Biegi narciarskie. Sąd nad Therese Johaug. Takiej rozprawy jeszcze nie było

Skromna sala na stadionie narodowym w Oslo, tłum sprawozdawców, Marit Bjoergen jako świadek, kilka tajemnic do rozwikłania, cała Norwegia z nosami w komputerach i smartfonach. To najtrudniejsze zadanie w ściganiu dopingu: jak ukarać swoją największą gwiazdę? W środę zaczyna się rozprawa dopingowa Therese Johaug
Nie jest to proces w sądzie powszechnym, ale rozprawy będą wyglądać podobnie. Po jednej stronie sali siądzie oskarżona z dwoma prawnikami, po drugiej dwóch prawników reprezentujących oskarżyciela. A naprzeciw trojga sędziów stanie biurko i krzesło dla świadków. Salę sądową zastąpi niewielka salka na stadionie Ullevaal. Tam ma siedzibę norweska federacja sportu (NIF), będąca częścią tamtejszego komitetu olimpijskiego.

To komitet dyscyplinarny NIF będzie od środy rano przez dwa dni przepytywał obie strony i ich świadków, a potem wyda wyrok w sprawie Therese Johaug: księżniczki norweskiego sportu, najlepiej zarabiającej narciarki klasycznej na świecie, najlepszej biegaczki ostatnich dwóch sezonów. Czy ją uniewinni, czy skaże? A jeśli skaże, to czy Johaug, zawieszona tymczasowo od października 2016, zdąży odbyć wyrok do igrzysk 2018 w Pjongczang, czy też ta kariera będzie przetrącona na dłużej, może już na dobre?

Nie było jeszcze takiej rozprawy

Nie było jeszcze takiej rozprawy w norweskim sporcie. To jest najgłośniejsza afera dopingowa w tym kraju i jedno z najgłośniejszych wydarzeń ostatnich miesięcy w całej Skandynawii. Na proces akredytowało się 52 dziennikarzy z Norwegii, Szwecji i Finlandii. Chętnych było więcej, ale wszystkich ekip nie pomieści zaimprowizowane biuro prasowe na stadionie. Nie mówiąc o samej salce rozpraw, bo tam wejdzie góra piętnastu dziennikarzy. Dla pozostałych będzie produkowany sygnał telewizyjny, dostępny w biurze prasowym. Ale proces nie będzie pokazywany w żadnej telewizji, dziennikarze nie mogą nagrywać zeznań. Więc Norwegowie będą od środowego poranka śledzić relacje reporterów. Od piątku 13 października 2016, gdy afera wybuchła, a Johaug zalała się łzami na konferencji prasowej związku narciarskiego, wiadomości dotyczące tej afery cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że nasi koledzy z norweskich mediów opowiadali, że czują sięjakby pracowali przy igrzyskach.

Oskarżyciele: Johaug zaniedbała, ale dopingowiczką nie jest

Oskarżyciele, czyli norweska komisja antydopingowa, która we wrześniu 2016 wykryła u Johaug zakazany steryd anaboliczny clostebol, uważają że wina nie jest aż tak wielka, by pozbawiać Johaug igrzysk. Komisja proponuje dla narciarki 14 miesięcy dyskwalifikacji z możliwych 48 miesięcy. Oskarżyciele (reprezentują ich Niels R. Kiar i Britha Rokenes) uważają, że Johaug jest winna zaniedbania, bo nie sprawdziła czy kupiony podczas zgrupowania we Włoszech lek Trofodermin, który - jak tłumaczy - zastosowała na oparzone słońcem usta, zawiera środki dopingujące. Ale na tym jej wina, zdaniem komisji antydopingowej, się kończy. Nie jest dopingowiczką, bo nie wzięła leku z zamiarem poprawy wyników. Dlatego 14 miesięcy, nieco powyżej minimalnej w takich przypadkach kary rocznego zawieszenia, byłoby werdyktem sprawiedliwym. Pozwalającym na powrót do rywalizacji 18 grudnia 2017 roku.

Johaug: jestem niewinna

Johaug uważa, że w tym, co się stało, nie ma żadnej jej winy. Całą odpowiedzialność ponosi lekarz norweskiej kadry Fredrik Bendinsen, który kupił lek z clostebolem w jednej z aptek podczas zgrupowania w Livigno, zalecił Johaug stosowanie go, a dopytywany, czy można go brać, dał zapewnienie że w kremie nie ma nic zakazanego. Wprawdzie na pudełku z lekiem był znak: uwaga doping, ale Johaug nie pamięta, czy znak zauważyła. Pudełko wyrzuciła, zostawiła tubkę na której ostrzeżenia nie ma i stosowała według zaleceń lekarza. Jej adwokaci, Christian Hjort i pomagający mu Mikkel Toft Gimse uważają, że ich klientka jest niewinna. A jeśli już NIF dopatrzy się jakiegoś drobnego zaniedbania, to niech to przynajmniej będzie to kara proporcjonalna do przewinienia, a nie 14 miesięcy. Podobną strategię mieli obrońcy Marii Szarapowej w postępowaniu odwoławczym po wykryciu u Rosjanki meldonium. Wywalczyli wprawdzie skrócenie kary o dziewięć miesięcy, ale i tak pozostało 15 miesięcy dyskwalifikacji, więc trudno mówić o sukcesie.

Maksymalna kara: cztery lata

W sprawie będzie orzekać troje doświadczonych prawników, byłych sportowców. Szef tej trójki Ivar Solberg to były wicemistrz świata w wioślarskiej czwórce bez sternika. Marit Forsnes - była siatkarka, a Thomas Borno jest synem reprezentanta Norwegii w piłce nożnej, kiedyś też grał, ale znacznie gorzej niż ojciec, Trygve Borno. Jeśli zgodzą się z oskarżycielami, że to był przypadek zwykłego zaniedbania, mogą tylko lekko skorygować czas zawieszenia. Jeśli uznają, że doszło do poważnego zaniedbania, muszą skazać Johaug na minimum dwa lata. A gdyby uznali, że to było zażycie świadome, taryfikator kar przewiduje cztery lata.

Lekarz bierze winę na siebie

Lekarz Fredrik Bendiksen od początku potwierdza wersję Johaug i całą winę bierze na siebie. W zaczynającym się w środę rano procesie wypowie się publicznie pierwszy raz od październikowej konferencji prasowej, podczas której ujawniono dopingową wpadkę Norweżki, a lekarz ogłosił, że nie potrafi wytłumaczyć dlaczego popełnił tak wielki błąd. Bendiksen podał się wówczas od razu do dymisji. Teraz będzie świadkiem Johaug. Podobnie jak Marit Bjoergen, świeżo po zwycięstwie w Pucharze Świata w Ulricehamn (Marit ma opowiedzieć m.in. o tym jak skrupulatnym lekarzem był Bendiksen i że sportowcy mieli do niego pełne zaufanie). Johaug miała prawo odmówić złożenia zeznań w tym procesie, ale z niego nie skorzystała. Zabierze głos pierwszy raz od serii wywiadów, których udzieliła pod koniec listopada.

Najważniejsze przykazanie antydopingu

Johaug nie kwestionuje wyniku testu, przeprowadzonego 16 września w jej mieszkaniu w Oslo, ani żadnej innej procedury związanej z badaniem. Więc proces sprowadza się tak naprawdę tylko do oceny, czy to było zażycie świadome, czy nie, a jeśli nieświadome: jak wiele Johaug zrobiła, by do takiej pomyłki nie doszło. Przepisy dopingowe przewidują odpowiedzialność sportowca za to, co się znajdzie w jego organizmie. I ze wszystkich dopingowych przykazań to jest najważniejsze. Inaczej system dopingowy wyleci w powietrze, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto winę weźmie na siebie, by ocalić karierę i kontrakty sportowca.

Johaug przed ujawnieniem wpadki: sprawdzam nawet herbatę, a co dopiero lek

W przypadku Johaug było sporo wątpliwości, czy dochowała należytej staranności. Wprawdzie w myśl kontraktu z federacją narciarską Norwegii każdy kadrowicz jest zobowiązany do wykonywania poleceń lekarza, a Johaug dopytała, czy lek nie zawiera nic zakazanego. Ale czy to oznacza dochowanie pełnej staranności, jeśli pudełko leku miało ostrzeżenie? Johaug zawsze powtarzała, jak jest podejrzliwa, gdy pojawiają się jakiekolwiek leki. A niedługo przed tym jak się dowiedziała, że wykryto u niej zakazane środki, udzieliła wywiadu gazecie "Ostledningen", w którym powiedziała, że sprawdza nawet podaną jej herbatę, a co dopiero lek zakupiony zagranicą czy w aptece. "Trzeba sprawdzać wszystko. Nawet mając opryszczkę nie wzięłam kremów, bo nie znałam ich składu" - mówiła (https://www.sport.pl/zimowe/1,79225,20881047,biegi-narciarskie-norwegowie-zadaja-pytania-johaug-i-jej-lekarzowi.html). W przypadku Trofoderminu nie sprawdziła, choć to banalnie proste. Światowa Agencja Antydopingowa ma nawet dla sportowców specjalną aplikację na smartfony, są infolinie antydopingowe, na które można dzwonić niemal o każdej porze dnia i nocy.

Norwegia podzielona

Sprawa podzieliła Norwegów i norweskie media. Są wśród nich takie jak telewizja TV2 czy tabloid "Verdens Gang", które nie mają dla Johaug żadnej taryfy ulgowej. Reporter TV2 Ernst Lersveen nieprzejednany był już w sprawie Martina Johnsruda Sundby'ego, który przedawkował lek na astmę. To Lersveen jest autorem reportażu, w którym zastrzegający anonimowość biegacze kadry przyznali, że lekarze reprezentacji podają leki na astmę również zdrowym. Sprawy zaszły tak daleko że w pewnym momencie Sundby próbował bojkotować Lersveena, odmawiał mu wywiadów po biegach, uważając że reporter jest stronniczy i szkodzi norweskim biegom. Są też tacy komentatorzy (np. z "Bergens Tidende"), którzy stają za Johaug i uważają, że 14 miesięcy już jest absurdalnie wysoką karą, że Norweżka swoje już wycierpiała, że to co robi TV2 jest bliskie mobbingu i trzeba się zastanowić czy cały system ścigania dopingu nie łamie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Sześciu na dziesięciu Norwegów wierzy Johaug. A pewnie proporcje byłyby jeszcze bardziej na korzyść Norweżki, gdyby nie poprzedzająca jej wpadkę seria skandali dotyczących leków na astmę.

Lekarz: Mam opinię pedanta, nie wiem jak mogłem popełnić taki błąd

Od środy każdy będzie mógł swoje przekonania co do tej sprawy skonfrontować z zeznaniami świadków. A jest sporo pytań i kilka tajemnic do rozwikłania. Nie tylko jeśli chodzi o najważniejsze pytanie: dlaczego Johaug odstąpiła od zasady sprawdzania wszystkiego co przyjmuje, choć lek był kupiony zagranicą i miał ostrzeżenie dopingowe zarówno na pudełku jak i na ulotce. Wreszcie też zostanie ujawniona wartość wykrytego u Johaug clostebolu. Agencja antydopingowa do tej pory nie zdradzała tego wyniku. Ale uznała, że wartość wykrytego clostebolu pasuje do wersji o zażyciu go w kremie na oparzenia. Najciekawiej zapowiadają się zeznania doktora Bendiksena, lekarza który w sporcie przepracował ponad 30 lat, z Johaug - 2,5 roku, był też pracownikiem firmy Pfizer, producenta Trofoderminu. Doktor zniknął całkowicie z mediów po wspomnianej konferencji, na której przyznał się do winy. Wątpliwe też, by zgodził się na wywiady po rozprawie. Ale z przecieków z zeznań, które złożył podczas dochodzenia prowadzonego przez agencję antydopingową, wynika, że swoje gapiostwo ("Mam opinię pedanta, nie wiem jak to się stało że nie skojarzyłem nazwy clostebol ze sterydem anabolicznym" - mówił na konferencji) tłumaczył problemami zdrowotnymi w rodzinie i przepracowaniem. Ze zgrupowania w Livigno wyjechał wcześniej właśnie z powodu choroby bliskiej osoby, a podczas zgrupowania musiał czuwać nie tylko nad zdrowiem biegaczek, ale zająć się biegaczem Hansem Christerem Holunderem, który zwichnął bark. I przygotować się do konferencji prasowej Norweżek, bo miał podczas niej wystąpienie na temat zasad stosowania leków na astmę w kadrze. To była ta konferencja, jedna z pierwszych po ujawnieniu wpadki Sundby'ego, podczas której Johaug powiedziała, że nie ma astmy ale też czasami bierze leki na astmę (https://www.sport.pl/zimowe/1,79225,20648688,biegi-narciarskie-therese-johaug-nie-mam-astmy-ale-lekarstwa.html). Spotkanie z mediami było 5 września, widać na nagraniach i zdjęciach, że Johaug rzeczywiście miała problemy z oparzonymi ustami.

Tajemniczy paragon

Ale jest też w wersji wydarzeń przedstawionej przez biegaczkę i doktora (grozi mu wykluczenie z działalności w sporcie, ale postępowanie w jego sprawie jeszcze się nie zaczęło) kilka luk. A wspomniany Ernst Lersveen miał, jak przekonują dziennikarze "Verdens Gang", dodać do dochodzenia jeden ciekawy wątek. "Verdens Gang" napisał - Lersveen tego nie potwierdził i odmówił komentarza - że dziennikarz TV2 dostarczył śledczym z komisji antydopingowej paragon na zakup Trofoderminu. Ale nie z Livigno z września, czyli wtedy, kiedy lek miał kupić dla Johaug doktor Bendiksen. Tylko z Seiser Alm, z datą z końca sierpnia, pokrywającą się z datą zgrupowania Norweżek w tym miejscu. To było pierwsze zgrupowanie, jeszcze bez Bendiksena, od dołączył w Livigno. To w Seiser Alm Johaug nabawiła się oparzenia słonecznego. Dopiero w Livigno 2 września rano spotkała się z Bendiksenem. A wcześniej, od 28 sierpnia, radziła się go telefonicznie, co robić.

Dlaczego lekarz zwlekał?

- Rana krwawiła, pękała przy posiłkach - opisywała Johaug. W Livigno doktor obejrzał ranę i uznał - jak opowiadał - ją za tak poważną, że kupił Trofodermin. Ale dlaczego, jeśli rana była tak poważna, kupił leki dopiero dobę po diagnozie? I dlaczego, wiedząc o kłopotach Johaug już wtedy, gdy wyruszał z Norwegii, nie zabrał do apteczki leku Terra Cotril, który zawsze miał dla biegaczek na takie okazje? Przez telefon, jak wynika z ich opowieści podczas konferencji prasowej, dyskutowali z Johaug, czy nie powinna wracać z Seiser Alm od razu do domu, rezygnując z obozu w Livigno. Więc sytuacja była naprawdę poważna. Ale działanie doktora - dość opieszałe. Johaug wyjaśniała potem w wywiadzie dla "Aftenposten", że zostali na konferencji źle zrozumiani: rozważała rezygnację z obozu w Livigno nie przez krwawiące usta, tylko inne konsekwencje oparzenia słonecznego: bardzo bolała ją głowa, cierpiała też długo z powodu biegunki i była bardzo osłabiona. W Livigno doktor najpierw dał jej słabszy lek, kupioną razem z Trofoderminem Keratoplastikę. Ale nie zadziałała. Wtedy dał Trofodermin, razem z pudełkiem, na którym było ostrzeżenie. Adwokat Johaug potwierdził, że Therese miała pudełko, ale je wyrzuciła.

Paragon do którego dotarł Lersveen - po wybuchu afery objechał apteki w okolicach Livigno i Seiser Alm - mógłby być jakimś tropem, że Johaug mogła kupić lek sama, co zmieniłoby kwalifikację jej winy na cięższą. Ale śledczy nie znaleźli, najwyraźniej, żadnych dowodów, że to mógł być paragon wydany Johaug czy komukolwiek innemu z norweskiej ekipy. "VG" sugeruje jednak, że sprawa może wrócić podczas rozpoczynających się przesłuchań. Komisja antydopingowa nie tylko nie zdradziła do tej pory dokładnego wyniku badania na clostebol, ale też żadnych innych szczegółów swojego dochodzenia. Nie wiadomo, czy oceniali winę Johaug polegając na wyjaśnieniach jej samej i Bendiksena, czy też dopuścili również inne wersje wydarzeń, i przeprowadzili swoje śledztwo. Choćby takie jak Lersveen.

Wyrok najdalej za miesiąc

Rozprawa ma potrwać dwa lub trzy dni. A potem na wyrok trzeba będzie poczekać od dwóch tygodni do około miesiąca. Po przesłuchaniach sędziowie zbiorą się w swoim gronie, przedyskutują sprawę i powinni w kilka dni uzgodnić wyrok, a potem opracować jego uzasadnienie. Prawo odwołania się od wyroku mają Johaug, komisja antydopingowa, Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) i Światowa Agencja Antydopingowa. Można się odwoływać do drugiej instancji w NIF, ale też i od razu do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie. Ale jak mówił w "Dagens Nyheter" Olli Rauste, czyli fiński sędzia z CAS, Johaug powinna zrobić wszystko, żeby sprawa nie trafiła do trybunału, bo tam każdy sędzia da w takiej sprawie minimum dwa lata. A wtedy Johaug nie pobiegnie na igrzyskach. O tym że FIS zaskarży karę, jeśli uzna ją za zbyt łagodną, mówił sam szef tej federacji, Gianfranco Kasper (https://www.sport.pl/zimowe/1,79225,20872962,szef-fis-czekamy-na-norwegow-bedziemy-sie-odwolywac-jesli.html).

Johaug została zawieszona tymczasowo 19 października, zawieszenie odnawia się automatycznie co dwa miesiące, do czasu orzeczenia kary. I zostanie do kary zaliczone. Dlatego jeśli NIF przychyli się do propozycji oskarżycieli, i nie będzie żadnych apelacji, lub zostaną odrzucone, Johaug wróci do startów 18 grudnia. Na niespełna osiem tygodni przed igrzyskami w Pjongczang. Po odcierpieniu dyskwalifikacji będzie na nią czekał znakomity kontrakt z Fischerem, zawieszony na czas trwania wyroku, ale nie zerwany. I inne kontrakty, a te Johaug ma od lat świetne i z firmami ze światowej czołówki. M.in. Jaguarem, Tag Heuer, Oakley, Colgate, Huawei. Ma też własną linię ubrań i nawet była sponsorem sprzętowym innych biegaczek, m.in. Jessiki Diggins.

Podczas zawieszenia nie wolno jej trenować z kadrą (choć może biegać z koleżankami z kadry, jeśli to nie są zorganizowane treningu), nie może brać pieniędzy państwowych na przygotowania, nie może też do końca dyskwalifikacji ćwiczyć z jednym ze swoich prywatnych trenerów, Egilem Kristiansenem, który po 10 latach wielkich sukcesów z Norweżkami odszedł trenować norweską kadrę biathlonistów. Norweżka będzie ćwiczyć do tego czasu ze stworzonym po tymczasowym zawieszeniu własnym sztabem treningowym.

Duda ze Stochem załatają dziurę budżetową! Zieliński i Szczęsny smutni [MEMY]