Biegi narciarskie. Puchar Świata w Pjongczang. Pierwsze zwycięstwo Justyny Kowalczyk od stycznia 2014

W stylu klasycznym zrobiła swoje: uciekła wszystkim na ponad 50 sekund. A potem wyszła z siebie i powiększyła tę przewagę biegnąc łyżwą. Justyna Kowalczyk wygrała bieg łączony na olimpijskiej trasie w Pjongczang. Teraz wraca do Soczi, na ostatnie zgrupowanie przed mistrzostwami świata w Lahti
Minęły ponad trzy lata, a jakby dziesięć. Ponad 1100 dni czekania między 49. a 50. zwycięstwem w Pucharze Świata. Trener Aleksander Wierietielny jeszcze wtedy rozmawiał, Justyna Kowalczyk jeszcze się wydawała niezniszczalna, a Szklarska Poręba jeszcze miała miejsce w kalendarzu Pucharu Świata. Też było ciepło, też była słaba obsada i zwycięstwo Kowalczyk - z imponującą przewagą. Wtedy to było 41,8 s nad Julią Czekaliową na 10 km klasykiem. Był 19 stycznia 2014 roku, dzień 31. urodzin Justyny. Zaczął się zwycięstwem, a skończył słynnym pęknięciem kości w stopie. Na 3,5 tygodnia przed biegiem po złoto w Soczi. To były ostatnie tygodnie dawnej Justyny Kowalczyk.

Był medal, nie było pucharowego podium

Ta druga część kariery, liczona od złota w Soczi, już była nie bez zwycięstw w Pucharze Świata, a nawet bez miejsc na podium w indywidualnych biegach. Choć udało się jeszcze zdobyć medal, w drużynowym sprincie mistrzostw świata w Falun. Ale w Pucharze Świata ciągle czegoś brakowało. Nawet w ulubionych konkurencjach i w zawodach w niepełnej obsadzie, od dwóch lat Kowalczyk nie była w stanie przedrzeć się wyżej niż na piąte miejsce. A gdy się przedarła w piątek w sprincie w Pjongczang, to też był niedosyt, bo ten finał pod nieobecność najlepszych sprinterek mogła nawet wygrać, gdyby nie niepotrzebnie ostre hamowanie na ostatnim zjeździe.

Iskry od pierwszej górki

W sobotę czekanie na powrót na podium się skończyło. Kowalczyk była na prowadzeniu od pierwszego pagórka trasy aż do mety. Wiadomo było od dawna, że na części klasycznej będzie chciała pobiec tak, że iskry się sypną. Potrzebowała takiego sprawdzianu, żeby wiedzieć ile już się udało zrobić podczas przygotowań. Nie było tylko jasne, czy zaatakuje już na pierwszej pętli, czy dopiero od drugiej. Mieli to ustalić z trenerem w sobotę rano, gdy się już przekonają jak mięśnie zareagowały na cały dzień sprintów. Stanęło na tym, żeby ruszyć ostro od początku. I cała część klasyczna to było dokładanie kolejnych metrów przewagi.

"Byłam zaskoczona, że utrzymałam przewagę. Narty były świetne"

Na półmetku przewaga sięgnęła 52,2 s, a po zmianie nart na łyżwowe najważniejszym pytaniem miało być: jak szybko ta przewaga będzie topnieć? Kowalczyk przed obecnym sezonem odpuściła zupełnie przygotowania do biegów łyżwowych, startuje w nich tylko tam gdzie nie ma wyjścia, czyli na etapach wyścigów i w biegach łączonych. Na treningach oczywiście biega też łyżwą, bo tak trzeba, ale zrezygnowała z przygotowania siłowego pod ten styl. A w pościg za nią ruszyła w Pjongczang niezła łyżwiarka, Elizabeth Stephen (16. w ostatnim pucharowym biegu na 10 km łyżwą, w Ulricehamn) i wydawało się oczywiste, że jej strata do Polki musi zacząć się zmniejszać. - Byłam zaskoczona, że utrzymałam przewagę. Nogi mnie niosły. Dobrze się czuję w Pjongczang, to nie jest trudna trasa, ale jest się tu gdzie zmęczyć. Miałam świetnie przygotowane narty - mówiła za metą Kowalczyk.

Teraz - czas odpoczywania

Przewagę nad rywalkami nie tylko utrzymała - powiększyła ją do 56 sekund (nad drugą Stephen, trzecia Masako Ishida straciła 1.14,8), a po pierwszych kilometrach biegu łyżwą to było nawet 1:03,2. Zwycięstwo Justyny można było ogłaszać już 3 kilometry przed metą, bo między nią i rywalkami nadal była przepaść i co ważniejsze, Polka utrzymywała narzucone tempo. Kończyła bieg z taką samą werwą z jaką go zaczynała i ten obrazek jest nawet cenniejszy niż zwycięstwo pod nieobecność najlepszych Norweżek, Szwedek i Finek. Problem z utrzymaniem rozpędu do końca powtarzał się przez ostatnie sezony, dawno też nie było takich przyspieszeń pod górę, jakie Kowalczyk była w stanie robić w Pjongczang.

W ten sposób skończył się dla niej czas najcięższej pracy przed mistrzostwami świata w Lahti. Teraz zaczyna się czas odpoczywania, drobnych poprawek, bezpośredniego przygotowania startowego. W niedzielę, gdy w Pjongczang będzie drużynowy sprint, Kowalczyk będzie już w podróży do Soczi, na ostatni obóz treningowy przed mistrzostwami świata w Lahti. Za dwa tygodnie jest ostatnia pucharowa próba przed MŚ: w Otepaeae, która i dla dawnej Justyny i obecnej jest jednym z ulubionych miejsc. Tam Polka pobiegnie 19 lutego na 10 km klasykiem, w jedynej konkurencji, na którą się nastawia w MŚ. Z Estonii pojedzie do Lahti. Bieg na 10 km w mistrzostwach - 28 lutego.



Czterokrotna mistrzyni olimpijska kończy karierę! Oj, będziemy tęsknić [ZDJĘCIA]




Więcej o: