Narciarstwo. Justyna Kowalczyk wystartuje w Pjongczang?

Justyna Kowalczyk: ?Nie kończę. Chciałabym po raz czwarty wystartować na igrzyskach. Chciałabym po raz szósty stanąć tam na podium?
Dwukrotna mistrzyni olimpijska pisze o igrzyskach w Pjongczang, w 2018 roku. Deklaracja przyszła w ważnym momencie - tuż przed mistrzostwami świata w Falun, w trakcie sezonu wyjątkowego, trudnego, bez większych sukcesów w Pucharze Świata (jedno podium w sprincie drużynowym z Sylwią Jaśkowiec), choć akurat tego można się było spodziewać.

Deklaracja była zaskakująca, ale w tym sezonie wszystko, co związane z Justyną, jest zaskakujące.

Jeszcze przed zeszłoroczną olimpiadą Justyna dawała wyraźne znaki, że zamierza zwolnić, że być może jej kariera powoli się kończy. W czasie igrzysk głośno było o wypowiedzi trenera Aleksandra Wierietielnego, który stwierdził w Polskim Radiu, że "po igrzyskach kosimy trawkę". Później okazało się, że trener mógł zostać nagrany przed olimpiadą w Soczi, w innych okolicznościach, ale atmosfera dekadencji, poczucie, że coś w ekipie najbardziej utytułowanej zimowej polskiej sportsmenki się kończy, była mocno wyczuwalna. W czerwcu w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedziała: "Moje ciało ma już dość tak wielkiej roboty. Był taki moment po Soczi, gdy byłam pewna, że to koniec przygody i nie wrócę".

W tym samym wywiadzie zapowiedziała jednak, że przygotuje się do mistrzostw świata w Falun. Inaczej niż zwykle, ale z pełnym zaangażowaniem. - Już tylko w sporcie widzę na razie swoje wybawienie - powiedziała we wstrząsającym wywiadzie w "Wyborczej".

Niestety, w sporcie, jaki uprawia, na jej poziomie rywalizacji, nie da się oszukać organizmu - Justyna, ze względu na złamanie kości w Soczi i na depresję, nie mogła przeprowadzić treningów wytrzymałościowych w najlepszym okresie, a tylko optymalne przygotowania do sezonu dałyby jej szansę na równorzędną rywalizację w Pucharze Świata z grupą biegaczek norweskich.

Przegrywała, obsuwała się w klasyfikacji. Dziś czterokrotna zdobywczyni Pucharu Świata jest 11.

Ale za tydzień wystartuje w sprincie techniką klasyczną w mistrzostwach świata. Ponieważ nie czuje się mocna wytrzymałościowo, właśnie w tej konkurencji widzi największą szansę na sukces. Ale obsada sprintu jest bardzo mocna, zapewne jednak wystartuje w nim (początkowo miała inne plany) Marit Bjorgen, czyli biegaczka, która wygrywa sprinty, średnie i długie dystanse, obydwiema technikami, w każdą pogodę.

I tu kolejny zwrot akcji. W poniedziałek okazało się, że Justyna zamierza wystartować w Pucharze Świata jeszcze tylko raz - w sprincie w Drammen. A trzy dni przed nimi - spełnić swoje dziecięce marzenia i pobiec w 90-kilometrowym, legendarnym Biegu Wazów 8 marca.

To właśnie przy tej okazji napisała na swoim profilu na Facebooku, uspokajając tych, którzy mogli mieć wątpliwości co do jej dalszej kariery: "Nie kończę. Chciałabym po raz czwarty wystartować na igrzyskach. Chciałabym po raz szósty stanąć tam na podium".

Justyna zdobywała medale na trzech igrzyskach, czyli na każdych, na których startowała: w Turynie był brąz w dramatycznych okolicznościach w narciarskim maratonie w stylu dowolnym, po omdleniu i zejściu z trasy na 10 km klasykiem, w Vancouver wywalczyła trzy medale w każdym kolorze, w Soczi złoto na 10 km klasykiem - ze złamaną kością w stopie.

W Pjongczang w Korei Południowej będzie miała 35 lat. Jeśli są osoby, które myślą, że to nie jest właściwy moment na odnoszenie sukcesów, to się mylą. Norweżka Hilde Pedersen zdobyła olimpijski brąz w Turynie na 10 km, gdy miała 41 lat i 189 dni. Finka Maria Lisa Kirvesniemi - 39 lat, gdy wywalczyła dwa medale w Lillehammer w 1994 roku. Raisa Smietanina - 40 lat, gdy zdobyła złoto w sztafecie w Albertville w 1992 roku, a dwa inne medale - indywidualne - cztery lata wcześniej, w Calgary. Medalistek starszych niż 35-letnie jest wiele. Bo biegi narciarskie to przede wszystkim wytrzymałość, cecha, która w dzisiejszych czasach osiąga swoje apogeum u sportowca w okolicach trzydziestki. To również doświadczenie.

Są też i minusy albo niekorzystne okoliczności. Norweżki, Finki, Rosjanki trenują w grupach, dzięki czemu wieczne zgrupowania, interwały w wysokogórskich warunkach, w rozrzedzonym powietrzu, nie są monotonną, samotną udręką, wewnętrzna rywalizacja je nakręca, a presja wyniku rozkłada się na wiele zawodniczek i w związku z tym jest lżejsza do wytrzymania. Tego wszystkiego Justynie brakowało przez dziesięć lat biegów na światowym poziomie. Dopiero w tym sezonie, po długiej przerwie, znów ma w grupie treningowej koleżankę - Sylwię Jaśkowiec.

Czy Justyna wytrzyma w postanowieniu? Nie wiadomo.

Nie chodzi przecież tylko o nią. Od początku - od 13 lat - współpracuje z jednym trenerem, dla którego jest życiowym dziełem, opus magnum. Nie chodzi tylko o niego - Justyna wielokrotnie mówiła, że chciałaby, aby bieganie na nartach stało się powszechnym sportem w Polsce, denerwowało ją, gdy nie mogła w wynikach mistrzostw świata juniorów znaleźć żadnej Polki. "Są dziewczyny z Australii, Mongolii, Serbii, Wielkiej Brytanii i z innych egzotycznych narciarsko krajów, ale nie z Polski. Panowie działacze, przyjmijcie moje gratulacje. Tak zabijacie dyscyplinę" - pisała.

Nie chodzi tylko o nich, o przyszłych biegaczy i obecnych działaczy. Ale też o "nartki": "Ten sezon sprawił, że znów je pokochałam". A może chodzić jeszcze o coś, o to, co powiedziała w czerwcowym wywiadzie: "Gdybym miała normalną, kuszącą alternatywę, na pewno bym z wyczynowego sportu odeszła".

W najbliższym felietonie w "Gazecie Sport.pl Ekstra" Justyna Kowalczyk napisze więcej na temat swoich planów na przyszłość

Czy polscy sportowcy piszą wiersze? [POEZJA Z TWITTERA]