Biegi narciarskie. Justyna Kowalczyk dla Sport.pl: - Sprint olimpijski będzie po diabelskiej trasie. Johaug? Nie było okazji się przywitać

W piątek i sobotę pierwsze od dwóch miesięcy biegi Pucharu Świata z Justyną Kowalczyk na starcie. I pierwsze w ogóle pucharowe biegi na olimpijskich trasach w Pjongczang. Polka walczy w piątek w sprincie stylem klasycznym, a w sobotę w biegu łączonym. - Zrobiłam trening tempem startowym i jestem pod wrażeniem. Sprinterska trasa jest jedną z najtrudniejszych na świecie - mówi Sport.pl Polka

Dla Justyny Kowalczyk to będzie pierwszy Puchar Świata od trzyetapowego wyścigu w Lillehammer na początku grudnia. Zajęła wówczas 19. miejsce w klasyfikacji łącznej, wcześniej w Kuusamo była na 9. miejscu w biegu na 10 km stylem klasycznym, który będzie jej głównym celem w zbliżających się mistrzostwach świata w Lahti. Po Lillehammer odpuściła Puchar Świata, startowała imprezach niższej rangi, m.in. Pucharach Alpejskich i niedawno w Skandynawskim, wszędzie tylko stylem klasycznym. W Pjongczang z konieczności pobiegnie też stylem łyżwowym, w sobotnim biegu łączonym (6.30 polskiego czasu). Ale najważniejszy jest dla niej piątkowy start w sprincie klasycznym (kwalifikacje od 8.30, wyścigi od 11 polskiego czasu, będzie jeszcze w Pjongczang w niedzielę sprint drużynowy stylem dowolnym, ale bez Polek). Kowalczyk wraca na trasy pucharowe akurat wtedy, gdy najmocniejsze biegaczki odpuszczają PŚ, bo w Norwegii, Szwecji i Finlandii są w najbliższy weekend mistrzostwa kraju. Polka zmierzy się z najlepszymi dopiero za dwa tygodnie w Otepaeae, w ostatnim starcie przed MŚ w Lahti.

Paweł Wilkowicz: Olimpijskie Pjongczang spełnia oczekiwania?

Justyna Kowalczyk: To dla mnie nieznane okolice, więc i odczucia miałam specyficzne. Dziwny kraj, dziwni ludzie, dziwne trasy, dziwny śnieg i wieje. Mówię "dziwny" z przymrużeniem oka i sympatią, bo wszyscy są bardzo mili i bardzo się starają. Wszystko mamy podstawione pod nos, autobus czeka pod hotelem, wszystko działa, wszystko na czas, wszystko z uśmiechem. Ale pierwsze wrażenia były specyficzne. A jeśli chodzi o wiatr, to tu żadnego przymrużenia oka nie ma. Wieje strasznie. Gdy się wybiega na najwyższy punkt trasy, wokół widać elektrownie wiatrowe. Więc widać, że ten wiatr to tutaj norma. Nam biegaczom to akurat aż tak bardzo nie przeszkadza, ale w tym samym miejscu są skoki i biathlon, w tych sportach już tego z takim dystansem nie będą przyjmować. Na skoczniach w wietrzny dzień naprawdę będą mieli problem, myślę że akurat tam staną do igrzysk jakieś osłony.

A jakie są trasy dla biegaczy?

Specyficzne. Jeśli największym podbiegiem na wszystkich pętlach jest podbieg sprinterski, to znaczy że naprawdę nie są to zbyt wymagające trasy. Jak to pętle poprowadzone na polu golfowym: tu hopka, tam hopka i tak góra-dół.

Pamiętam wasz powrót z rekonesansu w Vancouver i jeden wielki jęk, że tam są trasy turystyczne i o złoto będzie trudno. W Pjongczang też jest turystycznie?

Może powiem tak: tęskniłabym za Vancouver, gdybym do Pjongczang miała jechać z takimi ambicjami jak na igrzyska w 2010.

Czyli turystyczne?

Inne. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o sumę podbiegów, różnicę wzniesień itd., Vancouver było trudniejsze. Ale za to tutaj jest znakomita trasa sprinterska. Diabelska. Moim zdaniem jedna z dwóch, trzech najtrudniejszych na świecie. Dwa podbiegi, jeden długi, drugi krótszy, ale za to bardziej stromy niż w Kuusamo. Czyli naprawdę stromy. A potem już zjazd do mety, ale nawet na zjeździe na stadion trzeba będzie bardzo uważać, bo pędzimy tu z dużą prędkością a są dwa mocne zakręty. A podbiegi pod ten zjazd są naprawdę trudne. Wymagające połączenie.

To, jak rozumiem, dobra informacja?

Jeśli będzie mi dane przyjechać tu za rok na igrzyska, a bardzo bym tego chciała, to będę miała dwa cele. Właśnie sprint i bieg na 30 kilometrów. Trasa sprinterska mi się podoba, zjazd jest trudny, ale do wyćwiczenia. Trzeba tylko odpowiednio długo popracować. Typowych sprinterów czeka przed Pjongczang sporo pracy nad wytrzymałością. W środę zrobiłam trening tempem startowym i jestem pod wrażeniem tego wysiłku. Więc sprint to będzie 50 procent mojego olimpijskiego planu. A 30 km to drugie pięćdziesiąt.

Ale tutaj trasa jest mniej wymagająca?

To będzie połączenie dwóch pętli po 3,75 km, po których będziemy biegły w sobotę w biegu łączonym. Mam nadzieję, że mi się uda w sobotę przetrwać część łyżwową. I do soboty odkładam pełną ocenę tej trasy. Bo jestem tu dopiero od wtorku, niedługo i skupiłam się na trasie sprinterskiej, tam robiłam poważne sprawdziany, a po dwóch wspomnianych pętelkach po prostu się przebiegłam. Ale mój team serwisowy zebrał swoje wrażenia i mówią, że choć nie ma tu imponujących podbiegów, to nie ma też miejsc, w których można jakoś dłużej poodpoczywać. Ciągną się te odcinki pod górę, są za trzy mocniejsze zjazdy. No i wiatr naprawdę daje czadu. Ich zdaniem to jest trudna trasa. Ja powiem więcej po sobocie. Ale ja już nie jestem tą dziewczyną, która biegała w Vancouver. Dalej lubię, gdy jest mocno pod górę, ale już mnie tak nie martwi jak kiedyś, że trasa jest łagodniejsza. Czasy się zmieniły, wybiegałam na trasy olimpijskie z dreszczykiem, ale jednak nieporównywalnym z tym, co było w Turynie, Vancouver, Soczi. Inne cele, inne nastawienie. Ale bardzo się cieszę, że jestem, zobaczyłam, wiem. Teraz mogę układać plany i trenować mając przed oczami te trasy.

Organizatorzy są dobrze przygotowani, jak na rok do igrzysk?

Nie mamy wstępu do wioski olimpijskiej, ale widać że tam już prace się kończą. Mieszkamy 17 minut jazdy autobusem od Alpensii, czyli olimpijskiego centrum biegów, skoków i biathlonu, w hotelu. Hotele są gotowe, obiekty sportowe są gotowe, wioskę kończą. Jeszcze ich czeka trochę pracy przy drogach, ale tych alternatywnych, bo główne już są. Tu wszystko powstawało od podstaw, daleko od miasta, nawet poboczy nie ma. No i na razie wszystkie napisy są po koreańsku, a po angielsku mówi co druga osoba z obsługi. To jest pewnie największa różnica w porównaniu z tym co będzie za rok. Porównuję to do Soczi na rok przed i w Rosji było dużo więcej do zrobienia. Obiekty są blisko siebie, wioska trzy kilometry dalej. Pod tym względem będzie bardzo wygodnie.

W tym samym hotelu była przez trzy dni - do rozpoczęcia oficjalnych treningów - Therese Johaug, która jest zawieszona po wykryciu u niej sterydu i musi ćwiczyć indywidualnie. Udało się przywitać?

Rzeczywiście, dwie godziny po dotarciu do Pjongczang byłam już na treningu i była tam Therese ze swoim nowym trenerem. Ćwiczyłyśmy ten sam podjazd i zjazd, ale każda była zajęta swoją pracą, jak to na treningu. Potem już Therese na trasie nie widziałam, ćwiczyłam z Finkami, Rosjankami, Szwedkami.

Finowie, Szwedzi, Norwegowie mają w najbliższy weekend mistrzostwa kraju, imprezę tak prestiżową w tych krajach, że rezygnuje się dla niej z Pucharów Świata. Do Pjongczang pojechali biegacze z drugiego szeregu. Będą jakieś znane sprinterki?

Przyjechała Mona-Lisa Nousiainen, czyli dawniej Malvalehto. W najsilniejszym składzie mają być Słowenki, ale one akurat w sprincie klasykiem nie są zbyt mocne. Są za to mocne Amerykanki Sophie Caldwell i Ida Sargent. Pucharowy weekend traktuję jako dobry test. A jest co testować.

Podczas dwóch miesięcy przerwy w startach w Pucharze Świata udało się zrobić wszystko co było w planach?

Tak, i startować w imprezach niższej rangi i trenować. Jestem teraz po bardzo mocnych treningach wytrzymałościowo-siłowych w Soczi. W środę zrobiłam sobie w Pjongczang trening szybki, ale poprzedni taki bieg był dwa tygodnie temu podczas startu w Raubiczach. A potem w Soczi trenowałam z dużymi obciążeniami. Kontuzje mnie omijały, kataru nawet nie miałam. Jestem zadowolona z pracy, a co się z niej urodzi to zobaczymy w piątek i sobotę.