Biathlon. Polacy znów zdublowani. Jaki sens mają ich starty?

Sztafeta Polaków zajęła 20. miejsce w gronie 23 zespołów podczas biathlonowego Pucharu Świata w Anterselvie. - Ich starty są między innymi po to, byśmy mieli miejsca startowe, w przyszłości gdy już doczekamy się lepszych zawodników - tłumaczy w rozmowie ze Sport.pl Adam Kołodziejczyk, szef wyszkolenia w Polskim Związku Biathlonu.
Dyskutuj z autorem na Twitterze

Szóstego marca tego roku miną równo trzy lata, od kiedy polski biathlonista zdobył punkty do klasyfikacji Pucharu Świata. Był to Tomasz Sikora, który podczas mistrzostw świata w Ruhpolding zajął 37. miejsce w biegu indywidualnym [w biathlonie punkty zdobywa 40 pierwszych zawodników - przyp. aut.]. Licznik bije i trudno oczekiwać, by zatrzymał się w najbliższym czasie.

Dokąd biegną Pływaczyk i Szczurek?

Od końca kariery Sikory twarzami męskiego biathlonu w Polsce są niespełna 32-letni Krzysztof Pływaczyk i 26-letni Łukasz Szczurek. Pierwszy ma na koncie pięć miejsc w pierwszej dwudziestce Pucharu Świata, ale wszystkie z sezonu 2007/08. Potem jego karierę przerwała na długo późno zdiagnozowana borelioza.

Od kilku sezonów Pływaczyk i Szczurek, były mistrz świata juniorów młodszych, walczą o powrót do formy. Bezskutecznie. Brak sukcesów spowodował, że po zakończeniu kariery przez Sikorę ministerstwo drastycznie obcięło środki na szkolenie mężczyzn. Biathloniści znaleźli się w zamkniętym kole - nie mieli za co porządnie przygotować się do sezonu, więc wyniki były jeszcze słabsze. W sezonie 2013/14 poza 49. miejscem Pływaczyka ani razu Polak nie załapał się choćby do pierwszej sześćdziesiątki.

Powrót Panitkina

Przed obecnym sezonem ponownie sformowano siedmioosobową kadrę, którą objął Ukrainiec Mikołaj Panitkin, powracający do pracy po dwuletniej przerwie. O przełomie na razie trudno mówić. - Cieszymy się, że miejsca indywidualne nie zawsze są koło 90, że trafiają się nawet takie w sześćdziesiątce. Wiadomo, że ludzie mówią, że jest źle, a trzeba się temu przyglądać - zaapelował po niedzielnej sztafecie w Anterselvie biegnący na drugiej zmianie Grzegorz Guzik. - Za każdym razem wychodzimy walczyć o jak najwyższe miejsce. Po pół roku czasu, kiedy trenujemy wszyscy razem, pod okiem jednego trenera, nie możemy oczekiwać nie wiadomo czego - dodał.

Śledząc Ranking Narodów

Prawda jest jednak taka, że w Polskim Związku Biathlonu mało kto na Pływaczyka i Szczurka liczy. - To byli w kategoriach juniorskich zawodnicy utytułowani i perspektywiczni. Minęło od tych czasów dziesięć lat. Teraz nie osiągają zadowalających wyników - analizuje Kołodziejczyk. - Musimy czekać. Te ich starty są między innymi po to, byśmy mieli miejsca startowe w najważniejszych zawodach. By w przyszłości, gdy już doczekamy się lepszych zawodników, oni mieli gdzie startować - tłumaczy.

O liczbie miejsc w Pucharze Świata decyduje Ranking Narodów. Punkty do niego zdobywają zawodnicy w każdym starcie indywidualnym i w każdej sztafecie. Przykładowo Polacy w Anterselvie powiększyli swój dorobek o 53 i 25 punktów za sprint (84. i 98. miejsca Guzika i Szczurka) oraz o 120 punktów za 20. miejsce w sztafecie. W tym momencie zajmują 22. miejsce wśród 31 reprezentacji z dorobkiem 1363 punktów.

Co to daje? Według obecnych przepisów IBU kraje z miejsc 15.-20. mogą wystawić po trzech zawodników, a te z miejsc 21.-25. po dwóch. Od nowego sezonu przepisy ulegną jednak korekcie, w wyniku której trzech zawodników będą mogły wystawić reprezentacje z miejsc 17.-23.

- Jak dobrze pójdzie i sezon w taki sposób się zakończy, to będziemy mieli trzy miejsca w kolejnym sezonie - przyznaje Kołodziejczyk. W tej chwili najbliżej Polaków jest Litwa (176 punktów straty) i Wielka Brytania (557).

Zmienią się jednak także zasady przyznawania miejsc na igrzyskach i mistrzostwach świata. - W tym roku mogą startować w czwórkę, ale niedługo może się okazać, że będziemy mogli wziąć tylko dwóch lub trzech. To będzie zależało nie tylko od Pucharu Narodów, ale też specjalnej klasyfikacji Pucharu Narodów liczonej według wyników z MŚ - tłumaczy Kołodziejczyk.

Czekając na juniorów Sikory

W polskim związku trenowanie słabych seniorów ma więc przede wszystkim cel długofalowy. Dużą nadzieję pokłada się w kadrze juniorów, którą opiekuje się Sikora.

- Niektórzy z nich mogliby startować w PŚ i na pewno nie byliby dużo gorsi od tych seniorów, których wystawiamy. Mateusz Janik mógłby być czwartym członkiem sztafety. Na pewno przy dobrym układzie miałby szanse na miejsce w "60" - analizuje Kołodziejczyk. - Jednak ja jako szef wyszkolenia ustaliłem z Tomkiem Sikorą, że na tych zawodników będzie jeszcze okres ochronny. Nie wystawiamy ich jeszcze regularnie w PŚ, bo oni mają swoje priorytety. Są to starty juniorskie, z których oni i my jako związek jesteśmy rozliczani. To czy Janik będzie 50. czy 60. w PŚ, to nikogo nie będzie interesowało w ministerstwie. A jak nie będzie miejsca punktowanego, a najlepiej medalowego, na mistrzostwach świata czy Europy juniorów to będzie problem - tłumaczy.

Na razie próby wystawiania 19-letnich Janika i Rafała Penara w PŚ skończyły się mocnym zderzeniem z seniorską rzeczywistością. W pięciu startach wszystkie kończyli na miejscach 85.-90. Nie wiadomo, czy na poziomie światowym będą już podczas igrzysk w 2018 roku. - Po kolei. Najpierw musimy mieć tam miejsca startowe, potem dobrze przygotowanych zawodników. Trzeba co najmniej dwóch lat, żeby oni osiągali fajne wyniki, a żeby bardzo dobre, to może więcej - przyznaje Kołodziejczyk. - Mamy tych zawodników tak mało, że jakby z jednym coś się stało, to kolejnego trzeba dopiero odchować. Biathlon nie jest w Polsce numerem jeden, wiele sportów jest bardziej popularnych. Młodzież z najlepszymi warunkami idzie do piłki nożnej. W Polsce biathlon uprawia kilkaset osób, ale uzdolnionych na poziomie światowym jest niewielu.

Skąd więc można czerpać nadzieję? Według Kołodziejczyka przede wszystkim z osoby Sikory i atmosfery, jaka go otacza. - Zawodnicy, których trenuje, są w niego wpatrzeni i jest dla nich olbrzymim autorytetem. Poza tym dobrze się dogadujemy i działalność w mojej kadrze, kadrze juniorów, a także kadrze B się układa. Ja jestem szefem, ale współdziałamy. Sikora widzi, że efekty pracy z seniorkami są dobre, więc nie ma oporów przed przenoszeniem tych metod do pracy z juniorami. On w to wierzy i wierzą zawodnicy - przekonuje Kołodziejczyk, który doprowadził Monikę Hojnisz i Krystyną Guzik do medali MŚ w Novym Meście w 2013 roku, a obecnie wciąż prowadzi kadrę kobiet.



Bicepsy, kaloryfery i sztangi, czyli jak trenują polskie sportsmenki [ZDJĘCIA]