IO 2018. Elektrony swobodne i porządek w biathlonowym chaosie. Czy polska, kobieca sztafeta może sprawić niespodziankę?

Niedawno były trochę jak elektrony swobodne, z których każdy leciał gdzie chciał. Od 9 miesięcy w biathlonowym świecie chaosu jednak nie ma. - Jesteśmy jednością, mamy inne nastawienie, szkoda, że trenera Torgersena nie było z nami wcześniej - słyszymy pytając u źródła. Czy zjednoczone, polskie biathlonistki na Igrzyskach Olimpijskich w Pjongczang dadzą nam długo wyczekiwany medal?
Weronika Nowakowska (pierwsza z lewej) Weronika Nowakowska (pierwsza z lewej) PONTUS LUNDAHL/AP

- Te medale na szyi w kobiecej sztafecie wieszano nam już ostatnio - na igrzyskach w Soczi,  czy potem na mistrzostwach świata. W Kontiolahti w 2015 jakby policzyć wyniki w biegach indywidualnych to wręcz byliśmy pewniakiem do medalu. Teraz startujemy z innego poziomu. Może ta sytuacja będzie dla nas lepsza - mówi nam Dagmara Gerasimuk, prezes Polskiego Związku Biathlonu. Sama w roli polskich faworytów do medali wymienia naszych skoczków oraz łyżwiarki. Zaznacza jednak, że pewnie znajdzie się do tego jakiś joker. - Może właśnie sztafetowy biathlon - dodaje uśmiechnięta.

Monika Hojnisz Monika Hojnisz Fot. Bartosz Wlaźlak/PZBiath.

Drużynowy chaos

Czynnikiem, który po pierwsze cieszy, po drugie pozwala bardziej wierzyć w sztafetowy sukces naszych pań jest drużyna. Ta za ostatnich lat niedawnych trenerów kadry - Adama Kołodziejczyka i Tomasza Sikory funkcjonowała bardziej w teorii. Wydawało się, że materiał na wspólny sukces jest. Po kilku trumfach indywidualnych na mistrzostwach świata, pojawiło się jednak złamanie, nieufność do trenera. Panie realizowały zatem własne pomysły na dalszą sportową drogę. Czołowe, polskie biathlonistki przypominały wtedy swobodne elektrony. Każdy z nich krążył sam, niezależnie od innych. Chaos się pogłębiał.

Monika Hojnisz trenowała z główną grupą,  Krystyna Guzik chętnie wyjeżdżała do  austriackiego teamu, Magdalena Gwizdoń ćwiczyła w kadrze B, Weronika Nowakowska sięgała po trenerkę personalną. Dobrych efektów jednak nie było. Po fatalnych Mistrzostwach Świata 2017 w austriackim Hochfilzen, Kołodziejczyk i Sikora podali się do dymisji. Dwa miesiące później, w kwietniu trenerem kadry został 35-letni Norweg Tobias Torgersen.

Krystyna Guzik Krystyna Guzik Fot. Bartosz Wlaźlak/PZBiath.

Tobias odnowiciel

Ten swoją kadencje rozpoczął od zjednoczenia drużyny. Jeździł, rozmawiał z zawodniczkami, słuchał ich potrzeb, nakreślał swój plan, eliminował sytuacje konfliktowe. Podziałało. Panie znów są teamem i właściwie z każdej strony słychać superlatywy.  

- Jeszcze nie miałyśmy w kadrze takiej atmosfery  jak obecnie. Trener Tobias dokonał niemożliwego. Jesteśmy wszystkie traktowane równo, nie ma faworyzowania. Zupełnie zmieniło się nasze sportowe życie. Szkoda, że wcześniej nie było go z nami - szczerze mówi nam Krystyna Guzik.

- Brakowało mi treningów ze starszymi, doświadczonymi dziewczynami - Weroniką, Krystyną czy Magdą. Taka rywalizacja jest po prostu potrzebna - dodaje Hojnisz.

- Po tych dziewięciu miesiącach mogę powiedzieć, że jesteśmy jednością. Widzę po zawodniczkach inne nastawienie - optymistyczne. Szanujemy swoją pracę, jesteśmy wspólnie odpowiedzialni za wynik, nawet w konkurencjach indywidualnych - zapewnia Sport.pl prezes  Gerasimuk.

Zaufanie, odpowiedzialność,  wsparcie - rzeczy,  które niby należą się  automatycznie, w naszej kadrze są jakby na nowo. Wspólny i trudny cel tylko w tym pomaga. Dziewczyny też sobie pomagają. Dla nieobecnej na przedolimpijskiej próbie Nowakowskiej, trasę w Pjongczang kamerą zarejestrowała Guzik. Przyda się i jednej i drugiej.

- Nagrałam dla niej wszystkie pętle, by miała w nie wgląd i lepiej się przygotowała. Ja też sobie te nagrania oglądam. Znam je już niemal na pamięć - uśmiecha się biathlonistka z Zakopanego.

Błoto i śnieg, czyli pole golfowe

Dobre rozeznanie i nauka trasy to przy Pjongczang będzie podstawa, ważna cegiełka do wyczekiwanego sukcesu. Panie zgodnie mówią, że organizatorzy z Korei Południowej zafundowali im jedne z najbardziej wymagających tras na jakich startowały.

-  Mają sporo długich i stromych podbiegów, czy zjazdów z ciężkimi zakrętami. Wiele zależeć będzie od pogody. Jak zrobi się cieplej, a potem ściśnie mróz, to po prostu będzie niebezpiecznie. Łatwo z tej trasy wypaść. Jak byłyśmy tam ostatnio, to śnieg był pomieszany z błotem - opisuje Guzik.

 - Tam jest pole golfowe, które jeszcze dobrze nie zarosło trawą! Jak wjechało się w taki fragment, to narty momentalnie łapały ten bród i potem nie szły jak trzeba. Liczę, że trasa będzie jednak dobrze przygotowana - mówi nam Guzik.

Magdalena Gwizdoń i Monika Hojnisz Magdalena Gwizdoń i Monika Hojnisz Fot. Szymon Sikora / PZBiath

Szansa to ostatnia

Sprzyjające warunki, dobrze posmarowane narty, precyzja na strzelnicy i trochę szczęścia - elementów który może złożyć się na dobry wynik sztafety jest sporo. Kandydatami do podium nie jesteśmy. Bukmacherzy plasują nas w okolicach 9. miejsca. Właśnie takie nasze panie zajęły w Soczi. W 2010 roku w Vancouver były 12. Najlepiej poradziły sobie w 2006 roku w Turynie. Wtedy Krystyna Pałka, Magdalena Gwizdoń, Magdalena Grzywa i Katarzyna Ponikwia zajęły 7. lokatę.

Rywalizacja w PjongCzang dla większości naszej obecnej sztafety będzie szczególna.

- Dla niektórych to ostatnie igrzyska olimpijskie - przyznaje prezes PZB. Krystyna Guzik i Magdalena Gwizdoń na największej imprezie zaprezentują się już po raz czwarty. Gwizdoń za 4 lata będzie miała 43 lata, Guzik niemal 40. Nieco młodsza od nich Weronika Nowakowska, dla której to trzecia olimpiada, jasno zapowiada, że na następnej jej nie zobaczymy. 

- Dziewczyny zdają sobie sprawę, że razem o wszystko grają już ostatni raz. Przez to jednak są bardziej zmobilizowane. Wiedzą, że sesji poprawkowej po Pjongczang nie będzie - przyznał trener Torgersen.

Pierwsza, na razie indywidualna rywalizacja z udziałem pań, już 10 lutego. Wtedy staną do sprintu na 7,5 km. 22 lutego wyczekiwany egzamin sztafetowy.