MŚ w Falun. Kowalczyk i Jaśkowiec. Sprint ognia i wody

Gdyby przeciwieństwa przyciągały medale, to moglibyśmy się już szykować na dekorację w Falun. Justyna Kowalczyk i Sylwia Jaśkowiec biegną w niedzielę w sprincie drużynowym.
Gdyby się dało połączyć to, co potrafią, powstałaby narciarka idealna. I do biegów łyżwą, i klasykiem, po miękkim i po twardym, na krętych trasach i na łatwych. Lubią się, od niedawna znów trenują w jednej grupie - Sylwia Jaśkowiec była kiedyś ostatnią dziewczyną w grupie treningowej Justyny Kowalczyk, po latach wróciła - ale na trasach dzieli je właściwie wszystko. Justyna to mistrzyni klasyka, w stylu łyżwowym daje radę wtedy, gdy jest miękko albo trasa jest trudna. Sylwia to polska Marit Bjorgen. Świetnie jeździ na nartach, ma znakomitą koordynację, czuje się doskonale, gdy jest lód i płaska trasa łyżwowa. Czyli w warunkach, w których Justyna swój styl jazdy nazywa: "krowa na lodzie".

Charakterami też się różnią. Ale gdy Sylwia przyszła wiosną zapytać, czy mogłaby też trenować z Aleksandrem Wierietielnym - bo trener kadry Ivan Hudacz zostawił Polki i dziś jest trenerem Szwajcara Dario Cologni - nie było żadnych problemów. Jaśkowiec nie chciała się znaleźć na kolejnym zakręcie kariery. Ona odżyła pod opieką Hudacza. Zaczęła zapominać o tych dwóch latach kariery, które straciła z powodu wypadku. Zapewne dwóch najważniejszych latach: była podwójną młodzieżową mistrzynią świata, gdy latem 2010 r., przygotowując się do następnego sezonu, ledwo uniknęła zderzenia z autobusem podczas treningu na nartorolkach. Uciekła na pobocze i uderzyła w słup, łamiąc rękę. Potem się okazało, że nie wszystko dobrze się zrosło, minął kolejny rok straconych treningów na najwyższych obrotach. Były momenty zwątpienia, w sportach wytrzymałościowych taka wyrwa w karierze to czasem wyrok.

Jej udało się wrócić. Właśnie dzięki Hudaczowi i pomagającej mu w pracy w Polsce narzeczonej, Petrze Majdic. Ona Sylwię przekonała, że powinna postawić na sprinty. A Hudacz swoimi treningami, opartymi na interwałach, doprowadził Jaśkowiec do takiej formy, że na przełomie 2013 i 2014 r. stanęła pierwszy raz na podium Pucharu Świata: w prologu Tour de Ski (była trzecia) i była bliska powtórzenia tego niedługo później w Szklarskiej Porębie (czwarte miejsce w sprincie łyżwą). Trzeci raz stanęła na podium obecnej zimy. Razem z Kowalczyk, właśnie w drużynowym sprincie, w Otepää. Zajęły trzecie miejsce, przegrywając tylko z Norweżkami i Szwedkami,.

To powrót Sylwii do formy przekonał Justynę, że warto spróbować sił w drużynowym sprincie. W igrzyskach w Soczi zajęły w nim piąte miejsce. Ale tam sprint rozgrywano stylem klasycznym. W nim to Justyna musi na swoich zmianach wypracować przewagę, a Sylwia nie zmarnować jej. Gdy sprint jest stylem łyżwowym, jak w niedzielę w Falun, startują jako równorzędne partnerki. Justyna ma walczyć o rozciągnięcie stawki, a Sylwia dobrze finiszować.

FIS nazwał to sprintem, ale jeśli już w zawodach indywidualnych ta nazwa jest kontrowersyjna - co to za sprint na mniej więcej kilometr, czyli ponad trzy minuty pracy? - to w przypadku drużynowych sprintów jest po prostu myląca. Powinno się to raczej nazywać: drużynowe interwały. Dwie zawodniczki biegną tym samym stylem po trzy zmiany, mając na odpoczynek tyle czasu, ile spędzi na trasie koleżanka z drużyny. Szybkość bez wytrzymałości nic tutaj nie znaczy, tak naprawdę to już wysiłek bliższy biegowi na 5 km niż sprintowi.

- Od dawna podejrzewaliśmy z trenerem, że drużynowy sprint to może być ten typ wyzwania, który mi odpowiada. Nawet w kompletnym dole, w jakim byłam w Otepää, sprint zniosłam świetnie, i to sprint łyżwą. Tam było miękko, dobrze dla mnie. Ale za to trasa była łatwa, czyli nie dla mnie. Jeśli się ustrzeżemy przed głupimi błędami i będzie serce do walki, może będzie dobrze w Falun - mówi Justyna Kowalczyk.

W Falun trasa jest trudna, bardziej dla Justyny. Ale Sylwia jest zdeterminowana, dla niej to najważniejszy start tej zimy. Choć oczekiwania tonuje. - Podium w Otepää? Inna trasa, inny czas - mówi.

Pracując u Wierietielnego, stała się narciarką bardziej wszechstronną. Początek sezonu miała trudny, ale od Tour de Ski nabrała rozpędu. Skończyła Tour na 16. miejscu i od tej pory czołowa dwudziestka to jej miejsce w PŚ. - Z trenerem musieli się siebie nauczyć. Jemu chodziło o to, żeby Sylwia nie miała tylko dwóch świetnych wyskoków w sezonie, w sprzyjających warunkach. Miała być po prostu dobra w stylu łyżwowym, regularnie. I jest. Jest też coraz lepsza klasykiem. Na poprawę w sprincie musi trochę poczekać, to niedługo zacznie być widać. Trener i Sylwia bardzo dobrze się dogadują. Ale jeden rok to za mało, żeby zobaczyć efekty pracy - mówi Kowalczyk.

Ani Justyna, ani Sylwia nie pobiegną w sobotę w biegu łączonym. Żeby oszczędzać siły na sprint. Trudno było przekonać Norwegów i Szwedów, że to prawda. Trener Norweżek mówił po sprincie, że Kowalczyk jest w zbyt dobrej formie, żeby z biegu łączonego zrezygnować. Uważał to za blef. Ale tu blefu nie ma. Choć nikt nie powie, że to nie jest przyjemny widok: dziennikarze z Norwegii i Szwecji, którzy przed sprintem nie zauważali, że przyjechał na mistrzostwa ktoś z Polski, a dziś proszą o wywiady z Justyną i dopytują, co tutaj jeszcze może pokazać. f

Sprint drużynowy w niedzielę o 12.30 (kwalifikacje) i 14.30 (finał), transmisje w TVP i Eurosporcie

Sylwia Jaśkowiec, nasza Marit Bjorgen, i Justyna Kowalczyk, mistrzyni klasyka. Sprawią niespodziankę i pobiegną po medal MŚ?

Co, gdzie, kiedy przed MŚ w Falun [ROZKŁAD]