Biegi narciarskie. Krasicki: Kowalczyk nie dogoni norweskiego ekspresu

- Wytrzymałościowo Justyna nie prezentuje się dobrze. Z jej obecnego poziomu nie można dołączyć w pięć tygodni do tempa, w jakim pędzi norweski ekspres. To nie ulega kwestii - mówi w rozmowie ze Sport.pl prof. Szymon Krasicki. W niedzielę Justyna Kowalczyk zemdlała na ostatnim kilometrze wspinaczki na Alpe Cermis i nie ukończyła Tour de Ski. Jej promotor, a w przeszłości trener kadry polskich biegaczek, twierdzi, że podczas lutowych MŚ w Falun nasza mistrzyni o medal może powalczyć tylko w sprincie.
Łukasz Jachimiak: Jak bardzo niepokoi pana forma Justyny Kowalczyk w perspektywie mistrzostw świata w Falun?

prof. Szymon Krasicki: To, że nie ukończyła Tour de Ski, nie jest dobrym sygnałem. Nie ulega kwestii, że powinno być inaczej. Co się dzieje w jej organizmie, to tylko ona sama wie, ale - niestety - widać, że wytrzymałościowo Justyna nie jest na dobrym poziomie. Pokazały to dwa ostatnie biegi Tour de Ski. Do mistrzostw zostało pięć tygodni. Niby to nie jest mało, ale nie wydaje mi się, żeby tego czasu wystarczyło na zbudowanie wysokiego poziomu wytrzymałości. Nie wiem, co się stało. Może pod koniec tego wieloetapowego wyścigu Justynę dopadła jakaś choroba. Ale nawet jeśli, to nie powinna robić takiej różnicy. Jedno wiem na pewno - Justyna na podbiegu pod Alpe Cermis strasznie się męczyła. To chyba każdy widział. Po tym na pewno nie można spokojnie oczekiwać mistrzostw.

Wierzył pan, że siedem etapów Tour de Ski pomoże Kowalczyk, że po nich będzie bliżej Norweżek?

- Te starty miały poprawiać wydolność i gotowość Justyny do walki. Początkowo wydawało się, że idzie dobrze, ale się załamało. Może bardzo częste starty miały zły wpływ na nie do końca wytrenowany organizm. Może teraz pomogą łagodniejsze treningi i dopiero po nich powrót do intensywnej pracy? Jeszcze nic straconego, ale na pewno teraz i Justyna, i trener Aleksander Wierietielny będą mieli dużą "myślówkę". Ja jednak ciągle wierzę w ich doświadczenie i rozpoznanie sytuacji. Ta jest całkiem inna, niż była w poprzednich latach, ale może znajdą rozwiązanie.

Rozmawiał pan z nimi, zna ich pomysły na najbliższe tygodnie?

- Nie rozmawiałem, nie chciałem im przeszkadzać. Od Justyny dostałem w piątek wiadomość. SMS był dosyć pogodny, optymistyczny.

Ona przez długi czas twierdziła, że jest dobrze, że małymi krokami idzie do celu, w pewnym momencie cieszyła się nawet, że w "klasyku" na wyciągnięcie kijka ma już drugie miejsce. Ale po sobotnim biegu na 10 km ze startu wspólnego powiedziała, że zeszłaby z trasy, gdyby to nie było Tour de Ski, natomiast w niedzielę, na trasie finałowej wspinaczki na Alpe Cermis po prostu padła bez sił. Po czymś takim o optymizm trudno.

- Powiem tak - do końca nigdy nic nie wiadomo, dlatego nie skreślajmy jej, bądźmy umiarkowanymi optymistami. Nawet bardzo umiarkowanymi. Może się pozbiera. Myślę, że w Falun mimo wszystko będzie miała swoją konkurencję. W sprincie będzie miała szansę na uzyskanie dobrego wyniku. Już w tym sezonie pokazywała, że jest dosyć szybka. Choć oczywiście sprint to są cztery biegi jednego dnia, jeśli ktoś chce dotrzeć aż do finału. Czyli trzeba być też dobrze przygotowanym wydolnościowo.

Ale chyba nie tak, jak do biegu na dystansie? Między poszczególnymi startami składającymi się na sprint można przecież złapać oddech.

- Tak, to ma znaczenie. Nawet kilka dni temu w szwajcarskim Val Muestair było dobrze, tylko szczęścia zabrakło, by pobiegła w półfinale, a przecież to była "łyżwa", której Justyna nie lubi. W Falun będzie "klasyk", dlatego w tej konkurencji będę liczył, że Justyna dobrze się zaprezentuje.

Kowalczyk od jakiegoś czasu mówi, że w Szwecji będzie się nastawiać na jeszcze jedną konkurencję - bieg na 30 km "klasykiem". Tylko czy po Tour de Ski nie będzie musiała szczerze powiedzieć samej sobie, że nie ma szans walczyć z Marit Bjoergen, Theresą Johaug i Heidi Weng? Bo chyba nie jest realne, żeby w pięć tygodni doszła do formy, jaką prezentują Norweżki?

- Niestety, ma pan rację. W ciągu pięciu tygodni nie można zrobić bardzo wysokiego poziomu wytrzymałości. Wytrzymałościowo Justyna nie prezentuje się dobrze. Z jej obecnego poziomu nie można dołączyć do tempa, w jakim pędzi norweski ekspres. To nie ulega kwestii. W czasie pozostałym do mistrzostw można się poprawić, ale nie na tyle.

Zostaje nam do końca tej zimy cieszyć się z miejsc Kowalczyk w czołowej dziesiątce i liczyć, że może gdzieś uda jej się stanąć na podium?

- Tak, to też jest dużo. Ciekawe, jaką politykę treningowo-startową na te pięć tygodni przyjmą Justyna i trener. Wierzę w ich doświadczenie i znajomość organizmu zawodniczki.

Myśli pan, że warto byłoby wycofać się z Pucharu Świata i spokojnie trenować, skoro metoda startowa nie do końca się sprawdziła?

- Częściowo się sprawdziła, a częściowo nie. Ona sama musi rozpoznać, na ile czuje się zdrowa i chętna do rywalizacji. Teraz jest prawie tydzień przerwy i są starty w Estonii i Rosji, gdzie Justyna czuje się świetnie. Do tych startów można się trochę zregenerować. Nie wiem, co oni zrobią. Ale Justyna prosiła, żeby ściskać kciuki, więc nie przestawajmy tego robić.

O karierze Justyny Kowalczyk i historii biegów narciarskich przeczytaj w książce >>