MŚ w Falun. Sztafeta: Siła dziewczyn po przejściach

:
-
Zrobiły, jak obiecały: polska sztafeta zajęła piąte miejsce, najlepsze od blisko półwiecza. I to była prawdziwa sztafeta, a nie tylko Justyna Kowalczyk i reszta.
- Dziewczyny, my tam jeszcze będziemy, obiecuję - mówiła Justyna Kowalczyk do Eweliny Marcisz i Kornelii Kubińskiej, gdy spiker wywoływał na podium medalistki: Norweżki, Szwedki i Finki. Między medalistkami a Polkami były w Falun tylko Amerykanki. I czwarte miejsce uciekło dopiero na ostatniej zmianie, gdy Jessica Diggins wyprzedziła Sylwię Jaśkowiec. Piąte miejsce, awans z dziewiątego sprzed dwóch lat, to największy sukces polskiej sztafety od igrzysk w Grenoble w 1968 r. Wtedy jeszcze były w drużynie trzy zmiany, a nie cztery. - Rewelacyjny dzień. Jessie była bardzo mocna, Nicole Fessel też, ale udało mi się obronić piąte miejsce przed atakiem Niemek - rzuciła Jaśkowiec, nawet się nie zatrzymując w strefie wywiadów, bo dostała wezwanie na kontrolę dopingową.

- Ależ dumna jestem z dziewczyn. Jesteśmy na dobrej drodze do walki o więcej. Dzisiaj wszystkie walczyłyśmy o każdy centymetr, co się jeszcze naszej sztafecie nie zdarzyło. Mam tylko nadzieję, że się szybko nie zestarzeję i jeszcze razem z dziewczynami zaprowadzimy porządek na podium. W Lahti za dwa lata będzie naprawdę fajna trasa, i jeszcze przy odrobinie szczęścia połowa się wywróci na ostatnim zjeździe - mówiła Kowalczyk.

Nazwano ją kapitanem sztafety, a ona siebie - Mamuśką. Od dawna już nie było w polskiej kadrze tak dobrze dobranej grupy. Czasem właściwie zanika podział na drużynę Justyny i resztę reprezentacji. Współpracują dziewczyny, współpracują serwismeni, Kornelia Kubińska i Ewelina Marcisz dostały od grupy Justyny i Sylwii Jaśkowiec najlepsze narty. Przyjemnie było w Falun patrzeć na to, jak się wzajemnie napędzają. - Przepraszam mojego męża za ostatni rok, za to, że go tak odstawiłam na bok. Narty musiały być na pierwszym miejscu - mówiła Kubińska. - Ja się bardzo martwiłam i żeby się odstresować, gotowałam nam obiad. Serce mi waliło bardzo mocno, uciekałam i udało się. Nie ukrywam, że i stypendium, które sobie wywalczyłyśmy, jest dla mnie bardzo ważne. To jest zabezpieczenie przyszłości, a ja chcę trenować, moim celem są igrzyska. Musiałam dokładać z własnej kieszeni, a od dzisiaj wszystko, co dostanę, wkładam w biegi - mówiła najmłodsza w drużynie, 24-letnia Ewelina Marcisz.

Każda z nich czterech ma za sobą powrót z jakiegoś zakrętu. Kornelia Marek, zdyskwalifikowana za doping krwi w Vancouver, podczas dwuletniej kary zrozumiała, jak ważne było dla niej narciarstwo, i wróciła z postanowieniem, że jeszcze pokaże. Ewelina Marcisz ma za sobą długą walkę z chorobą, przez którą przepadła na blisko dwa lata. Sylwia Jaśkowiec tyle czasu straciła, rehabilitując się po wypadku na treningu. O problemach Justyny Kowalczyk napisano już dość.

Tym razem podium było jeszcze nie do wzięcia. Trójka ze Skandynawii nakręcała się w walce o prowadzenie i uciekała goniącym coraz dalej, na każdej zmianie. Również na zmianie Justyny. To jest właśnie w tym piątym miejscu najcenniejsze: że drużyna nie potrzebowała cudów Kowalczyk, poradziła sobie bez nich. Przyzwyczailiśmy się, że Justyna swoje ulubione pięć kilometrów stylem klasycznym pokonuje w sztafecie w huraganowym tempie, przyprowadza drużynę na wysokim miejscu, czasem nawet na prowadzeniu, ma najlepszy czas swojej piątki. A potem liczymy, ile drużyn wyprzedzi jeszcze Polskę na dwóch zmianach stylem dowolnym. W Falun tak nie było. Justyna przejęła drużynę na piątym miejscu, przyprowadziła na czwartym, ale strata do Norweżek, Finek i Szwedek urosła, a nie zmalała. Justyna miała czwarty czas i niedosyt. - Nie mogłam się dziś od rana dogadać z nartami - tłumaczyła Kowalczyk. Kubińska, też biegnąca stylem klasycznym, mówiła, że narty dobrze pracowały pod górę, ale źle zjeżdżały.

- Dziewczyny były poza zasięgiem. Myślałyśmy, że może Finki będą słabsze. Nie były. Aino Kaisa Saarinen pobiegła klasykiem jak umie najlepiej, a do tego miała nieziemskie narty. Ale co tam. Gdyby ktoś mi powiedział, że nasza drużyna w tych mistrzostwach dwa razy ogra Niemki... - mówiła Kowalczyk, która już w sztafecie sprinterskiej razem z Jaśkowiec pokonała niemiecką drużynę w drodze po medal. W sztafecie gorzej dobrane narty niewiele zmieniły. Ważniejsze będą w sobotę, w ostatnim starcie Justyny na 30 km klasykiem. Tym razem na mistrzostwach świata narty można będzie zmienić tylko raz. Pomylić się też można tylko raz.