Pjongczang 2018. Stefan Hula dla Sport.pl: - Szwagier zapytał: skoro tak narzekacie, to dlaczego sami sobie nie uszyjecie kombinezonów? I tak się zaczęło

- Po konkursie na normalnej skoczni powiedzieliśmy sobie z Kamilem Stochem: było blisko. A potem się pośmialiśmy. Co mogę innego zrobić? Może mi to góra w jakiś inny sposób wynagrodzi - mówi Sport.pl Stefan Hula. Po pechowym pierwszym konkursie w środę - o ile pogoda pozwoli - Polacy wracają do treningów na skoczni
1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Paweł Wilkowicz: Długo wsiąkało to, co się zdarzyło na mniejszej skoczni?

Stefan Hula: A co się zdarzyło? Zająłem piąte miejsce. To jest bardzo dobry wynik. Wiadomo, była szansa na więcej, ale się nie udało i to już historia. Niczego nie zmienię.

Nie analizował pan, dlaczego tak się stało, że z prowadzenia spadł na piąte miejsce? Tylko wiatr?

Z głowy się tego nie da całkiem wyrzucić. Ale już przynajmniej nie chciałbym wracać do tego w rozmowach. Nie mam sobie nic do zarzucenia i to jest dla mnie najważniejsze. Widać, tak miało być. Może w jakiś inny sposób góra mi to wynagrodzi. Drugi skok mógł być lepszy, ale i tak był bardzo dobry.

Pański ojciec mówił tuż po konkursie w rozmowie ze Sport.pl, że tę drugą próbę pan trochę zepsuł.

Może w nerwach tak powiedział. Ja uważam, że to był dobry skok.

Co pana tak odmieniło w ostatnich miesiącach? Ze skoczka jednego z wielu - w skoczka z czołówki.

Bardzo pomógł Stefan Horngacher. Wierzy we mnie, potrafi mnie bardzo dobrze zmotywować. A ja jestem typem, który się nie poddaje, wierzę w siebie. Wiem, że mam duże możliwości. Nigdy w to nie zwątpiłem. Ciężko pracowałem. Dziękuję Bogu, że zawsze znajdowałem na to siły.

Mimo bycia jednym z największych pechowców w polskich skokach?

Na pewno nie jestem pechowcem. Żaden z nas nie jest.

Stefan Hula, Pjongczang 2018 Stefan Hula, Pjongczang 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Przez lata koledzy z kadry wyskakiwali po zwycięstwa, miejsca na podium. A pan: kontuzja, złe warunki, gdy już udało się prowadzić w konkursie. W Zakopanem, w Pjongczangu.

Koledzy wyskakiwali po sukcesy, bo zasłużyli. Takie życie. Na niektóre rzeczy mamy wpływ, na niektóre nie mamy. Może mogłem coś w życiu zrobić inaczej. Ale mam tylko teraźniejszość i uważam, że jest bardzo dobra. Nic się we mnie nie zmieniło w międzyczasie. Po prostu moje skoki są lepsze. Ja pozostałem taki sam.

Stefan Horngacher jeszcze przed sezonem mówił: Stefan tak pracował podczas przygotowań, że tej zimy będzie konkurencją dla czwórki z mistrzostw świata w Lahti.

Moje skoki były coraz lepsze, letnie starty - udane. Zima się dobrze rozpoczęła. Już poprzedni sezon bardzo dużo mi dał, bo znałem wymagania techniczne Stefana Horngachera. To wszystko się kumulowało. Rosłem. My naprawdę nie robimy nic szczególnego, poza tym, że dobrze pracujemy. Mamy fajną ekipę, zgraną paczkę. I walczymy o sukces dla nas wszystkich.

Z panem akurat nigdy w życiu nikt się nie pokłócił. Tak przynajmniej mówi wasz były trener Łukasz Kruczek. Zgadza się?

Mógł mieć rację. I niech to się nie zmienia.

Adam Małysz mówi, że jako kolega z pokoju Kamila Stocha zastępujesz mu psychologa.

Jestem przyjacielem. A on moim. I bardzo sobie nawzajem pomagamy.   

Co sobie powiedzieliście po konkursie, w którym po pierwszej serii byliście obok siebie na prowadzeniu?

A nie rozmawialiśmy o tym za bardzo. Tylko tyle, że było blisko. A potem się pośmialiśmy.

Jak to właściwie było z kombinezonami? Na pomysł założenia firmy szyjącej stroje dla skoczków wpadła żona, czy pan?

Najśmieszniejsze, że ani ona ani ja, tylko szwagier. To był taki czas, gdy brakowało nam w Polsce dobrego sprzętu. Rozmawialiśmy o tym, i szwagier zapytał: tak narzekacie, a właściwie dlaczego sami sobie nie uszyjecie strojów? Popchnął nas do tego i całe szczęście. Dobrze nam to wychodzi. Akurat gdy zaczęliśmy, zbliżał się sezon olimpijski. Wtedy - najlepszy sezon dla Polski. Soczi. Myślę, że jakaś w tym była i nasza zasługa. Największa oczywiście chłopaków, ale pomagało im to, że mogli liczyć na dobry sprzęt, który im pasował.

Czyli nie tylko bywa pan psychologiem Kamila, ale też uszył mu strój w którym skakał po złote medale w Soczi?

Skakał w naszych, tak. Dla żony to jest wspaniałe wspomnienie. Że dołożyła do tego wszystkiego malutką cegiełkę. Żona prowadzi firmę, ja jej pomagam. Teraz już nie szyjemy dla naszej kadry, tylko m.in. dla juniorów. Ale w kadrze ja skaczę w swoim kombinezonie. Nie jestem w sztabie żadnym konsultantem do spraw strojów. Najwięcej do powiedzenia w tej sprawie mają trenerzy. Ale gdy są jakieś pomysły, to nad nimi wspólnie dyskutujemy.

Z jakim nastawieniem idziecie na dużą skocznię?

Z tym samym co zwykle: skupić się na tym, co umiem robić najlepiej. I na nic się nie napalać. Ten sezon, a właściwie cały rok, to dla mnie przepiękny czas. Wszystko od początku przygotowań udaje się bardzo fajnie. I w życiu prywatnym, i w życiu sportowym. Żona i siostra niedługo przylatują do Korei, będą na obu konkursach, indywidualnym i drużynowym. I będzie jeszcze przyjemniej.


Sport.pl