Pjongczang 2018. Dobrze, że już koniec. Radości było jeszcze mniej niż medali. A przecież ci, którzy tu przyjechali, i tak są najmniejszym problemem polskiego sportu

Niech żyje biathlon. Niech żyje polska sztafeta. Bez żadnych złośliwości: nie było medalu, ale przynajmniej tętno wszystkim skoczyło. Ile takich momentów mieliśmy w Pjongczangu?

To one cztery i trener piąty mają dziś kaca po straconym medalu. A było tutaj kilkadziesiąt osób z Polski, które powinny wstawać z większym bólem głowy. Biathlonistki przynajmniej mogą powiedzieć: "medal był blisko" i nie wzbudzić wesołości. W polskiej ekipie jeszcze tylko skoczkowie w pierwszą sobotę igrzysk mieli ten przywilej.

Niech to wsiąknie: minęło już trzynaście dni rozdawania medali w Pjongczangu, są 62 osoby w polskiej ekipie. I jest tylko siedmioro Polaków, którzy mogli powiedzieć: "to mógł być medal" i nie rozśmieszyć. Siedmioro Polaków nie z medalem, tylko z bliskością medalu. W tym sześcioro, którzy przed decydującą rozgrywką byli na miejscach medalowych, ale stracili je na ostatniej prostej: sztafeta, Stefan Hula i Kamil Stoch. Oraz Dawid Kubacki, zdmuchnięty przez wiatr.

Krystyna Guzik i Weronika Nowakowska na trasie biegu sztafetowego. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 22 lutego 2018 Krystyna Guzik i Weronika Nowakowska na trasie biegu sztafetowego. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 22 lutego 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Najtrudniejsza próba w sporcie: prowadzę, i co z tym dalej zrobię?

Przez całe igrzyska tylko biathlonistki, Stefan Hula i Kamil Stoch przeżyli najtrudniejszą próbę w sporcie. "Prowadzę. I co ja z tym dalej zrobię?". Przez całe polskie igrzyska trzeba było czekać, żeby jakaś Polka - albo jakiś Polak - wpadła na stadion jak Krystyna Guzik na drugie strzelanie. Z poczuciem, że już dość, że to jest jej moment i ona tego tak nie zostawi. Za swój koszmar ze sztafety w Soczi, za koszmar pierwszych startów w Pjongczangu, za tyle pudeł w strzelaniu leżąc - wóz albo przewóz. Sześć strzałów, pięć w tarcze, wszystko w 36,8 sekundy. I po medal. Pełne szaleństwo w igrzyskach, w których polskiego pozytywnego szaleństwa i radości ze startów było jak na lekarstwo. A głośnych narzekań - więcej niż medali. Więcej nawet jeśli medal w drużynie skoczków policzyć za cztery. Za mało trenowałyśmy razem, mamy słabe narty, nie mamy wizji, nie mamy jaj. Tu nie ma żadnej przenośni, wszystkie te cytaty padły. A jakby jeszcze dopisywać wszystkie zakulisowe: my się nie lubimy, ona się dla nas za mało stara, to byłoby tego więcej niż polskich miejsc w czołowej ósemce.

Kamil Stoch prezentuje trofea - złoto w konkursie na dużej skoczni i brąz w zawodach drużynowych. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 20 lutego 2018 Kamil Stoch prezentuje trofea - złoto w konkursie na dużej skoczni i brąz w zawodach drużynowych. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 20 lutego 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Znów złoto. I straszna pustka w dalszych rzędach

Było jasne, że w Pjongczangu Polska się zbudzi z tego zimowego snu, którym było Vancouver i Soczi. Że będzie gorzej. Bo nie było żadnych podstaw, by się doliczyć w prognozach sześciu medali, o czterech złotych jak w Soczi nie wspominając. I sam dorobek medalowy z Pjongczangu nawet nie jest taki zły.

To będą pod względem medali trzecie najbardziej udane polskie igrzyska zimowe, po Soczi i Vancouver właśnie. Z dwoma medalami, jak w Salt Lake City i Turynie, ale tym razem ze złotem. Ze złotem już w trzecich igrzyskach z rzędu. Ale też ze straszną pustką w dalszych rzędach. Było na razie tylko dziewięć polskich miejsc punktowanych, czyli 1-8. Z czego cztery w konkurencjach drużynowych, gdzie o to miejsce łatwiej. Jeśli wyłączymy rywalizację drużynową, w ósemce byli tylko skoczkowie i Monika Hojnisz. Najwyższe na razie miejsce Justyny Kowalczyk to 17. w biegu łączonym. I przez 12 lat jej olimpijskich sukcesów nie pojawił się w biegach nikt, kto by ją w awansach do czołowej dziesiątki wyręczył.

PKOl wysłał 62 sportowców. Sama Bundeswehra - 60

Igrzyska się jeszcze dla Polski nie skończyły. Ale z podsumowaniami naprawdę nie ma na co czekać. Jeszcze biegną panczeniści, jeszcze startuje Justyna, ale jeśli się zdarzy jeszcze jakiś medal, to - właśnie: zdarzy się. I pięknie. Ale nie podpowiada go logika. To będzie po prostu wydłużone o jeszcze dwa dni "a może się uda?". Znów uda się wybitnej jednostce, a nie systemowi. I wyjątkowi, a nie regule.

Na dziś logiczne w polskim sporcie są sukcesy skoczków, za którymi stoją myśl (polska i zagraniczna), pieniądze i obiekty. Logiczne będą może przyszłe sukcesy panczenistów, jeśli tor w Tomaszowie Mazowieckim będzie dobrze wykorzystywany. Miałyby jakieś logiczne podstawy sukcesy biathlonistek, bo punkt wyjścia jest niezły: dobre trasy choćby na Kubalonce, zagraniczny trener, któremu się bardzo chce, i etaty wojskowe Krystyny Guzik czy Magdaleny Gwizdoń. Ale to ciągle jest dopiero punkt wyjścia. Bo trasę trzeba jeszcze przygotować, a z tym bywa wielki problem i olimpijki biegały niedługo przed igrzyskami na nartorolkach. A wojskowe etaty - oraz etaty celników, pograniczników, policjantów - to w zagranicznym sporcie zimowym żaden rarytas tylko norma. Sama niemiecka Bundeswehra przysłała na igrzyska aż 60 sportowców-żołnierzy. Spośród 744 sportowych zawodowców którym obecnie wypłaca żołd. 744 sportowców -żołnierzy, po sąsiedzku. 744 sportowców z dodatkowym wynagrodzeniem i spokojem, że lata w sporcie nie będą zmarnowane, bo będzie wysługa lat i miejsce pracy. A w Polsce nawet w biathlonie, najbardziej wojskowym ze sportów, nie wszystkie medalistki mistrzostw świata dostały propozycje wojskowego etatu.

Sport bez korzeni

O biegach narciarskich nawet nie ma co wspominać. O braku tras, które muszą być dużo bardziej wymagające niż w biathlonie. O braku choćby tej namiastki drugiej kariery, jaką daje wojsko. O klinicznym przypadku choroby, która zżera cały polski sport: słabości klubów. Nie ma społecznego zakorzenienia sportu bez klubów. W Norwegii czy Szwecji kluby i klubiki z najbardziej zapadłych dziur są jedną z podstawowych form bycia razem. Luke Bodensteinter, dyrektor sportowy amerykańskiego związku narciarskiego mówił po złotym medalu Jessiki Diggins i Kikkan Randall nie tylko o pieniądzach na sport wyczynowy, których Amerykanie wcale nie wydają tak dużo więcej od Polaków. Mówił o wspólnotach sportowych, z których wyrosła Diggins w Minnesocie i Randall na Alasce. Lokalnych klubach, dbających o swoje trasy, o to żeby dzieci decydujące się na sport były pod dobrą opieką. Ale nie powiedział: clubs. Powiedział: sporting communities. O miejscach, gdzie się rodzą więzi, przyjaźnie, radość z uprawiania sportu.

- Ja muszę mieć radość. Dopiero z nią przychodzą sukcesy - mówiła Diggins. Przecież też mogła przyjść z całą litanią skarg: nie ma mnie w domu przez pół roku, tira serwisowego musieliśmy kupić za pieniądze sponsorów, których sami przyciągnęliśmy do sportu. Ale nie było litanii skarg, bo w Stanach szukanie sponsora na własną rękę nie jest dla sportowca żadną ujmą. A u nas każda informacja, że sportowiec zrobił zbiórkę na swoje przygotowania (jak Maciej Staręga czy Michał Kłusak) brzmi jak miażdżący wyrok: państwo zawiodło. Nie, państwo nie może robić wszystkiego i wszystkich wyręczać. Tak samo jak nie zrobi wszystkiego związek sportowy. Polskie środowiska sportowe najczęściej dostają od związków dokładnie tyle, ile umieją wywalczyć. Czyli niewiele.

Polski sport akwariowy

Naszemu sportowi naprawdę nie brakuje pieniędzy na wyczyn. Tych jest dość. Nawet na wożenie na zagraniczny śnieg kadry biegaczy, którzy polskiego śniegu mogą i w środku sezonu zimowego nie uświadczyć. To nie pieniądze na przygotowania olimpijskie są problemem, tylko pieniądze, struktury i pomysł na wyławianie ich następców. To nie olimpijczycy z Pjongczangu, wyzywani od turystów, są problemem. Problemem jest to, jak niewiele trzeba by zostać olimpijczykiem z Polski, bo konkurencja jest marna.

Polski zimowy sport wyczynowy jest jak te mechaniczne ryby z akwariów ustawionych w olimpijskich biurach. Fajny pokaz możliwości, tylko właściwie co z tego wynika? Jaki pożytek? Gdzie w Polsce wysłać dzieci zachęcone igrzyskami do uprawiania sportu? Przecież się wszystkie na skoczniach nie pomieszczą, zwłaszcza że dobrze ze skoczniami jest tylko w Beskidach, w Tatrach już nie. Są biathlonowe Kubalonka czy Kościelisko, gdy pogoda dopisze,  jest shortrackowy Białystok, Toruń z łyżwiarstwem figurowym dla odpornych na zimno i zrywających się o świcie, póki wolne lodowisko. Jest od niedawna tor w Tomaszowie. Jest jeszcze kilka mniej znanych miejsc, ale co to jest na skalę dużego kraju?

Bartosz Konopko Bartosz Konopko DAVID J. PHILLIP/AP

My mamy cierpiętników, inni poszukiwaczy przygód

Przywozimy na igrzyska zimowe okazy ze sztucznego świata. Sportowców wyjętych z normalnego życia, bo się go w Polsce nie da godzić z uprawianiem zimowego sportu. Choć u naszych sąsiadów - z Zachodu, Wschodu i Południa - się da. A przynajmniej w dużo większym stopniu niż u nas. W tych naszych sportowych akwariach są małe grupy wybitnie uzdolnionych ludzi, często wybitnie pracowitych, ale jednak cały czas skazanych na siebie i ten mały świat. Często latami bez dopływu świeżej wody: nowej myśli trenerskiej, sprzętowej, nowych twarzy. Z czekaniem: ile ręka sypnie z góry. Bo alternatywy nie ma. Potem zaglądamy tam co cztery lata i się dziwimy: to oni jednak nie są tam szczęśliwi? Nie są tacy dobrzy jak nam się wydawało? Kłócą się?

Mamy sport cierpiętników, gdy najlepsi mają sport poszukiwaczy przygód. Mamy wyczynowe sporty zimowe, ale bez powszechnej zimowej rekreacji. Mamy robione z wyższością analizy, jak Polacy hejtują sportowców. Ale nie robimy nic, żeby jak najwięcej osób miało szansę poznać, co to znaczy zjechać na cienkich biegowych nartkach po stromym zakręcie, albo uspokoić oddech w biathlonie. Przecież tu nie chodzi o tor saneczkowy czy bobslejowy, czyli fabrykę kosztów i nonsens w polskich warunkach. Tylko o dużo tańsze trasy, na których byłoby co robić i w zimie i w lecie. I bez przymusu, że ma się z tego urodzić jakiś medal.

Kluby sportowe nie powstają na świecie z centralnego nadania. Kluby powstają z potrzeby lokalnych społeczności. A polskie społeczności albo nie mają takich potrzeb, albo czasu na ich zaspokajanie. Bez wolnego czasu i potrzeby bezinteresownego udzielania się w sporcie to się po prostu nie uda. Jeśli Pjongczang 2018 jest porażką, to nie jest tylko ich porażką (turystów), albo tych drugich (działaczy). Ale też naszą porażką.

Paweł Wilkowicz
Sport.pl