Pjongczang 2018. Przewodniczący komisji zjazdów PZN: Jasiczek czy Kłusak? Nieoficjalnie Jasiczek, ale związek zwleka, bo się boi

- Ponieważ ukazało się tak dużo artykułów, to PZN zwleka z oficjalną decyzją - mówi Andrzej Łodziński, przewodniczący komisji zjazdów Polskiego Związku Narciarskiego. Federacja ciągle nie zdecydowała czy na igrzyska olimpijskie do Pjongczangu wyśle Michała Kłusaka, czy Michała Jasiczka. - Na posiedzeniu komisji zjazdów był raz, cztery lata temu. A jak pytam dlaczego mi nie odpisuje, to potrafi odpowiedzieć "bo ja jestem niepiśmienny" - opowiada Łodziński o Andrzeju Kozaku, wiceprezesie ds. narciarstwa alpejskiego, który - podobno wbrew woli środowiska - nalega, by w Korei wystąpił Jasiczek

Łukasz Jachimiak: Polski Związek Narciarski nadal nie ogłosił którego z alpejczyków wyśle do Pjongczangu. To dlatego, że cały czas liczymy na dodatkowe miejsce, które pozwoliłoby na start w igrzyskach i Michałowi Jasiczkowi, i Michałowi Kłusakowi?

Andrzej Łodziński: To mało prawdopodobne, bo trzeba by było liczyć, że ze swoich miejsc zrezygnuje dużo krajów takich jak Portugalia czy Portoryko. Wtedy FIS idzie według miejsc na liście olimpijskiej i daje dzikie karty najwyżej sklasyfikowanym krajom, które nie mają zapewnionych pełnych kwot. Jest jednak wątpliwe, że szukając chętnych na zwolnione miejsca FIS dojdzie aż do 317. pozycji, którą zajmuje Maryna Gąsienica-Daniel. Ona dla siebie ma pewne miejsce, jedno pewne mamy też dla mężczyzny, a Maryna mogłaby zapewnić nam drugie, gdyby doszło aż do niej w wyniku tych przesunięć spowodowanych rezygnacjami. Nie jest tak, że kobieta zdobywa miejsce dla kobiety, bo ranking jest wspólny. Dlatego też nasi zawodnicy mają aż tak odległe miejsca na tej liście.

Kiedy będzie wiadomo które kraje dostaną dodatkowe miejsca?

- FIS już dawno ogłosił, że 24 stycznia każde państwo musi mu zgłosić czy zamierza wykorzystać swoje miejsca. Jeszcze rano Polska była w systemie zaznaczona na czerwono, co oznaczało, że nie potwierdziła chęci wysłania do Pjongczangu swoich zawodników [po południu nasze zgłoszenia były już "zielone", czyli zatwierdzone]. Mówimy o tej dwójce, której gwarancję wysłania mamy, czyli o Marynie i o jednym z panów.

Jest jakaś godzina, do której trzeba potwierdzić chęć wykorzystania przyznanych miejsc?

- FIS żadnej godziny nie podał, a skoro jest mowa o 24 stycznia, to musi znaczyć, że trzeba zdążyć do końca tej daty, czyli do godziny 23.59. FIS czeka aż wszystkie kraje potwierdzą albo nie potwierdzą przyjazd swoich zawodników, dopiero później dokona relokacji i niektórym państwom wyśle propozycję skorzystania z dodatkowych miejsc. Wtedy da im 12 godzin na odpowiedź czy te miejsca biorą, czy nie.

Czyli tak naprawdę 25 stycznia okaże się czy będzie dodatkowe miejsce dla Polski?

- Tak, ale bardzo trudno przeprowadzić symulację tak, żeby była dla nas korzystna. Trzeba by wyciąć bardzo wiele krajów z listy olimpijskiej, na podstawie której FIS przyznaje kwalifikacje. Wątpliwe, że aż tyle państw zrezygnuje z wysłania swoich przedstawicieli. Swoją drogą fakt, że FIS bazuje na liście olimpijskiej potwierdza, że ta lista jest najważniejsza i że Polski Związek Narciarski w oparciu o nią powinien wybrać zawodnika na igrzyska.

Czyli że jechać powinien Kłusak, a nie Jasiczek.

- Zgadza się. Ale organizatorom na razie nie zależy na nazwisku. Na stronie FIS-u jest informacja, że ostateczna rejestracja odbędzie się 29 stycznia i to wtedy organizatorzy igrzysk muszą dostać wszystkie nazwiska, żeby wiedzieli, kto konkretnie do nich przyjedzie. Dzisiaj organizatora interesuje nie kto, tylko ile.

Czy to znaczy, że smutny serial "Jasiczek albo Kłusak" będzie trwał jeszcze kilka dni?

- Wkrótce Polski Komitet Olimpijski może zażądać nazwiska, żeby nie czekać do końca, tylko już sobie wszystko przygotować. Wiem, że w PKOl-u jest zebranie 26 stycznia. Myślę, że wtedy musi być gotowa ostateczna lista imienna.

Czy 23 stycznia szefostwo PZN-u nie zapowiadało, że dzień później zbierze się zarząd i zagłosuje w tej sprawie?

- Nieoficjalnie mówią, że pojedzie Jasiczek, ale ponieważ są takie naciski i ukazało się tak dużo artykułów, to PZN zwleka z oficjalną decyzją.

Związek będzie grał na zwłokę aż do 26 stycznia?

- Mogą tak zrobić. Mówią, że ma być zebranie zarządu, a normalnie takie sprawy załatwiało prezydium, a zarząd "klepał". Ale widocznie teraz pali im się ziemia pod nogami i ma decydować zarząd. Niestety nasze władze samie sobie są winne, bo przespały ważne rzeczy. W 2016 roku było wiadomo, że jeżeli ktoś będzie w "30" danej konkurencji w Pucharze Świata, to kraj dostanie dodatkowe miejsce na igrzyska. Maciej Bydliński miał szanse to zrobić. On jeszcze w zeszłym roku był 30. na mistrzostwach świata, mimo że już praktycznie nie trenował.

Wystarczyło być w "30" na imprezie mistrzowskiej albo w Pucharze Świata?

- Chodziło o to, żeby być w pierwszej "30" na liście startowej. To się liczy jak w tenisowych rankingach. Broni się punktów z poprzedniego sezonu. I Bydliński spokojnie się mieścił w "30" kombinacji.

Korzystał na tym, że niewielu zawodników w niej startuje?

- Tak, odpuszczają ją, bo to dodatkowe obciążenie. Już coraz mniej jest zawodników, którzy jeżdżą wszystko, narciarstwo alpejskie poszło w kierunku specjalizacji. A Bydliński miał naprawdę dużą szansę i gdyby PZN na to postawił, mielibyśmy teraz dodatkowe miejsce. Ale nikt o to nie zadbał. A w tej całej historii jest jeszcze jedna rzecz, o której nikt nie mówi. Mianowicie wybrani przez wiceprezesa Andrzeja Kozaka do kadry Bębenek i Habdas nie istnieją w ogóle jako potencjalni kandydaci, bo przez cztery lata nic nie osiągnęli. Bębenek się wycofał, bo się załamał, fizycznie się wykończył. Trener Vlado Kovar tak się opiekował zawodnikami, że żaden nic nie osiągnął, tylko były kontuzje. Trzeba się zastanowić czy to przypadek.

Lista olimpijska zdaje się potwierdzać pańskie słowa, skoro pierwszym z Polaków jest na niej Kłusak, a za nim są Bydliński, Paweł Babicki i Jasiczek, a kadrowicz Habdas jest jeszcze za Andrzejem Dziedzicem, Jędrzejem Jasiczkiem, Adamem Chrapkiem i Jakubem Kłusakiem.

- Lista pokazuje formę na przestrzeni dłuższego czasu, bo tu liczą się wyniki od 1 lipca 2016 roku. Sumowane są wyniki w dwóch najlepszych konkurencjach. To też pokazuje, że promowani są ci zawodnicy, którzy jeżdżą w więcej niż tylko jednej konkurencji, a przypomnijmy, że Jasiczek startuje w jednej, natomiast Kłusak w trzech. Ale dobrze, podzielmy te punkty Kłusakowi przez dwa, skoro jemu są liczone z dwóch konkurencji, a Jasiczkowi z jednej. Wtedy i tak Kłusak będzie lepszy [ma 2694 pkt, a Jasiczek ma 1315 pkt].

Wtedy różnica byłaby już niewielka. I właśnie w tym rzecz - nie mamy tu wyboru między dobrym i złym alpejczykiem, tylko mamy wybór jednego z dwóch takich, których niestety nie stać na spektakularne rzeczy. Pan jest przekonany, że Kłusak jest jednak wyraźnie lepszy i że sprawiedliwość jest po jego stronie?

- Tak, bo on jest też ostatnio w życiowej formie. Pracował na nią przez kilka lat. Szło to wolno, również dlatego, że w konkurencjach szybkościowych sprzęt odgrywa bardzo dużą rolę. Wiele razy było widać, że przez minutę jechał dobrze, a w końcówce nagle stawał i tracił więcej niż przez całą wcześniejszą trasę. Ale i z tym sobie jakoś zaczął radzić. Niedawno wygrywał zawody, a od dawna nikt z Polaków nie wygrał żadnego zjazdu. Poprzednio Bydliński w Nowej Zelandii parę lat temu.

CIT Arnold Lunn World Cup - tak się nazywały zawody, w ramach których Kłusak wygrał. Która to światowa liga?

- To jest trzeci szczebel, następny po Pucharze Świata i Pucharze Europy. Ale jednak i tam startuje po 75 takich gości jak lokomotywy. Tam też nie jest prosto wygrać.

A jest prosto być na 31. miejscu w slalomie w Pucharze Świata? Zwolennicy Jasiczka podkreślają, że tylko 0,01 s zabrakło mu do miejsca w Top 30, a takie dałoby mu prawo startu w Pjongczangu.

- No tak, ale nie skończył drugiego przejazdu, zresztą to było już dosyć dawno. Proszę wejść w biografię Jasiczka i popatrzeć, ile razy już mu się nie udało. Generalnie konkurencje techniczne i szybkościowe są trudno porównywalne. Ale skoro przyjęło się takie kryteria, że decyduje lista olimpijska, to powinno się tego trzymać, a nie rozmawiać teraz o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą albo odwrotnie.

Skoro mówi Pan, że mamy tu dylemat jak z wyższością jednych świąt nad drugimi, to znaczy, że nie potrafi Pan jednoznacznie powiedzieć, który z naszych alpejczyków jest naprawdę lepszy?

- Zrobiłem analizę formy obu i wyszło mi, że Jasiczek był najlepszy w 2014 roku, ale później się pogarszał. W 2016 roku był jeszcze około 75. miejsca w slalomie, później spadł w okolice 150. miejsca, a w tym sezonie ma takie wyniki, które każą go klasyfikować około 250. miejsca. Kłusak najlepsze wyniki zrobił w ostatnich dniach i one będą się liczyły dopiero na najnowszej liście FIS-u 7 lutego. On będzie blisko pierwszej "setki" na świecie. Tak to wygląda sportowo. A trochę na usprawiedliwienie obu powiem jeszcze o tym, o czym mało kto chce pamiętać. Wszyscy mówią, że to marny poziom. Ale czy taki marny, jak na fakt, że obaj zawodnicy pracują prywatnie? Jasiczek jest majętnym facetem, więc może wydać na narciarstwo nawet ponad milion złotych. Kłusak aż takich środków nie ma, ale też ze 150 tysięcy złotych wydał. Trudno po czymś takim skreślić jednego z nich, ale skoro trzeba, to powinniśmy się trzymać własnych ustaleń i postępować sprawiedliwie. Najgorsze byłoby teraz zrobienie białej plamy.

To znaczy, że PZN - wiedząc, że za każdą decyzję będzie krytykowany - uznał, że może najlepszym wyjściem byłoby zrezygnowanie z przyznanego Polsce miejsca?

- Tak, a przecież trzeba pokazać, że istniejemy i przede wszystkim dać nadzieję zawodnikom, którzy trenują, by kiedyś wystartować w igrzyskach. Były głosy, że rezygnując z miejsca związek nie narazi się żadnej ze stron. A moim zdaniem tak czy inaczej wszystko się skończy aferą. Powyciągane zostaną różne rzeczy. Dziwię się tylko, że prezes Tajner dał tu sobie wbić gola. Niepotrzebnie posłuchał wiceprezesa Kozaka, który wyskoczył ze zmianą zasad dwa tygodnie temu, ni z gruszki, ni z pietruszki. On promuje Jasiczka, wszyscy są innego zdania, ale Tajner go słucha i tak naprawdę nie zajmuje się narciarstwem alpejskim. Kozak zresztą też nie, choć jest przecież wiceprezesem ds. narciarstwa alpejskiego. Na posiedzeniu komisji zjazdów był raz, cztery lata temu. A jak się do niego zwracam, pytam dlaczego mi nie odpisuje, to potrafi odpowiedzieć "bo ja jestem niepiśmienny". To co on tu robi? Pism do niego wysłałem tyle, że można by z nich złożyć książkę grubości książki telefonicznej. Jestem trenerem, instruktorem, wykładowcą i prezesem klubu, ale mam też własną firmę, jestem inżynierem i nie zależę od ludzi ze związku. Nie boję się, że stracę jakąś funkcję albo że mi nie dadzą związkowej kurtki. A wszyscy inni są jakoś uwikłani. Im jest trudno cokolwiek powiedzieć, bo się boją. Ja mogę sobie na to pozwolić. Szkoda tylko, że tę moją książkę telefoniczną strona po stronie szefowie związku wyrzucają do kosza.

Prezes Tajner stwierdził, że pańska rekomendacja dla Kłusaka się nie liczy, bo nie jest Pan od ustalania składu, tylko od szkolenia młodzieży. Rzeczywiście tylko tym zajmuje się komisja zjazdów?

- Pięć lat temu było zapisane, że komisja zjazdów odpowiada za rozwój dyscypliny, opiniuje zatrudnienie trenerów, pomaga uzgadniać zasady kwalifikacji. Ja się na to wiele razy powoływałem, więc sukcesywnie skreślano kolejne punkty dotyczące uprawnień komisji, aż w końcu został tylko jeden - że komisja zajmuje się sportem młodzieżowym.

Poza komisją za Kłusakiem stoi też chyba kierownik wyszkolenia Stanisław Czarnota? To też za mało?

- Tak naprawdę to środowisko nie jest podzielone, ono ma jasny pogląd. Po prostu zrobiło się starcie Kozak kontra reszta. Widzę, że Tajner się teraz trochę boi, stąd zwlekanie z decyzją. My chcieliśmy, żeby wszystko było jasne już dawno, przed świętami. Zawodnik, który zapieprza po 120 km/h powinien mieć spokój, a nie się zastanawiać czy on pojedzie czy nie pojedzie na igrzyska. To co się z dzieje teraz w głowie Jasiczka i w głowie Kłusaka już zupełnie przekracza granicę. Jest analizowanie absolutnie wszystkiego. Patrzy się np. na to, że Jasiczek potrzebuje krótkich nart, o długości 165 cm, a Kłusak trzech par do trzech konkurencji i jego narty są dłuższe o 50 cm, więc liczy się, że on generuje większy koszt. Ale takie rzeczy nie powinny mieć żadnego znaczenia, przecież samolot i tak leci, sprzęt się zmieści. Wiem jednak, że to wszystko już zostało opisane.

W komisji zjazdów macie Mariusza Kłusaka, ojca Michała. Zwolennicy Jasiczka na pewno stwierdzą, że po prostu popieracie syna kolegi.

- Co zrobić? Kłusak jest z okręgu, którego prezesem jest Kozak, reprezentuje przecież Tatrzański Związek Narodowy. To TZN go rekomendował, nikt inny. Kłusak jest w komisji już od czterech lat. W komisji zjazdów był kiedyś Bydliński, był Karasiński, był Chrapek. Trochę to tak jest, że z jednej strony to beznadziejne, ale z drugiej strony bez rodziców by to w ogóle nie działało. Teraz funkcjonujemy tak, że nasze pisma kierowane do zarządu w sprawie Michała Kłusaka przez jego ojca nie są nawet podpisywane, on w tym zupełnie nie uczestnicy.