Biathlon. 20 lat po złotym strzale Tomasza Sikory

- Trener mówił, że ten strzał był na krawędzi, że ledwo klapka się zamknęła. Wieczorem podeszły Niemki ze słynną Uschi Disl i gratulowały nie złota, ale że ten strzał wytrzymałem - wspomina Sikora, który 20 lat temu został biatlonowym mistrzem świata. W piątek w Anterselvie sprint kobiet o 14:30. Relacja na Sport.pl. Transmisja w Eurosporcie.
W Anterselvie rozpoczął się kolejny etap biatlonowego PŚ. W miejscu dla polskiego sportu magicznym, choć trochę zapomnianym. Można znaleźć setki nagrań z najważniejszymi skokami Adama Małysza czy finiszami Justyny Kowalczyk, a relacja z biegu 21-letniego wówczas Sikory jest tylko jedna - ktoś dwa lata temu umieścił na YouTubie fragmenty z rosyjskiej telewizji.

W lutym 1995 r. mało kto oglądał wygraną Polaka na żywo. Sikora był wicemistrzem świata juniorów i zdążył już wywalczyć miejsca na podium PŚ, ale sukces był na tyle nieoczekiwany, że zawodów nie pokazywała telewizja. Można je było śledzić tylko w kablówkach na kanałach zagranicznych. - Już po trzecim strzelaniu było u nas tylu sąsiadów, że zabrakło krzeseł - wspominała matka Sikory, pani Irena.

" Polskij sportsmien Sikora" - słychać na rosyjskim nagraniu, gdy Polak przygotowuje się do strzelania wśród wirującego śniegu. - Pogoda mi pomogła - wspominał potem w rozmowie z "Wyborczą". - Zaczęło sypać w trakcie zawodów i wielu ekipom sprawiło to problemy, przestały im jechać narty. Nie miało to dużego wpływu na strzelanie, za to nasze smarowanie okazało się lepsze - dodaje. Ale to był przypadek. - Jakością sprzętu bardzo odbiegaliśmy od czołówki, choć tamten sezon był pierwszym, w którym dostaliśmy od Atomica profesjonalne narty. I w kadrze pojawiła się osoba odpowiedzialna za smarowanie. Wcześniej musieliśmy to robić sami.

Sikora jako najmłodszy w kadrze smarował ostatni. - Czasem o pierwszej albo drugiej w nocy, a rano trzeba było biegać - uśmiecha się.

Dobry bieg jednak nic by nie dał, gdyby nie Aleksander Wierietielny. W 1995 r. Justyna Kowalczyk miała 12 lat i chodziła do podstawówki, a jej obecny trener prowadził polskich biatlonistów. - To on nauczył mnie strzelać. Gdy trafiłem do kadry, biegałem średnio po 4,5 rundy karnej w sprincie, a na 20 km miałem regularnie po 7-8 karnych minut - wspomina Sikora. - Trener poświęcał mi dużo czasu. Bywało, że koledzy szli na obiad, a my na strzelnicy ćwiczyliśmy i ćwiczyliśmy w nieskończoność. Spędzałem kilka godzin dziennie na samym strzelaniu. Leżałem podparty, z łokci już mi schodziła skóra. Ale to przynosiło efekty - wspomina.

Wierietielny szukał sposobów, by wyeliminować błędy Polaków. Poświęcał czas na modernizację naboi. Wysypywał z nich proch i godzinami preparował niewypały, które potem podrzucał podczas treningów. - Przy strzale jest zawsze odrzut i pewnych błędów się nie czuje. Oddając pusty strzał, widzieliśmy, jak szarpiemy za spust i jak nasze ciało pracuje przy strzale - wspomina Sikora.

W sprincie, gdy po spudłowanym strzale pokonuje się 150-metrową rundę karną, można sobie pozwolić na błąd, jednak w biegu na 20 km każda pomyłka skutkuje dopisaniem minuty do czasu biegu. Sikora w Anterselvie był bezbłędny, jako jeden z czterech na 87 startujących, co w świetle wydarzeń z trzeciej wizyty na strzelnicy jest niezwykłe. Polak zestrzelił pierwszy krążek i zaciął mu się magazynek. Na nagraniu widać, jak poprawia sprzęt. Po chwili oddaje trzy celne strzały i podnosi głowę. - Gdy otworzyłem zamek, jeden nabój wypadł i później musiałem doładować go ręcznie - tłumaczy. Znów upływają sekundy, a Sikora znów się składa i znów trafia. Gdyby spudłował, zająłby piąte miejsce. Ostatecznie miał najszybszy czas, o 34,6 s lepszy od Norwega Jona Age Tylduma i o 40,4 s od Białorusina Olega Ryżenkowa.

- Trener mówił, że ten strzał był na krawędzi, że klapka ledwo się zamknęła. Wieczorem był bankiet. Podeszły do mnie wszystkie Niemki ze słynną Uschi Disl i pogratulowały nie złota, ale tego, że ten strzał wytrzymałem - wspomina Sikora.

Jego odporność psychiczna to kolejny składnik sukcesu. Ruszył na trasę z odległym 60. numerem, większość faworytów biegła przed nim. - Wybiegając ze strzelnicy, patrzyłem na tablicę wyników. Byłem siódmy, pierwszy, trzeci. Po ostatnim strzelaniu wiedziałem, że biegnę po złoto - wspomina.

Na filmie nie widać jednak radości na mecie. Sikora pada na śnieg i długo się nie podnosi. Ktoś podchodzi, odpina mu narty, popycha oszołomionego w stronę sędziów. - To nawet nie było ze zmęczenia. Nie byłem przygotowany na to, co się stało, i nie wiedziałem, jak się zachować, co robić. Postanowiłem, że trochę poleżę, aby pozbierać myśli - opowiada dziś Sikora.

W plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na sportowca roku 1995 zajął trzecie miejsce, choć biatlon nie cieszył się jeszcze taką popularnością jak dziś, gdy zawody PŚ pokazują jednocześnie Eurosport i Polsat Sport. - Wtedy to był jeszcze inny biathlon, mniej wyśrubowany. Teraz trzeba walczyć o każdy ułamek sekundy. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa - analizuje Sikora.

Długo czekał na kolejne duże sukcesy. W następnych sezonach nie wytrzymywał presji i mocnych obciążeń treningowych. Dopiero w 2004 r. zdobył drugi medal MŚ - srebro w Oberhofie, a następnie srebro igrzysk w Turynie.

Sikora zakończył karierę w 2012 r., teraz pracuje w polskiej kadrze z juniorami. Anterselvę do dziś wspomina ciepło: - Pod względem sportowym zawsze mogłem tam liczyć na "trampolinę", czyli dużo lepszy bieg i wyniki. Uwielbiam też to miejsce za samo usytuowanie, urokliwy stadion w samym środku gór i piękną pogodę.

Teraz także warunki są idealne, a polskiej kadrze przyda się "trampolina". Ciepła zima w Europie oszczędziła Południowy Tyrol. Organizatorzy z dumą podkreślają, że to dopiero pierwsze zawody PŚ w tym sezonie, na których zawodnicy będą startować na naturalnym śniegu.

W polskiej kadrze liczą się dziś przede wszystkim kobiety, choć ten sezon zaczęły poniżej możliwości. Najlepsza Weronika Nowakowska-Ziemniak była siódma w sprincie w Pokljuce i szósta w biegu ze startu wspólnego w Ruhpolding.