Biegi narciarskie. Bieg Wazów: pot, krew i zupa z jagód

- Jednego Biegu Wazów nie dokończyłem, bo zacząłem zamarzać - mówi serwismen Justyny Kowalczyk Ulf Olsson. - Na starcie jest taki tłum, że kiedyś nie mogłem odnaleźć nart i ruszyłem 10 minut po wszystkich - wspomina prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Ale obaj na Vasaloppet wracali. Ten bieg jest w narciarstwie jak maraton bostoński. W niedzielę debiutuje w nim Justyna Kowalczyk. Start o 8.
Zaczęło się od pieniędzy. Gdy Gustaw Waza próbował w XVI wieku podburzyć lud Mory do buntu przeciw duńskiemu królowi, początkowo nic nie wskórał i zaczął uciekać do Norwegii. Na nartach przez tajgę, wzdłuż bagien i jezior. Dopiero gdy do Mory dotarła wiadomość, że król Chrystian zamierza podnieść podatki, dwóch wysłanników dogoniło Gustawa w miejscowości Sälen i uprosiło: wróć, poprowadź bunt, chłopi i górnicy z regionu Dalarna staną za tobą. Trzy lata później został królem, uwolnił kraj od władzy Duńczyków. A w 1922 r. rodacy uznali, że pora w hołdzie odnowicielowi Szwecji zorganizować bieg, jak go nazwali, "ojcowskim szlakiem przyszłego zwycięstwa".

Budżet jak w futbolu

Dziś ten bieg jest pomnikiem wśród narciarskich maratonów. I świetnym biznesem. Z dwumilionową widownią w samej Szwecji. Z rocznym budżetem w wysokości 120 milionów koron (około 54 mln złotych), dorównującym najbogatszym szwedzkim klubom piłkarskim. A kolejne 200 mln koron zostawiają co roku w Dalarnie uczestnicy i widzowie biegu. Już drugi rok z rzędu zarezerwowane jest każde miejsce w tzw. Tygodniu Zimowym: czyli w samym Biegu Wazów i w biegach, które mu towarzyszą. Łącznie pobiegnie w nich 67 tysięcy osób. Sześć razy więcej niż Mora ma mieszkańców. A 15800 numerów startowych na bieg główny rozeszło się w półtorej minuty. W niedzielę ruszy z wielkiej polany w Sälen m.in. książę Fryderyk, przyszły król Duńczyków, przed którymi kiedyś uciekał Gustaw. A faworytami będą Norwegowie, do których uciekał. Wygrali dwa ostatnie biegi mężczyzn i trzy wśród kobiet.

Ale tym razem obsada jest wyjątkowo mocna. Organizatorzy chwalą się, że najmocniejsza w historii. Pierwszy raz od lat czterdziestych bieg jest nie w pierwszą, a drugą niedzielę marca: żeby nie konkurować z mistrzostwami świata. I dać szansę startu biegaczom, którzy jeszcze tydzień temu walczyli o medale w Falun, leżącym ledwie 90 km od Mory. Dzięki temu zadebiutują w Biegu Wazów Justyna Kowalczyk i Johan Olsson, jeden ze szwedzkich bohaterów mistrzostw. Pobiegnie rosyjski mistrz olimpijski na 50 km Aleksander Legkow i inny specjalista od długich wyścigów, Maksim Wylegżanin. Była szansa, by zjawił się też Petter Northug. Ostatecznie się nie zdecydował. Już drugi raz, w 2012 zatrzymała go choroba.

Olsson: są pieniądze, jest inne bieganie

Z medalistami igrzysk i mistrzostw świata będą rywalizować ci, dla których narciarskie maratony stały się sposobem na życie. Jak Anders Aukland, który w 2013 został pierwszym zwycięzcą Vasaloppet jadącym tylko bezkrokiem, siłą rąk, bez posmarowania nart na trzymanie. Jak Laila Kveli, która jego wyczyn powtórzyła rok później u kobiet, a wygrała też w poprzednim sezonie. Jak wielu innych biegaczy z powstających na całym świecie zawodowych grup maratońskich. One zbierają w jednej ekipie i specjalistów, i biegaczy z Pucharu Świata, którzy chcą się sprawdzić. Justyna biegnie w Russian Marathon Team (polskiej grupy nie ma), jest Team Santander z Auklandem i Kveli, Team Coop z Serainą Boner, Silvini Madshus z Kateriną Smutną, United Bakeries z Oeysteinem Pedersenem.

- Dziś jest specjalizacja, mnóstwo zawodowych grup powstaje zwłaszcza w Norwegii, do maratonów narciarskich napłynęło dużo pieniędzy, robi się już z tego inne bieganie. W moich czasach tak nie było, wtedy biegaliśmy wszystko, i krótsze dystanse, i maratony - mówi Sport.pl Ulf Olsson, szwedzki serwismen Justyny Kowalczyk. On biegł w Vasaloppet pięć razy. Jednego biegu nie skończył. - W 1986, gdy ruszaliśmy z Salen, było minus 28 stopni. Ale jakieś 25 km dalej, na zjeździe, zmierzyli minus 42 stopnie. Musiałem zejść z trasy, zamarzłem - mówi Olsson. Najwyżej był w Biegu Wazów 29. - Wysoko? Ja byłem trochę rozczarowany, trafiały mi się lepsze miejsca w innych maratonach. W Marcialondze w Val di Fiemme byłem 21., w Koenig Ludwig Lauf w Niemczech 20. Justyna może być na podium, jest bardzo mocna. Pytanie tylko, jak dobrze przygotowały się specjalistki - zastanawia się Olsson.

Przygotowania Kowalczyk: 50 km dziennie

Biegaczki znane z pucharowych tras radzą sobie w maratonach dobrze. W 2012 Vibeke Skofterud, dla której zaczęło już brakować miejsca w norweskiej elicie biegaczek, wygrała Bieg Wazów wśród kobiet w rekordowym czasie 4:08,24. Wspomniana Seraina Boner, która była na MŚ w Falun i w niedzielę będzie rywalizować na trasie z Justyną, wyspecjalizowała się w wygrywaniu Birkebeinerrenet, czyli norweskiego odpowiednika Vasaloppet, też wzmocnionego legendą o przyszłym królu szukającym schronienia (małego Haakona wieźli w bezpieczne miejsce buntownicy nazywani Birkebeiner, od brzozowej kory, którą owijali stopy). A Finka Riitta Liisa Ropponen wygrała dwie ostatnie La Sgambedy w Livigno. Justyna Kowalczyk przez ostatnie dni poznawała trasę, przejeżdżając kolejne odcinki. Po 30 km, jednego dnia nawet ponad 50. Kowalczyk jeszcze w tak długim maratonie nie startowała. Najdłuższy mierzył 70 km, na Kamczatce, gdzie kiedyś kończyła sezon. O tym, dlaczego się zdecydowała na Bieg Wazów i jak go traktuje, pisała w niedawnym felietonie.

Jacek Jaśkowiak: Muzyki do końca życia nie zapomnisz

Wyścig o to, kto będzie najlepszy na finiszu ulicami Mory, kto pierwszy przejedzie przez drewnianą bramę zwycięstwa - to na niej jest napis o "ojcowskim szlaku przyszłego zwycięstwa" - komu zarzucą wieniec na szyję chłopak i dziewczyna w ludowych strojach (czyli kransmas i kranskulla), będzie fascynujący. Ale równie ważny jest w Biegu Wazów ten ponad 15-tysięczny tłum, który rusza za zawodowcami. Ci biegacze, którzy walczą przede wszystkim sami z sobą, którzy najpierw podróżują autobusami z Mory na start, potem kłębią się na wielkiej polanie, grzejąc się przy ogniskach. Stoją w korku na Bergę, czyli początkowe trzykilometrowe wzniesienie, najtrudniejszy fragment biegu, na którym trasa jest już węższa i się zatyka. Walczą z krwawiącymi odciskami, płaczą na widok bramy w Mora, ratują się na trasie, pijąc blabärssoppa, czyli zupę jagodową. Najsłynniejszy napój Biegu Wazów. W niedzielę czekają na biegaczy 63 tysiące litrów blabärssoppa.

- Na każdej stacji, których jest na trasie siedem, słyszysz muzyczkę Biegu Wazów. Tak się wbija w głowę, że do końca życia nie zapomnisz. Ja miałem ją ustawioną przez lata jako dzwonek w telefonie - mówi Sport.pl Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, jeden z Polaków, którzy zdobyli koronę największych narciarskich maratonów.

Punkt ósma: zrywa się armia

- Może Birkebeiner i Transjurasienne we Francji mają trudniejsze trasy, może Birkebeiner ma trochę więcej uczestników, 16 tysięcy. Ale w Vasaloppet czuje się legendę. I jest wyjątkowo, bo wszyscy ruszają na jeden strzał. Punkt ósma zrywa się do biegu prawie szesnastotysięczna armia. Nie ma tak, że sobie spokojnie ruszysz, kiedy się uda, i zmierzą ci czas netto. Jesteśmy ustawieni w kolejności od najlepszych do najsłabszych, ale i tak ciągle masz wokół siebie tłum - mówi Jaśkowiak. W Biegu Wazów startował cztery razy, również w tym biegu, w którym trzech uczestników zmarło na ataki serca. - Było bardzo zimno, a trudno tam o dobrą rozgrzewkę. Dotarcie na start z Mory autobusami, które zwożą ludzi na polanę, trwa czasem i cztery godziny. Potem czekasz dwie godziny na start. Zajmujesz sobie miejsce w swoim sektorze, zostawiając narty, i idziesz się ogrzać przy ognisku. Kiedyś nie byłem w stanie odszukać swojego sprzętu, ruszyłem 10 minut po wszystkich - wspomina Jaśkowiak. - Gdy przed tobą przebiegnie tabun ludzi, to zapomnij o torach, wszystko poniszczone. A jeśli się nie przepchasz do przodu, to będziesz dreptać. Na Berdze można stracić nawet godzinę, łamią się kijki i narty. Więc ruszasz od początku na pełny gaz - mówi Jaśkowiak, który w biegi narciarskie wciągnął się kilkanaście lat temu, gdy był w Szklarskiej Porębie na turnusie po ostrym zapaleniu płuc. Od tego czasu przebiegł kilkadziesiąt maratonów. Trzy razy zdobył tytuł Masters organizacji Worldloppet, zrzeszającej największe maratony, w tym Polski Bieg Piastów. Masters dostaje się za ukończenie co najmniej 10 maratonów rocznie.

Przebiegnij, a wszystko stanie się prostsze

- Kiedyś wyjechałem w styczniu do Czech na Jizerską Pięćdziesiątkę, a wróciłem do domu w marcu po Birkebeiner. Właściwie tydzień w tydzień biegłem jakiś maraton. Z Europy poleciałem do Japonii, Kanady, USA, i sezon skończyłem w Europie. Firmę sobie monitorowałem z kafejki internetowej. Dla mnie to był sposób poznawania świata - mówi Jaśkowiak. Biznesmen, organizator Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie, działacz Worldloppet, do którego przyjęto też Bieg Piastów na Polanie Jakuszyckiej, od ostatniej jesieni prezydent Poznania.

Tacy zapaleńcy jak Jaśkowiak są częścią ostatniego wielkiego boomu na biegi narciarskie. Do Biegu Wazów staje dziś 60 procent uczestników więcej niż 15 lat temu. Biegi wpisały się w modę na bycie zdrowym, sporty wytrzymałościowe. Jak piszą Szwedzi, jeszcze 10 lat temu przypinało się w tym kraju narty, żeby być zjazdowcem. A dziś narty biegowe są równie ważne. Biznesmeni płacą za warsztaty, które im pozwolą skończyć Bieg Wazów w elicie, w pierwszym tysiącu. Wieszają w biurach swoje numery z Vasaloppet czy Birkebeiner. "Kiedyś status podkreślała dobra whisky, a dziś osobisty trener" - pisze "Expressen" o fenomenie Biegu Wazów.

- Potem widzisz japiszonów na świetnych nartach, w najnowszych strojach Bjoerna Borga, jak wymiotują i schodzą z trasy. I widzisz dziadków w strojach z ubiegłego wieku, na starych deskach, jak dobiegają do mety. Vasaloppet uczy pokory - mówi Jacek Jaśkowiak. - Ale za to gdy już choć ten raz w życiu przebiegniesz w takim wietrze, na mrozie, o głodzie 90 km, to potem wszystko staje się prostsze. Nawet bycie prezydentem Poznania.