MŚ w biathlonie. Co dalej z polską kadrą?

Polski biathlon nie może sobie pozwolić na tracenie takich zawodniczek jak Weronika Nowakowska - pisze po MŚ w Oslo Tadeusz Kądziela, dziennikarz Sport.pl i ?Gazety Wyborczej?.
W biathlonowej kadrze gotowało się już od co najmniej dwóch sezonów, aż wreszcie w Oslo wykipiało. Dwie z czterech polskich biathlonistek reprezentujących międzynarodowy poziom otwarcie sprzeciwiły się dalszej pracy z trenerem Adamem Kołodziejczykiem. Trzecia oficjalnie milczy, ale jeszcze rok temu napisała skargę na niego do związku.

W 2013 r. - karierę zakończyła Agnieszka Cyl, a w sierpniu 2014 r. Paulina Bobak. Obie miały po 29 lat i też nie dogadywały się z trenerem.

W kwietniu minie pięć lat, odkąd Kołodziejczyk zastąpił Norwega Jona Arne Enevoldsena. Pod jego kierownictwem kadra wywalczyła cztery medale MŚ - pierwsze indywidualne w historii kobiecego biathlonu w Polsce. Dla Nowakowskiej, Krystyny Guzik i Moniki Hojnisz były to największe sukcesy w karierze. Czemu więc część zawodniczek nie chce z nim pracować?

W rozmowach z biathlonistkami przewijają się dwie kwestie: zbyt mała indywidualizacja treningu oraz podejście, jakie ma do nich trener. Nie podoba im się, że mają po prostu wykonywać jego polecenia i nie dyskutować. Mówią, że Kołodziejczyk nie bierze pod uwagę ich zdania, samopoczucia czy tego, na której zmianie lubią biegać w sztafecie.

Trener słów zawodniczek komentować nie chce, ale w przeszłości nieraz przyznawał, że praca w kadrze nie należy do łatwych i przyjemnych. Skarżył się, ile czasu mu zajęło, zanim wszyscy przekonali się do współpracy z dietetykiem i fizjologiem. Że każda z zawodniczek ma swoje przyzwyczajenia i pomysły, a na zgrupowaniach najchętniej mieszkałyby osobno. Że nie są jak drużyna Francuzek, które na treningu jadą w grupie, śpiewając głośno "Marsyliankę". Wreszcie, że on jest trenerem, a nie psychologiem i długie rozmowy nie są w jego stylu.

Poza opieką nad kadrą Kołodziejczyk jest też szefem wyszkolenia w Polskim Związku Biathlonu. Zatwierdza plany treningowe dla wszystkich reprezentacji. Wie więc najlepiej, że sztafetę, która w Oslo zajęła czwarte miejsce MŚ, i resztę kadry dzieli przepaść. Dowód? Celem dla zawodników z kadry B było zakwalifikowanie się na ME w Tiumeniu. Wymogiem związku było wywalczenie dwóch miejsc w dziesiątce w Pucharze IBU, czyli odpowiedniku Pucharu Kontynentalnego w skokach. Nikomu się to nie udało i Polaków w Rosji zabrakło.

W biathlonie coraz częściej sukcesy osiągają młodzi zawodnicy. Medale w Oslo na drugich kolejnych MŚ zdobywali Norweg Johannes Thingnes Bo (22 lata), Francuzka Justine Braisaz (20), Niemki Laura Dahlmeier i Franziska Preuss (obie po 22). Włosi stawiają na Lisę Vittozzi (21), a Austriacy - na Lisę Hauser (22). W Polsce też stawiają na młodych, ale większych efektów nie widać. Przed sezonem do kadry A dołączyli 18-letnia Kamila Żuk i 20-latkowie: Kinga Mitoraj, Mateusz Janik i Rafał Penar. W tym sezonie nie błyszczeli nawet w gronie rówieśników podczas MŚ juniorów, w nielicznych startach w PŚ przeważnie zajmują miejsca pod koniec stawki. Kołodziejczyk powtarza, że potrzebują czasu. Mają być gotowi na igrzyska w 2018 r. Do tego czasu o obliczu polskiego biathlonu będą decydować zawodniczki sztafety. Ich średnia wieku - 30 lat - była zdecydowanie najwyższa w pierwszej dziesiątce w Oslo. Wygrały Norweżki (26 lat) przed Francuzkami (25) i Niemkami (24,5). Najbliżej Polek były Słowenki, które mimo wystawienia 38-letniej Andrei Mali miały średnią 28,5 roku.

Doceniam starania związku, żeby promować biathlon, rozwijać go u podstaw. O zainteresowaniu sponsorów decydują jednak wyniki pierwszej reprezentacji i jej obecność w telewizji. 36-letnia Gwizdoń jest jedną z najstarszych zawodniczek w Pucharze Świata, a po końcu kariery czeka na nią posada w wojsku w stopniu starszej szeregowej. 32-letnia Guzik mówiła "Wyborczej" przed MŚ, że każdy sezon może być jej ostatnim. Na razie to odległa wizja, ale może być i tak, że wkrótce jedyną liczącą się seniorką będzie wychowana przez Kołodziejczyka Hojnisz.

Wszystko to pokazuje, jaką stratą dla polskiego biathlonu jest brak Nowakowskiej, która decyzję o przerwaniu kariery podjęła już sześć miesięcy po zdobyciu dwóch medali MŚ w Kontiolahti. Możliwe, że po urodzeniu bliźniaków wróci silniejsza, tak jak Marie Dorin Habert. Francuzka jako matka w dwóch ostatnich MŚ zdobyła sześć medali, choć przed ciążą na podium stawała tylko w sztafecie. Równie dobrze Nowakowska może zakończyć karierę, tak jak wcześniej po macierzyństwie uczyniła Cyl. Nawet jeśli niecała wina leży po stronie trenera i związku, to oni poniosą tego konsekwencje.

Julia Kanakina, księżniczka sportów zimowych oraz chluba skeletonu [ZDJĘCIA]