MŚ w biathlonie. Waśkiewicz: Sikora nie chce kończyć w takim stylu

- Ten sezon w wykonaniu Tomka Sikory wygląda rozpaczliwie - przyznaje prezes Polskiego Związku Biathlonu, Zbigniew Waśkiewicz. Mimo nieudanych występów na mistrzostwach świata w Ruhpolding 38-letni Sikora nie zamierza żegnać się z profesjonalnym sportem. - Sikora nie chce kończyć w takim stylu, bo to oznaczałoby, że jest słaby, że się poddaje. Dla Polskiego biathlonu najważniejsze jest, że on chce dalej trenować - mówi Waśkiewicz.
Łukasz Jachimiak: W niedzielę w Ruhpolding najlepsi zawodnicy mistrzostw świata wystartują w biegu masowym. Niestety, nie zakwalifikował się do niego Tomasz Sikora. Wygląda na to, że miesiąc przygotowań do imprezy sezonu nic nie dał naszej gwieździe biathlonu?

Zbigniew Waśkiewicz: Muszę przyznać, że rozczarowani jesteśmy wszyscy. Tomek liczył na dużo lepsze starty, ja też w to wierzyłem. Oczywiście nie ma co szukać nadzwyczajnych tłumaczeń, ale w sprincie [Sikora zajął 54. miejsce], startując z odległym numerem, nie miał żadnych szans, żeby się przebić do góry, bo trasa była zniszczona, kompletnie rozjechana. Musiałby być w wybitnej formie, żeby coś zrobić. Dzień później bieg nie był najgorszy, za to fatalne było strzelanie [pięć karnych rund i 51. miejsce w biegu pościgowym]. Z kolei wtorkowy występ Tomka był po prostu przeciętny [37. pozycja w biegu na 20 km]. Okazuje się, że jednak z tego sezonu chyba już nic się nie da wycisnąć. Wygląda na to, że Tomek jest skazany na niepowodzenia. Żal, że tak się to wszystko potoczyło, ale trzeba mieć nadzieję, że jeszcze będzie lepiej.

Czy to możliwe? Sikora na światowym poziomie startuje od 19 lat, a tak słaby chyba jeszcze nie był. Widać, że potrzebuje pomocy. Właśnie stwierdził, że może zrobił błąd, poświęcając styczeń na treningi, a rezygnując z walki o punkty Pucharu Świata, dzięki którym w Ruhpolding mógłby mieć niższe numery startowe. Poza tym zastanawia się, czy w okresie przygotowawczym nie narzucił sobie zbyt dużych obciążeń. Może trzeba znaleźć dla niego doświadczonego trenera?

- Na pewno w tym sezonie znów w przygotowaniach Tomka panował chaos. Za dużo się działo, było za dużo różnych koncepcji. Były też problemy zdrowotne. Pamiętajmy, że przed rokiem Sikora zrezygnował ze startu w mistrzostwach świata z powodu ciężkiej choroby. Z tej choroby się wyleczył, ale ona jakiś ślad zostawiła i przez nią na pewno trudniej było zawodnikowi przygotować się do kolejnego sezonu. Generalnie chaos wdarł się we wszystkie sfery - w psychiczną, sprzętową. To trzeba uporządkować, ale myślenie o trenerze nie jest łatwe. Tomek tak naprawdę w swojej karierze miał tylko dwóch szkoleniowców, którzy z nim długo pracowali, dlatego nie jest łatwo znaleźć kolejnego, któremu mógłby tak zaufać. Bardziej myślimy nie o takim trenerze, który by z nim był na co dzień i wszędzie jeździł, ale o doradcy, który wszystkiego będzie pilnował. Jeszcze przedwczoraj o tym rozmawialiśmy, bo byłem w Ruhpolding. I wspominaliśmy przykład Heńka Szosta, który swojego trenera widział raz w życiu, a właśnie pobił rekord Polski w maratonie. Oni porozumiewają się za pomocą maila, skype'a. Widać, że to jest metoda, którą w sportach indywidualnych można stosować. Do tematu wrócimy po zakończeniu sezonu. Dla mnie i dla polskiego biathlonu najważniejsze jest, że Tomek dalej chce trenować, że chce się przygotowywać do kolejnego sezonu. No bo jeśli mówimy, że on wypadł słabo, to nie wiem, jak ocenić resztę męskiej kadry.

Do kontynuowania kariery Sikora jest przekonany w stu procentach?

- Powiedzieliśmy sobie jedno - że Tomek nie może kończyć w takim stylu. Uważam, że to byłoby odejście we wstydzie, że oznaczałoby, że jest słaby, że się poddaje. Tomek przyznał, że bardzo go to denerwuje. Powiem szczerze - ze dwie godziny po biegu pościgowym, kiedy emocje już opadły, trochę żartowaliśmy, że Tomek walczył o to, żeby nie zająć ostatniego miejsca. Wtedy on opowiadał, że wcześniej coś takiego zdarzyło mu się tylko raz. I dodał, że nie może tak być. Jest w nim chęć powrotu, pokazania się. Pytanie, czy nam to się uda. Może rzeczywiście już nie. Na pewno szkoda, że po igrzyskach w Vancouver to wszystko poszło w złym kierunku. Nie wiem, czy Tomek wciąż nie płaci ceny za sezon z norweskim trenerem Jonem Arne Enevoldsenem. Wtedy trenował bardzo ciężko, może to było dla niego za dużo, może razem z chorobą spowodowało, że ten sezon wygląda jak wygląda, czyli rozpaczliwie.

Żałuje pan, że po igrzyskach w Vancouver straciliśmy trenera Romana Bondaruka?

- Od początku mówiłem, że to błąd, ale niewiele mogłem zrobić. Atmosfera wokół Bondaruka i Nadii Biełowej była dziwna. Oni oboje dłużej nie chcieli z nami być, większość zawodników, a ściślej mówiąc zawodniczek, twierdziła, że sytuacja jest beznadziejna i trzeba ją zmienić. Teraz cichutko sobie szepcą "o kurde, jednak z tymi trenerami nie było tak źle, jednak doprowadzali nas do dobrych wyników". Ta świadomość błędu jest, ale w życiu decyzje się podejmuje w aktualnych realiach i patrzy się na to, co dobre wtedy. A wtedy wydawało nam się, że odmiana po ośmiu latach wyjdzie nam na dobre. Teraz wiemy, że odbija nam się czkawką. Później nam się wydawało, że trener norweski będzie nadzwyczajnym trenerem, a takim nie był i efektów jego pracy nie zobaczyliśmy. Te dwa sezony ułożyły się nieszczęśliwie, były pechowe. Dobrze, że chociaż dziewczyny prezentują przyzwoitą formę. Wielkich sukcesów może nie ma, ale wielu nam zazdrości tego, że w czołowej "trzydziestce" Pucharu Świata mamy cztery zawodniczki. Dobrze znam się z prezesem ukraińskiej federacji, ostatnio trochę żartowaliśmy. Kiedy usłyszałem, że zazdrości nam tak równej grupy, odpowiedziałem, że ja jemu zazdroszczę brązowego medalu zdobytego w sprincie przez Wiktorię Semerenko. Może któraś z naszych zawodniczek też sprawi dużą niespodziankę? Przy dobrym strzelaniu nasze panie na pewno mogą ukończyć środowy bieg indywidualny w czołowej "dziesiątce". A może będzie jeszcze lepiej? Może być ciekawie.

Kiedy Sikora wyjechał do Anterselvy, żeby tam szykować się do mistrzostw, wspominał pan, że nasz zawodnik jest w kontakcie z trenerem Bondarukiem. Może jest szansa, żeby wrócili do współpracy?

- Wszystko jest do ustalenia. Trener Bondaruk pracuje teraz w ukraińskiej federacji, jest tam dyrektorem sportowym, więc sprawa nie jest prosta, bo ktoś mógłby się zdenerwować, gdyby pomagał konkurencji. Ale rzeczywiście między nim i Tomkiem jest przyjacielski kontakt i może dobrze byłoby, gdyby Tomek bazował na planach treningowych Bondaruka, a nie tylko się z nim konsultował, bo to dwie różne sprawy. Na razie czekamy do końca sezonu. Nie to, żebym liczył na jakiś nadzwyczajny wynik w ostatnich zawodach, ale skoro jest coś jeszcze do zrobienia, to trzeba się na tym skupić i nie mieszać sobie w głowie. Później spokojnie pomyślimy co dalej. Ważne, że Tomek chce dalej trenować, mimo że coraz więcej ludzi w Polsce uważa, że to bez sensu. Tak myślą nawet środowiska przy ministerstwie sportu. Ja wciąż uważam, że Tomek nie jest jeszcze za stary, że jeszcze stać go na sukcesy.

Sikora na 37. miejscu podczas Mistrzostw Świata - zwyciężył Jakov Fak »