Igrzyska paraolimpijskie 2018. Igor Sikorski, nasza nadzieja na złoty medal w narciarstwie alpejskim: Początki były trudne. Upadałem, wszystko bolało, ale zagryzałem zęby i walczyłem dalej

- Pierwszy raz na monoski usiadłem w 2009 roku. Dwa lata wcześniej miałem wypadek. Spadłem z ponad sześciu metrów na plecy. Kręgosłup się rozsypał. Byłem skazany na wózek, ale sport znów dał mi radość z życia. Miejsce, w którym teraz się znajduję, zawdzięczam uporowi i konsekwencji - mówi Igor Sikorski, jeden z najlepszych niepełnosprawnych narciarzy na świecie.
Igor Sikorski Igor Sikorski archiwum prywatne

Damian Bąbol: W Pjongczangu trwają się zimowe igrzyska olimpijskie, a ty jesteś wymieniany, jako jeden z naszych głównych kandydatów do zdobycia medalu.

Igor Sikorski: To prawda. Wyniku Pucharu Świata są obiecujące. W poprzednim sezonie zdobyłem wicemistrzostwo świata, więc z Korei postaram się wrócić z medalem, kto wie może nawet ze złotym. Nie chciałem jednak składać żadnych deklaracji, ponieważ w sporcie wszystko jest możliwe. Daję z siebie wszystko. Mam za sobą już start w downhillu, który nie jest moją specjalnością. Była nawet szansa na trzecie miejsce, ale przytarłem skorupą o śnieg i wytraciłem prędkość. Skończyłem na 15. pozycji. Nieco lepiej poszło mi w supergigancie, w którym byłem dziesiąty. Pojechałem na tyle, ile się dało. Spóźniłem mocno dwa skręty i przez to straciłem 2.58 s do zwycięzcy Kanadyjczyka Kurta Oatwaya. W środę czeka mnie ostatni start w superkombinacji.

Rywalizuję w pozycji siedzącej [kategoria LW11] na monoski, czyli na jednej narcie. Na niej zamontowane jest specjalnie siedzisko. Podczas jazdy pomagam sobie kijkami z płozami.

Jakie warunki panują w Korei Południowej? Jest tak samo zimno jak podczas lutowych igrzysk?

- Jest o wiele cieplej. Na szczęście, stok jest dobrze przygotowany. Cztery lata temu w Soczi pod tym względem był dramat. Organizatorzy nie udźwignęli zadania. Trasa slalomu była dziurawa, wyglądała jak pole kartoflowe. Z 40 zawodników, tylko 16 ukończyło rywalizację. To jakiś ewenement. Ja zakończyłem zawody na 13. pozycji. W Pjongczangu pod tym względem ma być znacznie lepiej.

Igor Sikorski Igor Sikorski Fot. ADRIAN STYKOWSKI

Od ilu lat trenujesz na monoski?

- Od małego uprawiałem różne sporty. Pierwszy raz na monoski usiadłem w 2009 roku. Dwa lata wcześniej miałem niefortunny wypadek. Spadłem z ponad sześciu metrów na plecy. W szpitalu okazało się, że doszło do złamania kręgosłupa. Rozsypał się. Czekał mnie wózek. Przez pierwsze dwa lata z rodziną robiliśmy wszystko, żebym wrócił do sprawności. Nie było jednak czasu na groźną nudę. Jak przychodziły negatywne myśli, to jeszcze ciężej ćwiczyłem. Sport dał mi pozytywnego "kopa" do działania. Do tej pory nie straciłem wiary, że kiedyś znów będę chodzić, ale nie mogłem ciągle żyć nadzieją. Musiałem coś zmienić, a nie liczyć na cud, że jutro wstanę z wózka. Chciałem cieszyć się normalnym życiem. Rehabilitant namówił mnie do uprawiania sportu. Najpierw była to koszykówka, a później gdzieś przeczytałem o monoski. Przed wypadkiem uprawiałem snowboard, marzyła mi się nawet zawodowa kariera, więc od razu się "zajarałem". Pojechałem na szkolenie do Jarosława Roli [paraolimpijczyka z Turynu, uprawiającego narciarstwo alpejskie) do Karpacza, który nauczył mnie podstaw, m.in. skrętów. I tak zakochałem się w tym sporcie. Zresztą ja zawsze byłem aktywny. Jak byłem młodym chłopakiem, jeździłem na deskorolce, rowerze, grałem w piłkę. Trenowałem nawet Kung-Fu, wspinałem się. Nie mogłem usiedzieć w jednym miejscu. Wszędzie było mnie pełno.

Szybko połknąłeś bakcyla w jeździe na monoski?

- Od początku sprawiało mi to wielką radość i frajdę. Na monoski czułem wolność, inną przestrzeń. Znowu cieszyłem się prędkością. Później poznałem chłopaków z kadry paraolimpijskiej. Pojechałem z nimi na zgrupowanie do Kaprun na lodowiec. Przyjechałem ze swoim pomocnikiem, emerytowanym nauczycielem w-f. Pomagał mi wstawać po upadkach. Na początku było ich dużo. Wszystko mnie bolało, ale zagryzałem zęby. Znów siadałem i "śmigałem" dalej. Monoski nie jest prosty w obsłudze. Nawet sprawny i dobrze wyszkolony narciarz miałby na początku pewne problemy z opanowaniem jazdy. Narta się nie słucha, nie wiadomo, jak skręcać. Po powrocie dołączyłem do klubu Start Bielsko.

Marzyłeś wtedy, że będziesz reprezentował nasz kraj na igrzyskach?

- Absolutnie. Na początku to była tylko jazda dla zabawy, w sumie nadal się tym bawię. W Starcie zrobiłem największe postępy. Zacząłem jeździć na zawody, ale pierwszych występów nie wspominam najlepiej. Jeździłem na maksa, wychodziłem z założenia: wszystko albo nic. Zdarzyło się, że nie ukończyłem siedmiu startów z rzędu. Wypadałem na pierwszym lub drugim przejeździe. Zjeżdżałem na 150 procent, aż dotarło do mnie, że szybkość nie jest najważniejsza. Równie istotna jest precyzja. Doświadczenie przychodzi z czasem.

Nie miałeś na początku dosyć?

- Pewnie, że miałem. Po tych porażkach kilka razy zastanawiałem się, czy w ogóle nadaję się do tego sportu. Nie odpuściłem jednak i po gorszej serii, zaczęło być coraz lepiej. Nabierałem większego doświadczenia, coraz lepiej radziłem sobie z presją. W końcu zacząłem regularnie punktować, pierwszy raz stanąłem na podium PŚ. W 2012 roku zdobyłem mistrzostwo Polski w slalomie. Po dobrym sezonie, pojawiły się głosy, że mam szansę pojechać na igrzyska olimpijskie. To był jednak skomplikowany proces. Żeby reprezentować Polskę na najważniejszej imprezie, trzeba najpierw zdobyć punkty międzynarodowe, potem w Pucharze Europy i Pucharze Świata. To długa droga, podczas której musimy zaliczyć mnóstwo zawodów i zakończyć je dobrym wynikiem.

Jak sobie radzisz z presją?

- Staram się przełożyć ją na koncentrację. Odciążam umysł, nie słucham ludzi, którzy w kółko powtarzają, że muszę zdobyć medal. Wiadomo, że to nie jest takie proste. Trzeba mieć trochę szczęścia, dobry dzień i najwyższą dyspozycję. No i wywarzyć ryzyko, nie przeszarżować, żeby nie wypaść z trasy.

Warunki do uprawiania sportów zimowych w naszym kraju pozostawiają wiele do życzenia. Domyślam się, że w twoim przypadku jest podobnie.

- Dlatego właśnie wyjeżdżamy do Austrii i tam spędzamy sporo czasu.

Igor Sikorski Igor Sikorski Fot. Wojciech Artyniew

Zimą jeździsz na monoski, a latem szalejesz na wakeboardzie.

- To moja nowa pasja i świetny element do treningów. Na wake'u pracują podobne partie mięśni. Tak naprawdę, żeby przygotować się do narciarskiego sezonu, trzeba zasuwać już od maja. Dominuje trening ogólnorozwojowy, wykręcam też dużo kilometrów na rowerze. Jeśli chodzi o wakeboard, to jestem ambasadorem projektu Avalon Extreme, promującego sporty ekstremalne osób z niepełnosprawnością. Prowadzę też zajęcia dla początkujących wakeboardzistów. Przede wszystkim chcemy przełamywać stereotypy na temat niepełnosprawności w Polsce. Nie jest tak, że osoby niepełnosprawne nic nie mogą i muszą czuć się wykluczone. Wprost przeciwnie. Mogą i to bardzo dużo. Czasem nawet więcej od osób sprawnych.

Wciąż spotykasz się ze zjawiskiem wykluczenia?

- Uważam, że nadal w Polsce brakuje edukacji, świadomości społecznej w tym temacie. Może w dużych miastach tego nie widać, ale w mniejszych miejscowościach, to wciąż duży problem. Gdyby wszystko było ok, to teraz nie mówilibyśmy o tym. Mogę podać wiele kuriozalnych przykładów, ale wychodzę z założenia, że trzeba szukać pozytywów. Poprzez swoją postawę chcę udowadniać, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Inspirować zarówno niepełnosprawnych, jak i sprawnych do działania oraz aktywności.

Możesz liczyć na wsparcie bliskich. To bezcenna wartość.

- Oczywiście. Rodzina dodaje mi mnóstwo sił. Po wypadku poznałem wielu wartościowych, niesamowitych osób, które mimo różnych przeciwności losu robią fantastyczne rzeczy. Nigdy bym nie przypuszczał, że moje życie może się tak ciekawie potoczyć i przeżyję tyle wspaniałych chwil. Liczę jednak, że te najbardziej wyjątkowe chwile nadal przede mną. Szczególnie w kontekście zimowych igrzysk (śmiech).

Rozmawiał Damian Bąbol