Narciarskie MŚ. Czy Kowalczyk zawsze będzie przegrywać z Bjoergen?

Marzyła o pierwszym tytule mistrzyni świata w klasyku. Na start na 30 km czekała jak na żaden inny. Walczyła ze wszystkich sił, próbowała atakować, chciała uciec, ale znów przegrała z Marit Bjorgen. Czy tak już będzie zawsze?
- Panowie, co macie takie smutne miny? - pytała Kowalczyk dziennikarzy za metą. - Przecież wywalczyłam srebrny medal. Jestem jedyną biegaczką, którą od MŚ w Libercu w 2009 roku na każdej wielkiej imprezie zdobywa medale w biegach indywidualnych.

Ambicje Polki i trenera Aleksandra Wierietielnego sięgały jednak wyżej niż srebrny medal. W Val di Fiemme miało być złoto, bo styl klasyczny, w którym rozgrywane było 30 km, to najlepsza technika Justyny. Złoto olimpijskie w Vancouver zdobyła na 30 km właśnie klasykiem. Ale wszystko poszło nie tak.

- Nogi i ręce zrobiły bardzo dużo, głowa nic. Myślenie szwankowało - mówił trener, kipiąc ze złości. - Justyna powinna biec z tyłu, tak jak w Vancouver i tak jak Bjoergen tutaj. Norweżka odpoczywała, Justyna ciągnęła peleton. To była niepotrzebna pokazówka.

Egil Kristiansen, trener Norweżek: - Ktoś musiał jechać z przodu. Wypadło na Polkę, bo to miał być jej wyścig. Marit i Therese Johaug zdobyły już złote medale w Val di Fiemme. Momentami było zabawnie, szczególnie kiedy się zatrzymywały i nawzajem namawiały na prowadzenie. Przed startem mówiłem Marit, żeby biegła z tyłu. Śnieg roztapiał się w słońcu, z każdym okrążeniem liderce było trudniej. Therese czy Marit czasem prowadziły, ale tempo dyktowała Justyna, która wykonała największą pracę. Marit wiedziała, że ma dobry finisz, i czekała do końca. Dla niej był to najważniejszy start. Poprzednie trzydziestki na igrzyskach i MŚ przegrała z Justyną i Therese.

Polka na trzech ostatnich pętlach atakowała, ale nie uciekła, bo w torach robiło się śniegowe błoto. Liderka zbierała je pod narty i przecierała trasę jadącym za nią. Dlatego dystans, jaki Justyna zyskała nad nimi pod górę, rywalki odrabiały na prostej albo zjazdach. Pędząca za Polką Johaug popychała ją, taka była różnica szybkości na zjazdach.

W efekcie tak jak dwa lata temu na MŚ w Oslo Bjoergen zdobyła cztery złote medale i jeden srebrny - z Johaug przegrała 10 km łyżwą. - Byłam tutaj w życiowej formie, ale coś się nie poskładało.

Za te mistrzostwa nie należą mi się więc oklaski, ale też nie jestem strasznie rozczarowana - mówiła Kowalczyk. - Wiele popsuł sprint, po nim wszystko posypało się jak domino. Błąd, upadek w finale i pogoń za rywalkami kosztowały mnie wiele zdrowia. Nie wystartowałam na 10 km łyżwą, żeby jak najlepiej pobiec na 30 km klasykiem.

Kowalczyk od dawna mówiła, że właśnie na nim jej zależy najbardziej. Wiedziała, że jeśli ma rywalizować łyżwą, już na starcie jest w gorszej sytuacji niż najsilniejsze biegaczki - jak choćby w biegu łączonym, których w karierze wiele wygrała. W marcu ub.r. przeszła operację kolana po poważnej kontuzji, zaś styl łyżwowy jest dla tego stawu zabójczy - a zwłaszcza dla więzadeł przyśrodkowych. Lekarze odradzali obciążanie i latem biegaczka musiała zrezygnować z przygotowań do techniki dowolnej. Stąd maksymalne skupienie na narciarskim maratonie, zresztą najpiękniejszej konkurencji, królewskiej. Ale jeszcze większe znaczenie niż klapa na początku mistrzostw ma to, z kim Kowalczyk się ściga.

Walczy z fenomenem

Bjoergen jest największą biegaczką narciarską w historii tego sportu. Czy ktoś może mieć pretensje do wicemistrza świata, który przegrał z Michaelem Phelpsem albo z Usainem Boltem?

Mało tego - Marit, szczytowe osiągnięcie ostrej selekcji z kilkuset tysięcy norweskich narciarek - dysponuje wielką machiną organizacyjną. Ekipa liczy około 20 serwismenów, arcyfachowców i ich narty były po prostu lepiej przygotowane. Jej jechały znakomicie w porównaniu z całym światem oprócz Norweżek. Justyna chciałaby oddać królestwo za takie narty.

Czy więc Kowalczyk z góry skazana jest na walkę o drugie miejsce, gdy tylko Bjoergen zdecyduje się na bój do upadłego w jakiejś konkurencji? Jak pokazał start na 30 km na igrzyskach w Vancouver, nie.

Również w Soczi, choć tam maraton rozgrywany będzie stylem łyżwowym. - Będę pracować nad łyżwą, bo będę mogła już obciążać kolano - mówi. Trener też myśli o Soczi. Ale jako ostatnim akcie pracy z biegaczką, z którą spędził ostatnie 12 lat życia. - Po nich chyba czas kończyć - powiedział.

W przedostatni weekend marca w szwedzkim Falun Kowalczyk odbierze czwartą w karierze Kryształową Kulę za PŚ. Jej przewaga nad rywalkami, które odpuszczały starty, jest bezpieczna. Pod względem liczy zdobytych pucharów dogoni legendarną Norweżkę Bente Skari. O jedną Kryształową Kulę więcej ma tylko Rosjanka Jelena Wialbe.