czas mam. Już w nich nie chodzę, bo są bardzo wysłużone, ale ich nie wyrzucę.

Szukała Pani tej sukienki, żeby ją założyć na jakąś specjalną okazję?

- Nie szukałam z powodu jakiejś okazji. Wróciły wspomnienia, to dlatego zajrzałam do szafy.

Powspominajmy. Koniec kariery ogłosiła Pani w 10. rocznicę brązu z Vancouver. Chyba więc nie muszę pytać o najważniejsze wspomnienie?

- To był najpiękniejszy dzień. Żeby go uczcić, wymyśliłyśmy z dziewczynami zakupy między zdobyciem medalu, a powrotem do wioski olimpijskiej. Każda z nas kupiła sobie suknię i szpilki i jak tylko dotarłyśmy do wioski, to dresy zmieniłyśmy na wieczorowe stroje. Witała nas cała reprezentacja, która mieszkała w Vancouver. Albo cała, która została w wiosce. Część kadry mieszkała w Whistler, a tak naprawdę tamtego dnia większość ludzi była w Whistler, bo Justyna Kowalczyk zdobywała wtedy złoto po pamiętnym finiszu z Marit Bjoergen. Ona miała być bohaterką tamtej soboty i niewątpliwie była. Całe skupienie było na niej, wszyscy pojechali ją oglądać. Z nami została garstka ludzi.

Bo Wy zrobiłyście polską wersję cudu na lodzie.

- Nie wiem czy nawet ta garstka ludzi oglądająca naszą walkę o medal w nas wierzyła. Może po prostu oni chcieli zobaczyć coś nieoczywistego.

Po startach indywidualnych byłyście chyba najmocniej krytykowanymi osobami z całej olimpijskiej kadry. I wiem, że to do Was docierało.

- Przed startem drużynowym miałyśmy zakaz czytania wszystkiego, co jest w mediach i co piszą internauci.

Dostałyście go po tym, jak już się o sobie naczytałyście?

- Dokładnie. Od pewnego momentu igrzysk żyłyśmy tylko w swoim świecie.

Po medalu miałyście satysfakcję, że może głupio zrobiło się tym, którzy nazywali Was wycieczkowiczkami?

- U mnie się za dużo nie zmieniło, bo wiedziałam ile trenowałam, jak się męczyłam, żeby być na tych igrzyskach, i że jestem w dobrej dyspozycji, a nie w takiej, jak pokazały wyniki startów indywidualnych. Ale śmieszyły mnie zachowania tych ludzi, którzy byli na miejscu i kilka dni wcześniej mówili "Ale wy słabe jesteście. Po co wy tu przyjechałyście?", a nagle podchodzili i gratulowali nam wielkiego sukcesu.

Wśród tych ludzi był ówczesny szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Piotr Nurowski.

- Tak i to pokazywało skalę niewiary w nas. Ale prezes chociaż miał klasę i przyznał się do błędu, nie udawał, że wcześniej nie powiedział tego, co powiedział. Nasz medal był sensacją dla wszystkich. Nie ma co ukrywać, że my same też w niego nie wierzyłyśmy. Chciałyśmy wygrać jeden bieg, żeby trochę podratować swoją reputację.

Wygrałyście ćwierćfinał z Rosjankami. To był piątek. I to wtedy, czekając na sobotnią walkę w strefie medalowej, uwierzyłyście, że możecie być na podium?

- Nie, ja w medal nie wierzyłam nawet gdy już go dostałam. Po powrocie do wioski olimpijskiej medal włożyłam pod poduszkę. Wiedziałam, że jak się w nocy obudzę, to pomyślę, że ten medal mi się przyśnił. Dlatego chciałam móc sprawdzić czy to się wydarzyło.

I obudziła się Pani, żeby sprawdzić?

- Tak.

Serio?

- Tak było. Włożyłam rękę pod poduszkę, poczułam, że medal jest i mogłam dalej spać spokojnie. Bardzo trudno było mi przyjąć do wiadomości, że osiągnęłam taki sukces.

To prawda, że jeszcze przed powrotem do wioski rozmawiała pani przez telefon z prezydentem Lechem Kaczyńskim?

- Tak, trener Ewa Białkowska podała mi telefon i powiedziała, że prezydent chce mi pogratulować. Wzięłam telefon, słuchałam, co prezydent mówi, ale cały czas się zastanawiałam, jaki prezydent, czego i skąd ma do mnie numer. Może teraz to jest już bardziej powszechne, że głowa państwa składa gratulacje sportowcom. Widzi się to w mediach społecznościowych.

Wpis z gratulacjami na Twitterze czy na Facebooku to jednak nie ta skala co telefon od prezydenta.

- To prawda. A okazało się, że cztery lata później też prezydent zadzwonił.

Ale telefonu od Bronisława Komorowskiego już się Pani mogła spodziewać. W Soczi byłyście mocnymi kandydatkami do podium i zdobyłyście srebro. Pewnie to ten medal był w planach, gdy latem 2006 roku Ewa Białkowska zaczęła budować polską kadrę łyżwiarek szybkich?

- Jadąc do Vancouver miałam 23 lata. W takim wieku można już odnosić sukcesy, ale jednak bardziej jeszcze się zbiera doświadczenie, uczy się po prostu. Zwłaszcza w dyscyplinach wytrzymałościowych, gdzie sukcesy przychodzą później. I tak, my wszystkie miałyśmy być najlepsze w 2014 roku w Soczi.

I byłyście. Lepsze od Was były tylko Holenderki, które generalnie były poza zasięgiem reszty świata.

- Zgadza się. Startowałyśmy w Soczi jako wicemistrzynie świata i wiceliderki Pucharu Świata. Oczekiwania były inne, musiałyśmy sprostać.

Znów zmierzyłyście się z Rosjankami. Tylko teraz w półfinale. Już nie były takie pewne siebie, jak w Vancouver, gdzie przed ćwierćfinałem z Wami podobno wybierały kolory aut, które miały obiecane za zdobycie medalu?

- Po Vancouver nabrały trochę pokory. Tym razem szykując się do startu nie widziałam już u ich trenera przygotowanych kartoników z cyferkami, żeby mógł pokazywać, jaką mają nad nami przewagę. Przy okazji opowiadania o tamtym wyścigu zawsze mówię i powtórzę jeszcze raz, że to był najtrudniejszy, najbardziej stresujący bieg w moim życiu.

Dlaczego?

- Wiedziałam, że cała hala jest przeciwko nam, włącznie z obecnym na trybunach Władimirem Putinem. Było pewne, że Rosjanki będą gryzły lód, żeby wejść do finału. Wiedziałam też, że na nas już się inaczej patrzy, że się od nas dużo wymaga. W Vancouver był wielki, niespodziewany sukces, a w Soczi był konkretny cel - finał. Tu już nikt by się nie zachwycał, że mamy jakikolwiek medal. Sama na siebie taką presję nałożyłam. I ona była największa. Jak się to wszystko poskładało, to efekt był taki, że po komendzie "Na miejsca. Gotów!" kolana mi chodziły i myślałam, że zrobię falstart albo że sędzia nie pozwoli nam ruszyć, bo jestem rozdygotana, a przepis mówi, że po komendzie zawodnicy mają stać w bezruchu. Na szczęście poszło podobnie jak w Vancouver. Znów jedna z Rosjanek nie wytrzymała tempa, trochę została i wygrałyśmy wyraźnie.

Jazda drużynowa w łyżwiarstwie szybkim w SocziJazda drużynowa w łyżwiarstwie szybkim w Soczi Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

I wtedy poczuła Pani, że zadanie wykonane? Natomiast w Vancouver, była myśl, że wydarzyła się najbardziej niesamowita historia w Pani życiu? Jeśli tak, to brąz jest dla Pani cenniejszy od srebra?

- Tak jest. Brąz miał i zupełnie inną historię, i wielowymiarowe znaczenie. Dla mnie to było prawdziwe otwarcie kariery, to był wielki początek naszej drużyny, to też był ogromny motor napędowy dla całej dyscypliny.

Istnieje jeszcze "Bibuła Milanowska"?

- Tak. Dlaczego pan pyta?

W 2010 roku wracając z powitania Was na warszawskim lotnisku rozmawialiśmy z kolegą, że to dla Was nowy początek, że gdybyście wracały bez medalu, to dla Pani pewnie i tak na lotnisko przyjechałby człowiek z redakcji z Milanówka, gdzie Pani mieszka, ale dziennikarze z redakcji ogólnopolskich by się nie pofatygowali.

- Na pewno by tak było, to zrozumiałe. Przywitanie nas na lotnisku było w ogóle niespodziewanie uroczyste i bardzo zaskakujące w swoim formacie. Zupełnie się nie spodziewałam, że przyjedzie aż tyle osób. I dziennikarzy, i kibiców, i ludzi ważnych dla mnie od początku kariery. Był mój pierwszy trener, mój pierwszy sponsor, była moja rodzina - przyjechali wszyscy, na których mi zależało. Coś fantastycznego, taka nagroda.

Jak się zdobywa olimpijskie srebro, to czuje się niedosyt, że się nie wygrało finału? Czy nie, gdy w tym finale walczy się z rekordzistkami świata?

- W Soczi wykonałyśmy plan w stu procentach. Ale czasami myślę, co by było, gdybyśmy w tym finale pojechały inaczej, gdybyśmy nadzwyczajnie szybko wystartowały. Może byśmy zasiały w Holenderkach ziarenko niepewności. Może wtedy byłaby szansa, że się pogubią, może któraś z nich by coś wywinęła, a one są z tego znane. W normalnej rywalizacji musiały być od nas szybsze.

Nie ruszyłyście najszybciej jak mogłyście, nie podjęłyście ryzyka, bo brakowało Wam sił czy jednak taka była taktyka, że jedziecie spokojnie, normalnie?

- W finale miałyśmy w składzie Kasię Woźniak. Nie nazwałabym jej rezerwową, ale była jednak w trochę słabszej dyspozycji niż Natalia Czerwonka. Pojechała, bo uznaliśmy wszyscy w drużynie, że najważniejsze jest, żebyśmy wszystkie cztery miały medal.

Przypomnijmy: w Vancouver jechałyście we trzy z Woźniak i z Katarzyną Bachledą-Curuś, a Czerwonka była rezerwową, z której drużyna nie skorzystała. Dlatego Natalia nie dostała medalu.

- Tak, w Soczi nie mogłyśmy o tym zapomnieć.

Sytuacja z Natalią w Vancouver była dla Was dużym problemem? Wyobrażam sobie, że to musi być bardzo trudne, gdy medalu nie dostaje ktoś, kto bardzo mocno przyczynił się do tego, że w ogóle jako drużyna na igrzyskach wystartowałyście.

- Byłyśmy wtedy na tyle nieprzygotowane na medal, że nie wiedziałyśmy jakie są przepisy. Pamiętam, że na którymś etapie naszych wyścigów pytałam czy Natalia dostanie medal, jeśli w żadnym biegu nie pojedzie. Nikt mi nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć. We cztery poszłyśmy w podziemia lodowiska, tam się ustawiłyśmy do wyjścia na taflę, na ceremonię medalową. Tam leżały karteczki z nazwiskami medalistek. Podeszłyśmy w czwórkę i wtedy sobie uświadomiłyśmy, że dla Natalii nie ma ani karteczki, ani medalu.

Mogła się poczuć jak nieproszony gość.

- Niestety, tak.

To że nikt w ekipie nie wiedział czy ona ma pójść na dekorację, pokazuje, że nikt się nie spodziewał medalu.

- Dokładnie tak było. Wtedy Natalii obiecałyśmy, że za cztery lata sytuacja się nie powtórzy. Nic innego nie mogłyśmy zrobić.

Na olimpijskim podium przypominają się początki? W Vancouver wyświetlały się Pani obrazki np. z pierwszego startu drużyny w Pucharze Świata, gdy w 2004 roku w Berlinie byłyście ostatnie z dużą stratą nawet do Rumunek?

- Tak, takie obrazki się w głowie pojawiają. Mnie się przypominały starty z mistrzostw Polski w Tomaszowie Mazowieckim, na których jeździłam jako juniorka. Szło mi dobrze, inne juniorki zajmowały miejsca dużo dalsze niż ja. Przyszli wtedy do mnie jacyś działacze, których nie znałam i powiedzieli "No dobrze, dziewczynko, skoro tak dobrze się spisujesz, to pojedziesz sobie na Puchar Świata".

Ile miała Pani lat?

- Osiemnaście. Działacze kupili mi bilet na pociąg i ruszyłam do Berlina. Z niezadaszonego toru w Tomaszowie razem z o rok starszą ode mnie Karoliną Ksyt trafiłyśmy do świetnej hali. Dołączyłyśmy do kadry seniorskiej, do Pawła Zygmunta, Witka Mazura, Kaśki Bachledy. Oni już tam sobie długo byli, startowali, a my ledwie rozpakowałyśmy swoje walizeczki, a już miałyśmy debiut w Pucharze Świata. Zrobiłyśmy to bez żadnego przygotowania, bez objeżdżenia się na hali. Zabawne to było. Krótko po tym Pucharze Świata wysłano mnie na mistrzostwa Europy do Hamar, do Norwegii. Ale nie dano mi nawet reprezentacyjnego kostiumu. Musiałam na miejscu pożyczyć czy nawet odkupić strój od Kaśki Bachledy.

Przypomina mi się, jak Adam Małysz za pierwsze, większe pieniądze zarobione w Pucharze Świata kupił sobie kombinezon od jednego z Japończyków, a później sam ten strój sobie przeszywał. Z kolei w Vancouver byłyście mieszane z błotem tak, że przypomina się sytuacja Justyny Kowalczyk z igrzysk w Turynie, gdy wieszano na niej psy po tym jak zemdlała na trasie biegu na 10 km, a tydzień później nazywano ją bohaterką narodową, bo zdobyła brąz na 30 km.

- Ciekawe skojarzenia. Takie trudne sytuacje bardzo wzmacniają. Hartują. W człowieku budzi się jeszcze większa determinacja, pojawia się chęć udowodnienia czegoś innym.

Taką chęć szczególnie mocno czuła Pani po poważnej kontuzji?

- Tak. Na swój pierwszy medal mistrzostw świata - brąz w 2012 roku - zapracowałam tak mocno, jak na żaden inny w karierze. Zdobyłam go 11 miesięcy po zerwaniu więzadła krzyżowego. Najpierw godzinami siedziałam na sali rehabilitacyjnej. To trwało przez sześć miesięcy. A gdy wróciłam na lodowisko, to uczyłam się jeździć od nowa, jedna noga po prostu nie funkcjonowała jak powinna.

Później kolano bolało już zawsze? Startowała Pani na blokadach?

- Bolało, jak było przeciążone. Nawet dzisiaj jak jest w domu cicho, a ja wchodzę po schodach, to słychać moje kolano.

Skoro medal zdobyła Pani 11 miesięcy po zerwaniu więzadła, to jak szybko po odniesieniu kontuzji wróciła Pani do mocnej pracy?

- Wtedy do treningu dopuścili mnie sześć miesięcy po operacji, a teraz protokół jest taki, że na sali rehabilitacyjnej trzeba spędzić rok i dopiero można wrócić do treningu. Tak mówi międzynarodowy protokół postępowania przy zerwaniu więzadła krzyżowego, bo ono się bardzo często zrywa ponownie. Dlatego oceniono, że trzeba roku, żeby było na tyle mocne, by wytrzymało trening. Oczywiście ja wszystko przyspieszałam. Już dwa tygodnie po operacji wsiadłam na rower szosowy zamontowany na trenażerze, dzięki czemu działał jak rower stacjonarny. Na kierownicy położyłam tę nogę, którą od pachwiny do kostki miałam w ortezie, a drugą nogą pedałowałam. Robiłam tak, żeby podtrzymywać wydolność.

Katowała się Pani, żeby udowodnić coś tylko sobie, czy innym też, bo ktoś Pani nadepnął na odcisk, powiedział, że to Pani koniec?

- Niestety, tak powiedziała moja kadra trenerska. Usłyszałam, żebym się nie nastawiała, że wrócę do sportu. A już na pewno nie na taki poziom, na jakim byłam.

Obie z Natalią Czerwonką wróciłyście po mocnych przejściach, ona po złamaniu kręgosłupa.

- Może właśnie to nas zjednoczyło.

Przyjaźnicie się?

- Myślę, że można to tak nazwać.

W grupie panczenistek trzymacie się razem najmocniej?

- Zdecydowanie. Jesteśmy w niej od początku, od pierwszych powołań trener Białkowskiej. A już wcześniej mieszkałyśmy razem w internacie w szkole sportowej w Zakopanem.

Jazda drużynowa w łyżwiarstwie szybkim w SocziJazda drużynowa w łyżwiarstwie szybkim w Soczi Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Słyszałem wiele razy, że Wy w tej medalowej drużynie za sobą nie przepadacie. To prawda?

- Miałyśmy dobre momenty, ale gorsze też miałyśmy. Jednak zawsze stając na starcie byłyśmy sportowo w stu procentach zdeterminowane.

Ale było tak, że Bachleda Was gasiła? Że kiedy drużyna się formowała, to ona jako najstarsza i utytułowana, mówiła, że się rozpędzi i nie wytrzymacie tempa?

- Było tak. Oczywiście początkowo Kaśka w każdym biegu najdłużej prowadziła, a my rzadko dawałyśmy jej zmiany.

Ale w Vancouver Pani została wyznaczona do dania tej ostatniej zmiany, najtrudniejszej.

- Tak, to jest największe obciążenie, bo trzeba podyktować tempo drużynie, kiedy wszystkie jesteśmy już bardzo zmęczone. Wtedy w nocy przed startem pytałam Natalię czy myśli, że dam radę. Nie miała wątpliwości.

A propos Justyny Kowalczyk i Adam Małysza, których wspomnieliśmy wcześniej - wybrała się Pani na jakieś ich olimpijskie starty?

- Trzy razy byłam na igrzyskach olimpijskich, ale nigdy nie byłam poza wioską, w której mieszkałam i nigdy nawet nie widziałam śniegu. W Soczi było gorąco, w Vancouver mieszkaliśmy na poziomie oceanu, więc też była lampa, a w Pjongczangu było mroźno i śnieżnie, ale w górach, a w mieście nawet jak był zimny, przeszywający wiatr, to i tak śniegu nie było. Śnieg bym zobaczyła, gdybym pojechała zobaczyć jakieś biegi czy skoki, ale nigdy się nie wybrałam.

Dlaczego?

- Głównie dlatego, że nie miałam czasu. W Vancouver do narciarzy było bardzo daleko, w Soczi byłam tak skupiona na swoich startach, że nie w głowie były mi inne rzeczy. A też nie chciałam dać powodu, żeby ktokolwiek powiedział, że robię sobie jakieś wycieczki. Po Vancouver byłam przeczulona. Natomiast w Pjongczangu miałam starty co trzy-cztery dni. I tak przez całe igrzyska.

Co poza sukienką i szpilkami kupiła sobie Pani za medal z Vancouver? Pytam, bo to zapewne były pierwsze duże pieniądze, jakie Pani zarobiła?

- Umówmy się, że nagrody za medale olimpijskie też nie są kolosalne.

Nie twierdzę, że 75 tysięcy złotych odmieniło Pani życie, ale dla łyżwiarki to na pewno kwota znacznie większa niż np. dla piłkarza.

- To prawda. Wtedy byłam studentką i przede wszystkim zrobiłam fajną imprezę.

Chyba dla całego akademika?

- Nawet dla więcej niż jednego! Fetowanie medalu zbiegło się z moimi urodzinami, więc było hucznie. Poza tym miałam momenty spełniania zachcianek. Na przykład jak się nam ze znajomymi zachciało frytek, to szliśmy do sklepu, kupowaliśmy frytkownicę i robiliśmy frytki dla całego piętra w akademiku.