Pjongczang 2018 "Nie chcę igrzysk z garstką Polaków. To nie jest olimpizm. Dlaczego nikt nie mówi o "turystach" podczas mistrzostw świata, przecież jeżdżą tam mniej więcej ci sami ludzie?"

- Polski sport wygląda tak, jak to pokazały te igrzyska. Te z Soczi były wyjątkowe, historyczne. Ale to nie wynikało z jakiegoś systemu, tylko z tego że talent trafił na dobrego trenera. Trafił. Mógł nie trafić. I to musimy zmienić - mówi Sport.pl Marcin Nowak, dyrektor departamentu sportu wyczynowego w ministerstwie, wiceszef polskiej misji olimpijskiej w Pjongczangu.

Paweł Wilkowicz: Dwa medale wystarczają, żeby to był trzeci najlepszy start Polaków w zimowych igrzyskach. Ale nie wystarczają, by uznać te igrzyska za dobre dla Polski. Zgoda?

Marcin Nowak: My wiele razy mówiliśmy, że w tych igrzyskach dwa medale to byłby dobry wynik. Współpracujemy na co dzień ze związkami. Zwłaszcza ja. I mamy realny obraz. Bez pracy na dole nic nie zrobimy. To, co się zdarzyło cztery lata temu w Soczi, było wyjątkowe. Nie: przypadkowe, bo nasi najlepsi sportowcy zimowi w odpowiednim momencie byli w najlepszej formie. Ale wyjątkowe. Cztery złote medale z Soczi będą mieć szczególne miejsce w historii polskich igrzysk. Ale niestety, to miejsce nie wynika z polskiego systemu sportu. Po prostu urodził się taki Zbyszek Bródka, wielki talent, trafił na dobrego trenera, na dobry czas. Trafił. A system selekcji w polskim sporcie bywa tak przypadkowy, że mógł też nie trafić.

Jak to zmienić?

- Trzeba w związkach pomysłu na budowę sportu od dołu. Przyciąganie, wyławianie, utrzymywanie przy sporcie talentów. Tych pomysłów na podstawę piramidy trochę brakuje. Kiedyś się zawsze powtarzało: nie ma pieniędzy. Ale minister sportu cały czas powtarza, że jeśli chodzi o ten rok, to pieniędzy jest rekordowo dużo. Na sport wyczynowy, na upowszechnianie. Na zarażenie dzieci sportem. Wystarczy dobry pomysł, w ciekawej formie i naprawdę nie trzeba nas długo przekonywać. Finansowo jesteśmy gotowi do wyzwania.

Tylko gdzie te pomysły realizować?

- Wiemy, jaki mamy problem z zimą. Nie mamy obiektów w wielu sportach. Na razie wykorzystajmy dobrze te, które mamy. Powstał piękny tor w Tomaszowie. Dla panczenistów, shorttrackowców, mogą tam trenować łyżwiarze figurowi. To trochę straszne, że wcześniej tak długo nie było hali lodowej. Miałem podczas igrzysk rozmowę z działaczem łyżwiarstwa z Holandii. Oni mają dwadzieścia torów do łyżew długich i shorttracku. Z czego tylko jeden tor nie jest pod dachem. Zapytał mnie o Zakopane, czy ten tor dalej nie ma dachu. Mogłem mu tylko powiedzieć, że w Tomaszowie już jest hala. Nie słyszał o niej. Holendrzy chętnie zajrzą, bo im torów ciągle mało. A my teraz możemy wreszcie wymagać od związku dobrego projektu upowszechniania łyżwiarstwa. Bo bez dobrego obiektu najlepszy pomysł nic nie da. Czasy się zmieniły, dziś nikomu nie wystarczy sama możliwość uprawiania sportu. Stara siłownia, stara bieżnia, stara skocznia z dziurami.

Dziś rodzic wytoczy proces za te dziury.

- A przede wszystkim - nie przyśle dziecka. Sama szansa uprawiania sportu mogła być wabikiem dla naszego pokolenia: przygoda, szansa na wyjście z cienia, w czasach gdy takich szans było niewiele. A teraz atrakcji, zwłaszcza w dużych miastach, jest tyle, że sportowi trudno się przebić. Zwłaszcza jeśli nie jest piłką nożną. Oferta musi być czymś wzbogacana. Presja rodziców na rozwój dzieci jest ogromna i się temu nie dziwię. Sam jestem rodzicem. Każdy chce żeby dziecko mówiło po angielsku, nauczyło się pływać itd. Na wyczynowe czy półwyczynowe treningi brakuje czasu. Związek nie może czekać aż rodzic przyjdzie. Nie doczeka się. Musi się postarać, żeby rodzica skusić. Tak jak się to robi na świecie. Przy okazji sportu uczy się języków i organizuje inne atrakcje. Tak to powinno działać wszędzie gdzie jest sport. W klubach szkolnych, w kadrach wojewódzkich, w szkołach mistrzostwa sportowego. Kompleksowa oferta. Trzeba działać. A nie ma lepszej promocji sportów niż igrzyska. I myślę że te też jakąś promocją były.

Promocją skoków.

- Myślę, że dzieci miały szansę zobaczyć, że na nartach się nie tylko skacze, ale jeździ, że są panczeny i inne sporty. Będziemy chcieli usiąść ze związkami do poważnych rozmów. Oczekujemy od nich solidnych biznesplanów na kolejne lata. Jak one widzą rozwój swojej dyscypliny po tym co się zdarzyło na igrzyskach. Informacja, że teraz będzie zmiana pokoleniowa, nam nie wystarcza. Chcemy wiedzieć jaka zmiana, według jakiego systemu. Z obiektami jest trochę podobnie: wiemy, że nie mamy Alp ani klimatu Skandynawii, ale jeśli mamy mieć narciarstwo biegowe, to trzeba czegoś poza tłumaczeniami. Nie będzie u nas tyle śniegu ile w innych krajach, ale niech chociaż będzie trasa która pozwoli dobrze trenować na nartorolkach.

Słychać to od dawna, ale nic się nie zmienia.

- Jeśli ma powstać trasa, najpierw ustalmy, jak będzie wyglądać nabór. Jaki jest na niego pomysł. Bo jeśli nabór ma wyglądać tak, jak w wielu sportach: bierzemy tych, których stać, albo tych, którzy się zgłosili, to szkoda czasu. Nabór to musi być obserwacja, testy, badania, oko najlepszych trenerów. I wtedy wybieramy mocnych, a pozostali niech mają przyjemność z zabawy w sport. Nie chcę nas porównywać do Holandii, pierwszej potęgi łyżwiarskiej. Ale warto znać ich sytuację. Ten działacz mówił, że mają w klubach po kilkaset trenujących. Ja bym się cieszył, gdyby w Polsce było kilkuset zarejestrowanych łyżwiarzy. Nie musimy przecież od razu rywalizować z Holendrami. Tylko ich naśladujmy choć w części. Mamy już tor, który zawodnicy chwalą, że jest szybki i dobrze wyposażony. Korzystajmy z niego do granic możliwości. Po to powstał. Będziemy oczekiwali od związku, że będzie organizował zgrupowania tutaj, a nie za granicą. Oczywiście od czasu do czasu trzeba potrenować gdzie indziej, na innym lodzie, i to jak najbardziej rozumiemy. Ale podstawą ma być Tomaszów, bo przecież ten tor powstał w odpowiedzi na prośby zawodników. Eksploatujmy go do granic możliwości. Jak nie panczeniści, to shorttrack i jazda figurowa.

Magadalena Czyszczon of Poland crashes in the semifinal of the women's mass start speedskating race at the Gangneung Oval at the 2018 Winter Olympics in Gangneung, South Korea, Saturday, Feb. 24, 2018. (AP Photo/Petr David Josek)
SLOWA KLUCZOWE:
2018 Pyeongchang Olympic Games;Winter Olympic games;Sports;Events;XXIII Olympiad
PETR DAVID JOSEK/AP

Tych dwadzieścia holenderskich torów przy naszym jednym w hali i tak dołuje mniej niż zestawienie siły ich klubów z siłą polskich klubów.

- Brakuje nam trenerów. Jeśli nie znajdziemy ludzi z pasją, to oni nie znajdą i nie poprowadzą zdolnych dzieci. Kto ma to zrobić? Tych dziesięciu trenerów których mamy? Wiadomo, że trener nie chce brać wielkiej grupy, woli kilku zawodników. A wśród kilku to my drugiego Bródki nie znajdziemy. Trzeba przeczesać kilkusetosobową grupę z danego rocznika, żeby wyłapać prawdziwy talent. W przeciwnym razie oddajemy los przypadkowi.

Biegacz narciarski Maciej Staręga powiedział podczas igrzysk, że trzeba znów sięgnąć po zagranicznych trenerów, bo wiedzy jest u nas za mało. Ministerstwo może wpływać na związki, żeby zatrudniały lepszych fachowców?

- Trzeba mieć naszą akceptację przed zatrudnieniem trenera, bo to my jego zatrudnienie finansujemy. I staramy się wymagać zatrudniania najlepszych.

Nie wszędzie to się udało.

- Ja uważam, ze pomysł sprowadzania trenerów z zagranicy jest bardzo dobry, ale musi im towarzyszyć w kadrze asystent z Polski. Jeśli płacimy za czyjąś wiedzę, to niech chłonie tę wiedzę również Polak. W przeciwnym razie trener przyjdzie, opłacimy go, odejdzie, zostaniemy z niczym. To nie jest system. To jest najemnictwo. Musimy mieć kadry na poziomie XXI wieku. Czasami tak nie jest.

To jeszcze coś z biegów: Sylwia Jaśkowiec narzekała, że brakuje jej dobrych nart. Zgłaszała wcześniej ten problem?

- To było coś co mnie zdziwiło, bo sygnał od nas dla związków był jasny: na sprzęt są pieniądze i proszę zamawiać. Na sprzęt, treningi na dobrych obiektach. Zapytamy o co chodziło i sami sprawdzimy, bo też mamy taką możliwość. Wydaje nam się to nie do końca poważne. Dofinansowanie przed igrzyskami w Pjongczangu było wystarczające. Cała nasza olimpijska zima dostała potężny zastrzyk środków. Być może chodziło o to, że Sylwia wypadła na jakiś czas z treningów i wtedy straciła dostęp. Pieniądze na pewno nie były problemem w zdobyciu na igrzyska najlepszego sprzętu.

Polski sport się nie rozdrabnia? Węgrzy już i zimą, tak jak latem, stawiają na mniej sportów, ale za to mocno doinwestowanych. I zdobyli w Pjongczangu złoto w shorttracku. Białorusini mają biathlon i akrobacje narciarskie.

- Od specjalizacji nie uciekniemy. To się zresztą w jakiejś części już dzieje od kilku lat: najbardziej na wysokość finansowania wpływają wyniki w wielkich imprezach. Kto zapewnia Polsce medale, może liczyć na więcej. Myślę, że związki mają świadomość, że to będzie postępować. Choć to trudne decyzje.

Polska nie przesadza z wielkością olimpijskich ekip? Przypomina mi się jeden z trenerów lekkiej atletyki, wychowawca mistrzów, który wracając z Rio narzekał: po co ich tylu bierzemy? Przeszkadzają tylko w wiosce tym, którzy przyjechali zdobywać medale.

- Ja się trochę śmieję z tych komentarzy o wycieczkach, bo to się pojawia co dwa lata, przy okazji zimowych i letnich igrzysk. Czy nasze ekipy są takie duże? Są kraje z większymi.

Są. Na przykład Norwegowie mieli dwa razy większą. Ale zdobyli blisko dwadzieścia razy więcej medali niż Polska.

- Bierzemy osoby, które spełniły kryteria federacji międzynarodowych. To i tak są najlepsi w swoich sportach w Polsce.

Szwedzki komitet olimpijski jest bezwzględny: nie masz szansy na czołową ósemkę, nie jedziesz. Związek narciarski zabiegał o zabranie do Pjongczangu Emila Joenssena, choćby jako rezerwowego do sztafety biegowej. Komitet odpowiedział: my za jego wyjazd nie zapłacimy. Norwegowie biorą tych z szansami na czołową dwunastkę. I tak jak Szwedzi, wyjątki robią tylko dla młodych zdolnych. Bardzo zdolnych.

- Ale oni i tak przy takich wyśrubowanych kryteriach będą mieli w igrzyskach liczną kadrę, wielu dobrych sportowców. A jeśli my chcielibyśmy być tacy ostrzy, to musimy sobie zadać pytanie: chcielibyśmy oglądać igrzyska bez Polaków w większości konkurencji? Czy to byłyby takie same igrzyska? Wiem, że nie mamy szans wygrać w wielu konkurencjach. Czy na mistrzostwa świata w lekkiej atletyce mamy nie wysyłać sprinterów, bo nie mają szans wygrać?

Ewę Swobodę wysyłamy, bo nawet półfinał w sprincie jest cennym wynikiem. Ale np. w narciarstwie alpejskim od początku było jasne, że sens sportowy miał tylko wyjazd Maryny Gąsienicy Daniel i to się potwierdziło.

- No tak, ale przyjechała Lindsey Vonn, zdobyła jeden medal. Gdyby nawet tego medalu nie udało jej się zdobyć, to byłaby olimpijską turystką? Ja nie chcę igrzysk z ledwie garstką Polaków. Mamy wystawić samych skoczków i biathlonistki?

Możemy zostawić w domu tych bez żadnych szans na czołową trzydziestkę.

Obecność Polaka podnosi zainteresowanie, promuje sport. Dlaczego nie słyszymy słowa "turyści" przy okazji mistrzostw świata czy Europy? Przecież to jadą te same osoby. Do tego jadą za pieniądze związku, czyli z reguły budżetowe. A tu za pieniądze PKOl ze środków sponsorskich.

Od firm z sektora publicznego.

Ale z budżetów sponsorskich. Zostawmy jeszcze trochę tej idei olimpijskiej. Będę bronić zawodników, bo byłem zawodnikiem i wiem, ile trzeba potu przelać, żeby się dostać na igrzyska. Nikt z naszej ekipy wyjazdu nie dostał w prezencie. To że ktoś był poza dziesiątką nie oznacza, że przyjechał na darmo. Np. czternaste miejsce łyżwiarzy figurowych Natalii Kaliszek i Maksyma Spodyriewa jest bardzo dobre. Przed nimi przyszłość. Zrobili łyżwiarstwu w Polsce dobrą promocję. Może któreś dziecko, któryś rodzic, właśnie się tym sportem zachwycił i trafi się nam nowy talent.

Tu nie ma sporu, pojechali pięknie. I pewnie się ucieszą, jeśli w przyszłości będą mogli trenować w trochę cieplejszej hali i nie zrywać się zawsze o świcie, póki lodowisko wolne.

- Ministerstwo nie zbuduje hali w każdym mieście. Musimy liczyć na współpracę samorządów, związków, miast.

Kolejna sprawa: największa nadzieja medalowa w panczenach, kobieca drużyna, rozpada się jeszcze przed wyjściem na lód. Tak przynajmniej napisała Natalia Czerwonka: przegrałyśmy to w szatni. Chodzi o drużynę, której przeszłe sukcesy i przyszłe nadzieje na podium w Pjongczangu też wpływały na wysokość ministerialnej dotacji.

- Nie wiem co dziewczyny mówiły, nie śledziłem wszystkiego. Dla wszystkich było jasne, że w panczenach następuje zmiana pokoleniowa. Cała sztuka polega na tym, żeby ta zmiana była płynna. Czy była, nie wiem. Ten bieg o miejsca 7-8, w którym pobiegł już inny skład, z Karoliną Bosiek, był dobry. Wszyscy  liczyli na medal, ale czy statystycznie były podstawy? Nie bardzo. Karolina jest w naszym programie Team 100. Nie chcę tu siać resortowej propagandy, ale dlaczego mamy się nie pochwalić? Karolina jest młoda, zdolna, bez kompleksów, nie bała się zaryzykować na igrzyskach, wspieramy takich. Niech za cztery lata ona stanowi o sile drużyny. Mamy w panczenach dobrą grupę sprinterów. Oni są prawdziwym zespołem. Nie poszło im może tak jak liczyli, ale to jest grupa na przyszłość. Obserwowałem ich w wiosce: wpatrzeni w swojego trenera Tuomiego Nieminena, wspierający się nawzajem. Oni nawet na śniadania schodzili tak samo ubrani. Są zżyci ze sobą jak drużyna skoczków. Chciałbym też, żebyśmy mocniej postawili na shorttrack. Sport bardzo telewizyjny, ze zmianami akcji jak w grze komputerowej.

Nie obawia się pan, że za cztery lata nawet dwa medale to już będą mrzonki?  

- Dajmy już spokój prognozom. Zajmijmy się pomysłami.