Justyna Kowalczyk: Zdobyć tę górę to jest coś

Bardzo mnie zdenerwowały teorie o mojej rzekomo słabszej formie, więc cieszę się, że na koniec mogę powiedzieć: ?Dokonałam czegoś jako pierwsza? - mówi zwyciężczyni Tour de Ski
Robert Błoński: Czy po dwóch zwycięstwach można polubić Alpe Cermis?

Justyna Kowalczyk: Nie.Ta góra chyba nigdy się nie spłaszczy, więc ciężko było jak zawsze, ale bieg był przeze mnie kontrolowany. Nie można ani na chwilę stracić koncentracji. Gdybym nie była do końca maksymalnie zmobilizowana, trudniej byłoby mi pokonywać trudności.

Za metą padła pani na śnieg.

- Wcale nie musiałam się przewracać, było mi jednak gorąco i chciałam się ochłodzić. Źle to ze mną było w zeszłym roku, wtedy na górze nie kojarzyłam faktów. To naprawdę duża góra, wejść na nią na piechotę to już jest coś.

Nie musiałam dziś walczyć na sto procent, ale jestem wycieńczona Tourem. Najgorzej było po Oberstdorfie, potem energia wróciła.

Wiele wyjaśnił sobotni bieg na 10 km klasykiem. Dziś tylko jakieś nieprawdopodobne okoliczności mogłyby pani odebrać triumf.

- Nie zastanawiałam się nad tym, chciałam szybko wystartować i kontrolować, co robią rywalki. W razie coraz większej przewagi, myślałam, żeby trochę odpuszczać w połowie podbiegu. I tak było. Therese po raz drugi ma na tej górze najlepszy czas. Jest drobniutka - warunki dla niej idealne. Gratuluję.

W sobotę świetnie z nią pani współpracowała.

- Nie mogłam uwierzyć, jak świetnie i szybko biegnie. Zawody odbyły się w świetnych warunkach, przy mojej pogodzie. Współpraca z Therese układała się znakomicie, choć ja biegam być może najdłuższym krokiem z czołówki PŚ, z kolei ona - może najkrótszym. Gdy przez moment się zamyśliłam i zaczęłam biec jej rytmem, zaczęłam sapać, choć nie przyspieszałam. Tam, gdzie były proste i zjazdy, ja prowadziłam. Na samej górze też, bo jestem bardziej wytrzymała i pomagałam jej, żebyśmy biegły razem. 3,5 km przed metą, po podbiegu, Mateusz Nuciak [serwismen] krzyknął, że mamy 46 sekund przewagi nad resztą. Wtedy pomyślałam "jest pozamiatane".

Co pani zapamięta z tego Tour de Ski?

- Towarzyszyło mu mnóstwo emocji. W większości wyścigów bez przerwy musiałam uciekać albo pilnować, żeby mnie nie złapały. Na długich biegach prowadziłam peleton, a to jest męczące. Co więcej mogę powiedzieć? Marit, wróć! Już wolę biec druga (śmiech).

Jako pierwsza prowadziła pani od pierwszego do ostatniego etapu, nikt nie wygrał czterech startów w trakcie Touru...

-...i jestem pierwszą, która wygrała po raz drugi z rzędu. Przed Tourem wmawiano mi, że powinnam wygrać wszystkie biegi po kolei. Odpowiadałam, że to niemożliwe, przynajmniej w moim wypadku. W trakcie Touru dotarły jednak do mnie teorie na temat mojej rzekomo słabszej formy. Bardzo mnie to denerwowało, więc cieszę się, że na koniec mogę powiedzieć: "Dokonałam czegoś jako pierwsza". Mam nadzieję, że większość kibiców też jest zadowolona.

Da się porównać tę wygraną do ubiegłorocznej?

- Rok temu byłam faworytką, ale gdybym nie wygrała, nic by się nie stało. Teraz byłam uważana za jedyną kandydatkę do wygrania, taką nie do pobicia. Naprawdę nie wiem, co by się stało, gdyby się nie udało. A mogło i tak być. Nie jest łatwo biegać w takiej roli, szczególnie na imprezach etapowych.

Najważniejsze momenty TdS?

- Najtrudniejszy był drugi dzień w Oberstdorfie, kiedy zajęłam piąte miejsce w biegu łączonym. Byłam bardzo zmęczona. Ale, niestety, nie wszyscy mnie słuchali i nie byli przygotowani na porażki i słabsze dni, o których mówiłam, że mogą się zdarzyć. Ale wbrew temu, co słyszałam, wcale nie "spuchłam". Nie znoszę tego słowa. Tak naprawdę to dość mocno schudłam.

O tej pani niby słabszej formie mówił norweski trener. To był rodzaj prowokacji?

- Oni gadają, co chcą, my też gadamy. I niech tak zostanie. Ale te ich słowa podchwyciło wiele osób w Polsce. I to było dla mnie bardzo przykre. Ja się nie znam na astronomii, więc nie wypowiadam się o Księżycu. Jeśli ktoś nie zna się na wyczynowym narciarstwie biegowym, to niech nie ocenia ludzi, którzy oddają tej dyscyplinie całe swoje życie.

Trener Aleksander Wierietielny mówił, że dopiero po Tour de Ski zacznie pani dochodzić do wielkiej formy. Może być jeszcze lepiej?

- W biegach wiele zależy nie tylko od dyspozycji i formy zawodnika danego dnia, ale też warunków, smarów itd. Świetny bieg może się udać, kiedy zawodniczka nie jest w wielkiej formie. Ale może też pobiec gorzej, będąc w fantastycznej dyspozycji. Zazwyczaj rozkręcałam się po Tour de Ski. Jeżeli w tym roku mój organizm zareaguje tak samo jak w poprzednich, powinno być lepiej. Jeśli nie, to za rok poszukamy innych rozwiązań. Najważniejsze, co się wydarzy w najbliższym czasie. Takie zawody jak Tour de Ski zostawiają w organizmie ślad. Rok temu od razu z Włoch pojechałam do Estonii i wygrałam na moich ulubionych trasach. Potem poleciałam do Rybińska i tam też wygrałam... Teraz czeka mnie tydzień odpoczynku, odpuszczam starty w Libercu. Będę trenowała, ale rekreacyjnie. To raczej będzie podziwianie widoków niż ciężkie bieganie. Estońskie Otepeaeae to dla mnie najważniejszy pucharowy start w sezonie i chcę tam być jak najmocniejsza. Mówię o tym głośno, żeby wszyscy słyszeli.

Bjoergen nie ma już prawie szans - na dogonienie Kowalczyk »