Pjongczang 2018. Na wieki wieków Marit: wspaniałe zwycięstwo Norweżki w biegu na 30 km. Justyna Kowalczyk czternasta

Uciekła wszystkim, nawet Bjoerndalenowi. Została rekordzistką wszech czasów w zimowych igrzyskach. Marit Bjoergen sobie dała złoto i rekord, Norwegii zwycięstwo w klasyfikacji medalowej, a rywalkom lekcję: nie ma większej ode mnie. I pewnie szybko nie będzie.

Wreszcie ma to złoto. Ósme. I jedyne, które ją oprócz zakładanego (i zrealizowanego) złota w sztafecie dzieliło od rekordu medali w zimowych igrzyskach. To też złoto, które zapewniło Norwegom zwycięstwo w klasyfikacji medalowej. Gdyby nie triumf Bjoergen, najlepszą reprezentacją w Pjongczangu byłaby niemiecka.

Wydawało się, że Bjoergen już tego ósmego mistrzostwa olimpijskiego nie dopadnie. Niektórzy nawet zdążyli ogłosić, że jej czas minął.  Odsyłali ją do historii, gdy zaczęła igrzyska w Pjongczangu od srebrnego medalu. W drugim biegu był tylko brąz. Zgłosiła się do sztafety sprinterskiej, której wcześniej w tych igrzyskach nie planowała, żeby  złoto mieć jeszcze przed wyścigiem na 30 km. I znów - tylko brąz. Trzydziestka była jej ostatnią szansą. Pewnie ostatnią w karierze, bo w następnych igrzyskach będzie miała już 42 lata.

Osiem złotych, cztery srebrne, trzy brązowe

Marit ma ósme złoto, ma też cztery srebrne i trzy brązowe medale. Dotychczasowy rekordzista, biathlonista Ole Einar Bjoendalen, ma tyle samo złotych i srebrnych, ale tylko jeden brązowy. Od początku było widać, że Bjoergen nie znajdzie godnej siebie rywalki. Szybko wyszła na prowadzenie, najpierw sprawdziła, jakie tempo wytrzymają rywalki, potem zaczęła uciekać. Już za dziewiątym kilometrem, i dalej aż do mety. Srebrna medalistka Krista Parmakoski straciła do niej 1:49,5. Brązowa, Stina Nilsson, dotąd słynąca z sukcesów sprinterskich, prawie dwie minuty. Justyna Kowalczyk - 5:04,2, zajęła 14. miejsce. Ani przez moment nie było szansy na włączenie się do walki o medale.

Jej były trener Egil Kristiansen mówi: świetna narciarka, ale jeszcze lepszy człowiek. Narciarka wszechczasów, z synem Mariusem na rękach. Najbardziej uwielbiana przez Norwegów, najbardziej wygadana w wywiadach, najsympatyczniejsza w kadrze. Kiedyś trzymała się na uboczu, Kristiansen mówi, że gdy ją poznał, była nieśmiała i zahukana. Nawet pierwsze mistrzostwa świata tego nie zmieniły. Potrzebowała na to lat, a najbardziej - pierwszego złotego medalu igrzysk. Czekała aż do 2010 roku. To wtedy się zaczęła polsko-norweska wojna na trasach. Przez kilka lat wyrywały sobie z Justyną Kowalczyk to, co najcenniejsze. Przyćmiły tą rywalizacją męskie biegi. Ale przemiana Marit nastąpiła nieco przed Vancouver. I jak przyznaje sama Bjoergen, nie byłoby jej bez Justyny.

Justyna na scenie, Marit za sceną

My zapamiętaliśmy ten moment sprzed dziewięciu lat i ona, jak się okazuje, też. Marzec 2009, wręczanie Kryształowych Kul w Falun. Na scenie jak zwykle król Szwecji, z gratulacjami dla królowej i króla nart. Justyna Kowalczyk wchodziła wtedy po swoją pierwszą Kryształową Kulę, niedługo wcześniej została podwójną mistrzynią świata z Liberca. Marit stała smutna za sceną. Potem spytała Justynę, czy mogłaby pożyczyć uchwyty na kijki z logo sponsora, do sesji na koniec sezonu. Pozowała z obowiązku. I, jak to dziś wspomina, z postanowieniem, że tak tego nie zostawi. Przymierzała się od dłuższego czasu, ale wtedy nabrała pewności: trzeba wywrócić wszystko w karierze do góry nogami. - Gdy wiesz jak to jest, stać tam na scenie i odbierać kule, to nie możesz oglądać z przyjemnością, jak ktoś inny staje. Nie po to się trenuje - mówiła w rozmowie z "Nettavisen" przed igrzyskami w Pjongczangu.

25.02.2018  Pjongchang. Justyna Kowalczyk podczas biegu na 30 km  na zimowych igrzysk olimpijskich . Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta
SLOWA KLUCZOWE:
Pjongczang2018 skoki narciarskie olimpiady
FOT. KUBA ATYS

Zmiana treningu: dłużej, ale lżej

Musiała wszystko pozmieniać, bo czuła że dobiegła do ściany. Miała już mnóstwo trofeów, ale żadnego złota igrzysk. I nie czuła, że się do niego zbliża. Przeciwnie, było coraz gorzej. Pierwsze mistrzostwo świata zdobyła już w 2003, w sprincie, jako młoda sensacja sezonu. Była królową mistrzostw świata 2005 w Oberstdorfie, zdobyła Kryształowe Kule w 2005 i 2006. Ale już mistrzostwa świata 2007 i 2009 przepłakała. W igrzyskach w Turynie coś jej się cały czas przytrafiało. Przez te trzy lata, od Turynu do Falun 2009, straciła poczucie, że kontroluje karierę. Szła siłą rozpędu. Przypuszczała, że może trenuje za mocno, ale to zawsze jest dla sportowca trudne: zmniejszyć obroty, pozbyć się wyrzutów sumienia, że już się tak nie katuje.

Nie tylko leki na astmę

My jej przemianę kojarzymy głównie z mocniejszym lekiem na astmę, ale to była tylko część rewolucji. Odeszła na dobre od metod swojego pierwszego trenera, Sveina Tore Samdala. "Trening Bjoergen" to było w tamtym czasie hasło wywoławcze, synonim orki, której nikt inny nie byłby w stanie znieść. Wymyślali z Samdalem kumulacje mocnego treningu dochodzące do 10-14 dni. To dało szybki efekt na początku kariery, ale zaczęło wyniszczać organizm. I zaczęła się droga w dół: gorsze wyniki, jeszcze więcej pracy, jeszcze gorsze wyniki, jeszcze więcej pracy. Aż trzeba było się zatrzymać. Wybrać metody trenera kadry Egila Kristiansena. Zmienić leki na astmę, dietę, rozpiskę z siłowni, zatrudnić psychologa. Zwiększyć liczbę godzin treningu, ale znacznie zmniejszyć intensywność. Dane udostępniła badaczom z uniwersytetów w Trondheim i Bodoe, w tym Guro Stroem Sollim byłej dobrej biegaczce narciarskiej. Pracę można przeczytać tutaj.

To te wielkie zmiany z 2009 wyznaczyły moment, w którym Marit się zaczęła zmieniać z wielkiej narciarki w narciarkę wszechczasów. Wspomina, jak wielkim przełomem było pierwsze złoto igrzysk, wyrwane Justynie w sprincie w Vanvouver, przy zjeździe na stadion. Potem już poszło. W Vancouver trzy złota, w Soczi trzy złota. Przerwa na urodzenie Mariusa, powrót, i dwa złota z Pjongczangu. Po drodze została rekordzistką zwycięstw w Pucharze Świata, rekordzistką w liczbie medali z mistrzostw świata. Najlepszą, po prostu i bez dyskusji.