Pjongczang 2018. Strach na wieży trenerskiej, spokój Kamila Stocha na rozbiegu. - Starałem się wszystko robić normalnie - mówi nowy-stary mistrz olimpijski

- Mnie brzuch bolał, trenerzy na wieży ledwo stali z nerwów. Ale gdy zobaczyłem, że on tak spóźnił, taki miał słaby wiatr, a i tak prowadził po pierwszej serii, to już wiedziałem że da radę - mówi Adam Małysz. Kamil Stoch po raz trzeci mistrzem olimpijskim!
Kamil Stoch Kamil Stoch KUBA ATYS

A więc jednak da się lubić tę skocznię po północy. Było ok. 0:20, godzina zakończenia pierwszego konkursu, znów noc z soboty na niedzielę, gdy Kamil Stoch powiedział:" Zapraszam do ciepłego!" I dzwoniąc zębami poszedł do namiotu, w którym się odbywają konferencje prasowe.

"Nie chcę rozmawiać o tym, co będzie za cztery lata"

Było już długo po konkursie i dekoracji maskotkami. Tego pluszowego tygrysa, którego wręczają na podium, zdążyła już dostać Ewa Stoch, pożyczyć wolontariuszkom które się chciały z nim fotografować, i jeszcze zrobić im serię zdjęć. A Kamil szedł od jednej kamery do drugiej, opowiadając jak się spełniło coś, czego sobie kiedyś nawet nie umiał wyobrazić. - Mijał mnie Simon Ammann i powiedział mi: "Gratuluję, jesteś wspaniały". A ja mu odpowiedziałem: "Jesteś moją inspiracją i muszę coś jeszcze zrobić, żeby cię dogonić, bo ty masz cztery a ja trzy. Takie żarty, nie chcę jeszcze być pytany o to, co i czy w ogóle będzie w Pekinie 2022" - mówił później. 

Kamil Stoch Kamil Stoch KUBA ATYS

"Na małej skoczni nie potrafiłem pokazać, w jak dobrej jestem formie"

Gdy wchodził na konferencję, pozostali medaliści już kończyli wywiady.  A on dopiero pół godziny później mógł wstać od stołu z głośnym "uffff..". Ufff, że jest złoto, mimo pierwszego skoku spóźnionego i w trudnych warunkach, mimo ataku Andreasa Wellingera w finale. Uff, że już po wszystkich wywiadach, bo to jeszcze nie był koniec pracy na tę noc: na mistrza olimpijskiego, obrońcę tytułu z dużej skoczni, trzeciego człowieka w historii, który tego dokonał, czekał już oficer kontroli antydopingowej.

Po tylu dniach nerwów na skoczniach w Alpensii wreszcie przyszedł wieczór z zupełnie innej bajki: niemal bezwietrzny, cieplejszy. Z konkursem bez przerw i zakłóceń. I Stochem z misją: - Na małej skoczni nie potrafiłem pokazać w jak dobrej jestem formie, a tutaj będę potrafił, czułem to. Ale linia między dobrym skokiem, a bardzo dobrym, jest bardzo cienka - opowiadał potem.

Adam Małysz: - Jedynym skoczkiem, który mógł wytrzymać tę presję, był Kamil

Granica jest tak cienka, że Adam Małysz i Stefan Horngacher zamarli, gdy zobaczyli jak Stoch się odbił w pierwszym skoku: jak późno, co przy najgorszym wietrze jaki się zdarzył skoczkowi z czołówki mogło oznaczać kłopoty. - Bardziej się chyba spóźnić tego skoku nie dało. A on i tak objął prowadzenie. To już czułem że jest dobrze - opowiadał Małysz. Ale i tak oglądał konkurs z bólem brzucha. A trenerzy kadry, jak mówi, cały czas się zastanawiali na wieży, czy zostać, czy szukać toalety. - Stefan Horngacher wygląda na silnego i odpornego na nerwy, ale strasznie się denerwuje, gdy się zbliżają zawody. Grzesiek Sobczyk to samo. Nerwy nie do opisania. I jeszcze Wellinger tak przyłożył - mówił Małysz o skoku Niemca, wicelidera po pierwszej serii, na 142 m. Najdłuższym w konkursie, tak dobrym, że trener Werner Schuster wskoczył z radości na swojego asystenta, a sam Wellinger miał prawo poczuć, że po zwycięstwie na normalnej skoczni będzie też mistrzem olimpijskim z dużej.

- Ze wszystkich skoczków na świecie tę presję mógł wytrzymać tylko Kamil. I wytrzymał. Gdyby taki konkurs  w ciszy był na mniejszej skoczni. Teraz jeszcze walka drużyny w poniedziałek i możemy wracać do Polski - mówił Małysz. Horngacher mówił, że jest nieżywy, tak się denerwował. Aż do konkursu drużynowego chce schować skoczków przed światem, sam też nie zamierza udzielać wywiadów. Będzie tylko jeden wyjątek w tym chowaniu się i  oszczędzaniu energii na drużynówkę: w niedzielę wieczorem koreańskiego czasu Kamil Stoch pojedzie na plac olimpijski Pjongczangu, by trzeci raz w karierze odebrać olimpijskie złoto.

"Najpiękniejsze co mnie w życiu spotkało: Ewa"

Odpowiedział w finale skokiem na 136,5 m, z dobrymi notami. Skokiem pół metra przed zieloną linię pokazującą, ile było potrzeba do złota. - Ale ta linia jest wyrysowana dla not 17, a Kamil skoczył tak ładnie, że wiedziałem: będzie złoto- mówił Dawid Kubacki. W Stochu aż takiej pewności nie było, nie po tym co się działo na średniej skoczni. Stał otoczony przez kolegów z kadry, czekał na wynik, ściskał dłonie. A gdy się pojawiła przy jego nazwisku jedynka, przy pierwszej nadarzającej się okazji ruszył do strefy wywiadów, by odszukać żonę. - Nie mamy tu dla siebie wiele czasu. Ale chciałem jej podziękować za to, że po prostu jest. Dobrze jest wiedzieć, że jest blisko i zawsze będziemy razem - mówił. Może go czasami męczyć opowiadanie o formie, oczekiwaniach, medalach, złotach. Ale nigdy o Ewie. - Ona - mówił w ten wieczór skoczek, który wygrał wszystko -  jest najwspanialszym, co mnie w życiu spotkało.


Sport.pl