Biegi narciarskie. Kmiecik: Kowalczyk musi zapomnieć o tym, co lubi

W piątek Justyna Kowalczyk wystartuje w Soczi w sprincie stylem dowolnym, a w sobotę w biegu łączonym na 15 km. Na przedolimpijską próbę nie przyjechały Marit Bjoergen i Therese Johaug, z którymi Polka ma walczyć za rok o medale igrzysk. Kowalczyk zapowiada, że wtedy mocna postara się być nie tylko w stylu klasycznym, ale też w dowolnym. Transmisja sprintu o godz. 11.30 w TVP 2 i w Eurosporcie. Relacja na żywo w Sport.pl
Łukasz Jachimiak: "Byłabym największą idiotką narciarską, gdybym nie podjęła wyzwania" - stwierdziła Justyna Kowalczyk po tym, jak zapoznała się z trasami przygotowanymi na igrzyska olimpijskie w Soczi. Pętlę do stylu łyżwowego nasza mistrzyni uważa za jedną z najtrudniejszych na świecie, i w związku z tym planuje mocno popracować właśnie nad tym stylem. Jak bardzo może się poprawić przez rok?

Wiesław Kmiecik: Ona na pewno ma jeszcze spore rezerwy. Co prawda dokładnie jej występów nie śledzę, bo w tym samym czasie w Pucharze Świata startują, zresztą z sukcesami, moi panczeniści, ale czasami jakiś bieg zobaczę i widzę, że jeszcze trochę jest do poprawienia.

Co konkretnie?

- Generalnie ona dobrze biega łyżwą. Niektórzy jej styl krytykują, a nie wiem, czy do końca się na tym znają. Jej sposób biegu jest prawidłowy i w Soczi na pewno będzie miała szanse na dobre wyniki [na igrzyskach "łyżwą" panie będą rywalizowały w sprincie i na 30 km, z kolei "klasykiem" pobiegną tylko na 10 km, a w obu stylach wystartują w biegu łączonym, gdzie pierwsze 7,5 km będą pokonywać "klasykiem", a kolejne 7,5 km - "łyżwą"]. Podobno pod koniec tej pętli do "łyżwy" jest kilometrowy podbieg i to na pewno dla Justyny jest korzystne. Wiadomo, że jej słabszą stroną są zjazdy - ona musi popracować nad dokładnością, w pokonywaniu zakrętów. Na nich trzeba być spokojnym i pewnym, bo tam kluczowe jest przedłużanie prędkości, jaką się uzyskuje na zjeździe. Kiedy wchodzimy w wiraż, trzeba to zrobić jak najszybciej. To jest bardzo istotne, bo na zjeździe prędkości dochodzą do 60 km na godz., warto ich nie wytracać, tylko przechodzić w wiraże płynnie.

Da się to wytrenować na desce, z której za pańską sprawą Kowalczyk korzysta od lat?

- Deska jest ważna, potrzebna na co dzień, wiem, że jeszcze w tamtym roku ona na tej desce jeździła. Mam nadzieję, że cały czas z niej korzysta, pamiętając, że na niej trzeba jeździć bardzo starannie. Do tego naprawdę trzeba się bardzo przykładać. Nie może być tak, że zawodnik tylko zalicza minuty czy godziny, tu trzeba dokładności, bo na desce wypracowuje się prawidłowość ruchu. Generalnie chodzi o jak najszybsze przeciąganie narty, o środek ciężkości. To trudny element. Ruch jest cykliczny, wydaje się, że prosty, a jest bardzo trudny. Trzeba codziennie to ćwiczyć. Jak czytam, że Justyna lubi klasyk, a tego nie lubi, to zawsze myślę, że przecież pierwszy ważny medal, czyli brąz na igrzyskach w Turynie, zdobyła w biegu techniką dowolną. Radzę Justynie zapomnieć o tym, co lubi.

Bądź na bieżąco ze wszystkimi informacjami i relacjami na żywo dzięki naszej aplikacji sport.pl LIVE! »

Kowalczyk tłumaczy, że nie ma idealnej budowy do stylu łyżwowego, że to "klasyk" jest dla niej naturalny.

- Trochę kombinuje (śmiech). Moje zdanie jest takie, że powinna więcej czasu poświęcać na łyżwę. Chociaż zaznaczam, że nie wiem, jak teraz trenuje. Co prawda spotkałem się z nią i z Olkiem [trenerem Aleksandrem Wierietielnym] przed samymi świętami w Zakopanem, ale nie rozmawialiśmy o sprawach szkoleniowych, tylko prywatnie, o życiu. Wiem jednak, że Justyna w "łyżwie" ma rezerwy. Parę jej biegów oglądałem, a wystarczy, że popatrzę chwilę, i widzę, jak jest.

A jak jest, kiedy porównuje pan "łyżwę" Justyny z "łyżwą" Charlotte Kalli czy Marit Bjoergen?

- Bjoergen biega bardzo dobrze. Ona w ostatnich latach zrobiła wielki postęp. Generalnie w stylu dowolnym wszyscy narciarze radzą sobie coraz lepiej, szczególnie dotyczy to mężczyzn, ale oni są bardziej dynamiczni, dlatego im to wszystko przychodzi łatwiej. A największym mistrzem stylu dowolnego jest Ole Einar Bjoerndalen. Kiedyś byłem z Justyną na lodowcu i zobaczyłem tam Norwega. Rewelacja, ma niesamowity układ jezdny. U niego narty cały czas są wypuszczone, nawet na małej prędkości, kiedy on rusza się bardzo swobodnie, te narty mu pięknie jadą.

To wrodzony talent czy lata pracy?

- Czasami jest tak, że zawodnikowi to przychodzi od niechcenia, że nawet nie wie, jak to robi. Z łyżwami i nartami tak jest - jeździ setka dzieciaków, a z tej setki dwoje czy troje jeździ naprawdę dobrze. Nie znam historii Bjoerndalena, nie wiem, jaki miał talent, ale jak go zobaczyłem, to byłem zachwycony. Lekkość, skuteczność - to może być wielki talent, ale też na pewno poparty wielką pracą. Bez niej, jako biathlonista, a nie biegacz, nie byłby w stanie zajmować wysokich miejsc w Pucharze Świata w narciarstwie klasycznym [w 2006 roku wygrał bieg na 15 km "łyżwą" w Gaellivare, a pięć lat wcześniej był drugi w "dowolnych" startach w Kuopio na 10 i w Ramsau na 30 km].

Kowalczyk ma cokolwiek wspólnego z Bjoerndalenem jeśli chodzi o technikę biegu?

- Pracując z Justyną szliśmy właśnie w kierunku biegania, jakie prezentuje Norweg. Ona biega podobnie, chociaż to nie wygląda tak elegancko. Justyna jest trochę pochylona, na co laicy przesadnie zwracają uwagę, nie widząc, że narty też dobrze jej jadą, że cały czas płynnie przesuwają się do przodu. Najważniejsze jest to, żeby przy każdym odepchnięciu narty pojechały kilka centymetrów więcej, a nawet kilka milimetrów. Jak zliczymy wszystkie kroki, jakie trzeba zrobić w całym biegu, to kiedy ten pojedynczy ruch jest wykonywany prawidłowo, zyskamy setki metrów.

Kowalczyk przyznaje, że ostatnio styl łyżwowy trochę zaniedbała, bo treningi bardzo obciążały jej piszczele, kolana i kręgosłup.

- To dobrze, że się przyznaje, bo tak faktycznie jest - trochę to zaniedbała.

Trening do "łyżwy" jest dużo cięższy od tego do "klasyka"?

- Ja się dziwię, że ona jeszcze żyje, skoro tak narzeka (śmiech). Oczywiście żartuję, to jest świetna dziewczyna. Ale troszkę tak ma, że jak czegoś nie lubi, to nie lubi i koniec.

No właśnie teraz "łyżwę" chce polubić.

- To już tylko jej decyzja.

Ale potwierdza pan, że przygotowanie się do wygrywania "łyżwą" kosztuje więcej niż szykowanie formy na zwycięstwa "klasykiem"?

- Nie powiedziałbym, że tak jest. To są po prostu trochę inne treningi, w każdym z nich mocniej pracują inne partie mięśniowe. Kiedy się pracuje nad łyżwą, sylwetka musi być obniżona, dużo bardziej męczy się mięśnie czworogłowe i pośladkowe. Na prostych nogach łyżwą się biec nie da.

Jak musi trenować Kowalczyk, żeby za rok zdobywać w Soczi medale w biegach stylem dowolnym?

- Musi robić mnóstwo ćwiczeń w tej specyficznej, obniżonej pozycji. Pracować nad tym, by ruch był dynamiczny i jednocześnie ekonomiczny, bo wysiłek trwa dość długo. Ona musi dążyć do takiej swobody, żeby mogła w tej pozycji nawet zasnąć. To nie jest proste, ale pracowałem z Justyną przez pięć lat, poznała cały zasób tych ćwiczeń. One są obciążające, po 30 sekundach w takiej pozycji zaczyna się ból i staje się coraz większy, ale trzeba z nim walczyć.

Jak dokładnie wyglądają te ćwiczenia?

- Jest cały szereg ćwiczeń imitacyjnych, później przenosi się je na jazdę na wrotkach w przypadku łyżwiarzy, a w przypadku narciarzy - na rolki narciarskie i później narty.

Domyślam się, że równolegle trzeba ciężko pracować na siłowni?

- Klasyczne w pracy nad stylem dowolnym są przysiady ze sztangą. Poza tym robi się mnóstwo ćwiczeń w pozycji łyżwiarskiej, a każde z obciążeniem. Niekoniecznie dużym, ale zawsze w tej pozycji.

No i jest wspomniana już wcześniej deska. Co dokładnie i jak na niej się robi?

- To jest 1,5 metra śliskiego materiału, na który wchodzi się w takich kapciach, jakich używa się w muzeach. W pozycji łyżwiarskiej staje się na tej desce i odbija się od dwóch ograniczników znajdujących się na końcach deski. Swoją masę trzeba przenosić spokojnie z jednej strony deski na drugą, trzeba to robić prawidłowo, bo jak się utrwali jakiś błąd na tej desce, to później się go przeniesie i na sprzęt specjalistyczny, a to będzie miało wpływ na skuteczność.

Tego ruchu i innych ćwiczeń uczył pan Justynę przez pięć lat i wreszcie odszedł, bo zawodniczka wszystko już umiała?

- Nasza współpraca trwała od 2002 do 2007 roku, później spotkaliśmy się jeszcze raz w Raubiczach, w 2010 roku, ale to był tylko epizod. Wszystko skończyło się naturalnie. Ja zaangażowałem się bardziej w łyżwiarstwo, Olek stwierdził, że Justyna już sobie dobrze radzi. Zresztą wtedy zaczęły się jej bardzo dobre wyniki, przyszły medale. Skoro były sukcesy, to znaczyło, że ona potrafi jeździć łyżwą. Oczywiście zawsze można się doskonalić i wygrywać w jeszcze lepszym stylu. Ale na tym poprzestaliśmy.

Gdyby po zawodach w Soczi obóz Justyny Kowalczyk uznał, że na rok przed igrzyskami zawodniczce przydałaby się pana pomoc, to miałby pan czas i ochotę, żeby z nią popracować?

- W marcu mamy w Soczi mistrzostwa świata, na rok przed igrzyskami osiągamy naprawdę dobre wyniki, właśnie się okazało, że Zbyszek Bródka ma na 1000 metrów wynik tylko o 0,3 s gorszy od najlepszego rezultatu na świecie, a przecież on się specjalizuje w startach na 1500 m. Generalnie z nami jest teraz trochę tak, jak z Justyną kilka lat temu, czyli wtedy, kiedy z nią pracowałem. Nikt o nas nie mówi, tak jak nikt nie mówił o niej, kiedy była już bardzo dobrą zawodniczką i zajmowała miejsca w czołowej dziesiątce Pucharu Świata. Trudno, musimy dalej pracować na nasze sukcesy. Czasu za dużo nie mam, ale dla Justyny trochę bym go znalazł. Na pewno bym jej nie odmówił, ale to ona i jej trener muszą uznać, na ile czują się pewnie i czy potrzebują wsparcia. Pewnie przedyskutują to po sezonie, a na razie zobaczą, na ile Justyna jest mocna. Sam jestem ciekaw, jak się spisze na trasach w Soczi, a szczególnie czekam na sobotni bieg łączony.