Turniej Czterech Skoczni. Maciej Kot: Forma nie musi przyjść jutro, do igrzysk jest dużo czasu. Kamil Stoch? Myślę, że będzie historyczny dzień

- Rok temu skończył Turniej Czterech Skoczni na czwartym miejscu, teraz jest 14. Ale choć cały czas nie może wskoczyć do pierwszej "dziesiątki", to jest w znacznie lepszym humorze niż jeszcze kilka dni temu. - W Engelbergu i w Oberstdorfie nie było wesoło. Ale rozmowy ze Stefanem Horngacherem i z psychologiem pomogły. Umówiliśmy się, że forma nie musi przyjść jutro. Igrzyska za miesiąc, to jeszcze dużo czasu, żeby zbudować formę - mówi Maciej Kot. Opowiedział również o tym, dlaczego upadek Richarda Freitaga może być paradoksalnie złą informacją dla Kamila Stocha.

Kot jest zadowolony z konkursu

Kot zaczął turniej od 15. miejsca w Oberstdorfie, następnie był 18. w Garmisch-Partenkirchen i 13. w Innsbrucku. To wyniki bardzo podobne do 17. i 16. miejsca, jakie zajął w Engelbergu, w ostatnich startach przed turniejem. Wtedy Kot mówił, że brakuje mu już cierpliwości do czekania na lepsze pozycje, teraz mówi zupełnie inaczej.

Jesteś zadowolony ze swoich skoków i z 13. miejsca w Innsbrucku?

- O miejscu nie rozmawiajmy, taką już mam taktykę. A ze skoków jestem zadowolony. Środowy reset systemu pomógł. Pierwsza aktualizacja została już wgrana i dała fajny efekt. Do lepszego miejsca zabrakło mniej punktów odjętych za wiatr. Wydaje mi się, że one zostały dziwnie policzone, ale i tak dzień oceniam pozytywnie. Pojawiło się u mnie więcej radości ze skakania. 

Sezon nie układa się po myśli Kota

Na czym dokładnie polegał reset?

- Chodziło o to, żeby wrócić do podstaw skakania. Zaczęliśmy od skakania na 70 procent, żeby była dobra, luźna pozycja i żeby było prostowanie nóg na progu. Czyli chodziło o najprostsze ruchy, bardzo swobodne, a nie o koncentrowanie się na odległości. Ważne jest złapanie wyczucia, które pozwala właściwie układać ciało na dojeździe i przy wyjściu z progu. W konkursie zrobiliśmy kolejny krok naprzód - połączyliśmy dobrą pozycję z lepszym pchaniem na progu. Teraz będziemy do tego dokładać kolejne cegiełki. 

Od Kazimierza Długopolskiego, który odkrył Twój talent, i od Twojego taty słyszałem, że Twój problem zaczął się już w Wiśle, od zepsutego skoku w drugiej serii konkursu indywidualnego. Rzeczywiście wypadając wtedy z "dziesiątki" zgubiłeś pewność siebie?

- To zupełnie nietrafiona opinia. Szanuję opinie i taty, i pana Kazka Długopolskiego, ale tym razem się nie zgadzam. Konkurs w Wiśle od razu zostawiłem za sobą. Wiedziałem, że to był mój błąd, poszedłem dalej, kontynuowałem pracę. Później nie poukładały się konkursy, bo jak były dobre skoki, to były złe warunki, a jak były dobre warunki, to były złe skoki. Ciągle czegoś brakowało do osiągnięcia fajnego wyniku. Też Turniej Czterech Skoczni miał być przełomowy, a szybko się okazało, że nie będzie. W Oberstdorfie był problem. Ale szybko został zdiagnozowany. Myślę, że teraz już wróciłem na dobre tory.

Tuniej Czterech Skoczni - Innsbruck Tuniej Czterech Skoczni - Innsbruck Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta

Pojedynki z legendami

Po konkursach w Engelbergu mówiłeś, że brakuje Ci cierpliwości i wyglądałeś na podłamanego. Teraz nadal nie osiągasz świetnych wyników, ale wyglądasz na spokojnego. Trener upewnił Cię, że da się wszystko wyprowadzić do igrzysk?

- W Engelbergu i w Oberstdorfie nie było wesoło. Ale rozmowy ze Stefanem Horngacherem i z psychologiem pomogły. Ustaliliśmy plan działania, umówiliśmy się, że forma nie musi przyjść jutro, że trzeba dać sobie czas i myśleć przede wszystkim o igrzyskach. One są za miesiąc, to jeszcze dużo czasu, żeby zbudować formę. Mając te priorytety w głowie i troszkę też odpuszczając myślenie tutaj o wyniku, udało się wszystko pozbierać do kupy, ustalić plan i pracować krok po kroku nie po to, żeby stanąć na podium w turnieju, tylko po to, żeby iść do przodu i na igrzyskach pokazać dobre skakanie.

W Innsbrucku skakałeś w parze KO z Noriakim Kasaim, w poprzednim konkursie mierzyłeś się z Gregorem Schlierenzauerem. Lubisz spotkania z wielkimi rywalami?

- To jest fajne, chociaż system KO to ozdoba dla kibiców, a my skaczemy tak, jakby tego systemu nie było. Jednak możliwość pokazania się w parze z Gregorem czy z Noriakim to dla mnie nobilitacja. Co prawda oba pojedynki przegrałem, ale i tak wywalczyłem awans do drugiej serii i później swoich rywali wyprzedzałem. A ich chyba motywuje moja osoba, bo ogólnie nie błyszczą, ale kiedy walczą ze mną w parze, spisują się bardzo dobrze.

Paradoksalnie zła informacja dla Stocha?

Po upadku Richarda Freitaga Kamil Stoch już chyba nie ma rywala w turnieju?

- Innsbruck to był kolejny fenomenalny konkurs Kamila. A Richarda bardzo szkoda. Nie dlatego, że źle życzę Kamilowi, bo życzę mu bardzo dobrze. Wiem, że Kamil i tak by z nim wygrał, a przez upadek Richarda turniej wiele stracił dla kibiców. Można powiedzieć, że już się skończył. Kamil musi już teraz tylko mocno stać na nogach, dosłownie i w przenośni, musi każdy skok pewnie lądować, dalej być na swoim poziomie. Brak rywala blisko może zdjąć z niego presję, ale z drugiej strony teoretycznie może być tak, że Kamil się skoncentruje na wyrównaniu wyniku Svena Hannawalda, a to byłoby złe. Jednak jestem o Kamila spokojny, on pewnie o tym rekordzie nawet nie będzie chciał rozmawiać. Zrobi swoje i myślę, że w Bischofshofen będzie historyczny dzień.

Hannawald największym rywalem Stocha

Czyli teraz głównym rywalem Stocha w TCS jest Hannawald?

- Można tak powiedzieć. Wiadomo, że to jest sport i konkurs w Innsbrucku dobitnie pokazał, że niczego nie można być pewnym. Wydawało się, że może Richard nie wygra turnieju, ale drugie miejsce ma w kieszeni. A teraz nie będzie go nawet w dziesiątce, o ile w ogóle zdrowie pozwoli mu na start w Bischofshofen. Kamil jest jednak dobrze przygotowany psychicznie, nie ma dla niego znaczenia czy Richard odpadł. Jedyne, o co kibice mogą się martwić, to zdarzenia losowe - podmuchy wiatru czy jakieś dziury na zeskoku. 

Widziałeś skok Freitaga? Co według Ciebie spowodowało jego upadek? Wydaje się, że to był przede wszystkim jego błąd, tak uważa również Adam Małysz. 

- Zeskok na pewno nie był równy, były dziury. Ale według mnie była to wina Richarda. On schodząc do lądowania nie ściąga najpierw przodów nart, tylko tyły. I przez to narty były skrzyżowane, prawa wylądowała na lewej, to spowodowało, że prawa narta odjechała i było już po wszystkim. Bardzo brzydko to wyglądało, poleciał do przodu, powyginało mu nogi. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Richard to równy gość, nasz kolega i trzymamy za niego kciuki.

Nowe lądowanie pomogło Stochowi

Kamil też miał problemy przy lądowaniu. I to prawie dokładnie w tym samym miejscu, w którym upadł Freitag. 

- Kamil wylądował dobrze, ale w dziurę i bardzo podbiło mu do góry prawą nartę. Po tym narty zaczęły mu się rozjeżdżać, ale bardzo dobrze to ustał. Trzeba powiedzieć, że od zeszłego roku, gdy Kamil upadł w Innsbrucku w serii próbnej, zrobił duży postęp jeśli chodzi o lądowanie. Jest ono tak samo ładne, ale dużo pewniejsze. Nie jest takie głębokie, ale jest bardziej stabilne. Myślę, że to umożliwiło Kamilowi tak pewne wylądowanie w trudnych warunkach. 

Freitag zakwalifikował się do drugiej serii, ale w niej nie wystąpił. Miał za mało czasu na dojście do siebie? 

- Rzeczywiście czasu było bardzo mało, bo tylko 20 minut przerwy, a on jechał w trzeciej parze od końca w pierwszej serii, a w drugiej miał ruszać jako dziewiąty. Musiałby praktycznie od razu jechać na górę. Wydaje mi się, że był dość mocno poobijany i ktoś chciał go obejrzeć. Chyba Niemcy wiedzieli, że dla niego walka o zwycięstwo w turnieju już się skończyła, więc z myślą o kolejnych zawodach, o igrzyskach olimpijskich, podeszli do sprawy asekuracyjnie, postanowili nie podejmować ryzyka i pojechali do szpitala.